19 sie 2019

Biuro Podróży Literackich

Dawno nie czytałam tak ciepłej, podnoszącej na duchu, a jednocześnie prawdziwej książki dla dzieci. "Huczy jak w ulu" Magdaleny Kiełbowicz, z cudownymi ilustracjami Małgorzaty Detner - bo o tej książce mowa - przypomina mi trochę swym klimatem cykl o Panu Kuleczce. Bohaterką jest tu jednak ośmioletnia dziewczynka - Ula Hernik - która pragnie zostać w przyszłości dyrektorką ogrodu zoologicznego. Na razie jednak z ciekawością i dziecięcą wnikliwością przygląda się lokatorom kamienicy w której mieszka i własnej rodzinie. A świat kamienicy przy niewielkiej ulicy Makowej, choć kolorowy, czasem bywa jednak szary. Autorka powieści przedstawia problemy bohaterów z niezwykłym wyczuciem i przy użyciu metafor dostępnych młodemu czytelnikowi. Przedstawione opowieści uczą, bez moralizowania, a jednocześnie bawią. Czytanie tej napisanej ładnym językiem powieści było dla mnie prawdziwą przyjemnością, tym większą, że główna bohaterka lubi czytać książki i to jej "największa pasja":
"Dzięki książkom mogę być bardzo daleko,nawet jeśli nie wychodzę z domu. To prawie jak czary! Zaczynam czytać i po kilku zdaniach jestem na pustyni, w lesie, na statku pirackim, w jakimś nieznanym kraju albo na innej planecie. Poznaję nowe miejsca, nowych ludzi i ich przygody. Jasne, że w wyobraźni, ale to bez różnicy, bo śmieję się tak samo, jak śmieję się naprawdę, tak samo się denerwuję i smucę. Mam wielu dobrych znajomych, którzy mieszkają w książkach (...)". 

M. Kiełbowicz, Huczy jak w ulu, Znak, Kraków 2019.


Ula odwiedza także bibliotekę:
 
W piątki jeździmy do biblioteki (...). Są trzy miejsca w mieście, z których można wyruszyć w podróż, jeśli chce się poznawać świat: lotnisko, dworzec i osiedlowa biblioteka (...). Pomarańczowy budynek biblioteki widać z daleka. Ma stare drewniane drzwi z klamką w kształcie lwa. Na parterze dział dla dzieci, na pierwszym piętrze dla dorosłych, poza tym parking na hulajnogi, rowery i wózki. Pracuje tam pani Klara (...). Wszyscy mogą przyjść do biblioteki, poszukać czegoś dla siebie albo poprosić o pomoc panią Klarę. Ona wtedy patrzy znad okularów i dopasowuje książki do ludzi. Moim zdaniem czytanie przypomina podróżowanie, a w podróż można wybrać się samemu albo z biurem podróży, które wszystko zorganizuje. Pani Klara to właśnie takie Biuro Podróży Literackich (...). Pani Klara zawsze wie, co nam się podoba. Poznałam już mnóstwo miejsc i ludzi na całym świecie dzięki książkom, które stoją na półce w osiedlowej bibliotece.

We wstępie napisałam, że to książka dla dzieci, ale może być też dobrym plasterkiem na duszę dla dorosłych. 

27 lip 2019

Amelia jeździ metrem i czyta

Okładka polskiego wydania książki "Dziewczyna, która czytała w metrze" skojarzyła mi się z filmem "Amelia". Podobna kolorystyka, dziewczyna trzymająca książkę o zbliżonym typie urody, co główna bohaterka filmu. To chyba celowy zabieg wydawcy, jeśli wziąć pod uwagę inne, obcojęzyczne wydania tej powieści.  Zabieg narzucający interpretację powieści - narracja nagle wydaje się zbliżona do filmowej, splot okoliczności w których znajduje się bohaterka mało prawdopodobny, na granicy realizmu magicznego - zupełnie jak w ekranowej opowieści. 



W książce jednak bohaterka ma na imię Juliette. Pracuje w agencji nieruchomości, dokąd dojeżdża metrem. Podczas podróży obserwuje współpasażerów, którzy czytają książki. Pewnego dnia wysiada na innej stacji niż zazwyczaj i trafia do osobliwego miejsca wypełnionego książkami - ni to antykwariatu, ni księgarni prowadzonej przez człowieka o imieniu Soliman, dla którego książki są całym życiem. Juliette pod wpływem tego spotkania rzuca pracę i poświęca się łączeniu właściwych książek z odpowiednimi czytelnikami. Nieszczęśliwy splot okoliczności powoduje, że musi zająć się córką Solimana i odnaleźć matkę małej Zaide. Traf chce, że matka Zaide ma schowanego w garażu minibusa, którym Juliette wyrusza w podróż, by wypełnić pewną misję i oczywiście rozdawać książki. Nie tworzy "biblioteki objazdowej", bo "takich jest mnóstwo", więc "nie musi troszczyć się o to, żeby zaspokoić różne upodobania, dostosować się do czytelników w każdym wieku, uwzględnić cały wachlarz zainteresowań". 
To nie jest obszerna powieść, jednak czytanie jej momentami tak mnie męczyło, że przerywałam lekturę na rzecz innej, bardziej wciągającej książki. Sam pomysł na fabułę ciekawy, jednak źle wykorzystany - słabo nakreślone postaci, pozbawione psychologicznej głębi i czegoś, co pozwoliłoby czytelnikowi na choć najmniejsze utożsamienie się z bohaterami. Paryż z kart powieści wyblakły i papierowy właśnie - bez kolorów, zapachów, nie skłania, by napić się kawy i zjeść croissanta. I wcale nie poczułam się lepiej po przeczytaniu tej powieści - należy ona do nurtu "feel-good" - miałam raczej poczucie straconego czasu. Jeśli chcecie poczuć się naprawdę dobrze po lekturze, lepiej sięgnąć po "Lawendowy pokój". (recenzja tu>>>)





21 lip 2019

Spłowiała bibliotekarka

Na pewno znacie opowieść "101 Dalmatyńczyków" - czy to w wersji animowanej, czy ze wspaniałą Glenn Close w roli Cruelli De Mon. Łaciatą historię napisała Dorota Gladys "Dodie" Smith. Zanim w 1956 roku rozszczekana powieść ujrzała światło dzienne, brytyjska pisarka, autorka przede wszystkim dramatów, wydała swoją pierwszą powieść "Zdobywam zamek". 
To wciągająca historia, której główną bohaterką i narratorką zarazem jest siedemnastoletnia Cassandra Mortmain. Cassandra mieszka wraz z ojcem, macochą i starszą siostrą Rose w zamku. Bohaterka uważa taką sytuację za niezwykle romantyczną, jednak siostra nie widzi nic romantycznego w tym, iż siedzą "zamknięte w rozsypującej się ruinie, otoczonej morzem błota". Ojciec Cassandry jest autorem znakomicie przyjętej przez czytelników i krytykę książki "Boje Jakuba". Przypadek sprawił jednak, że rozpoznawany pisarz trafił na trzy miesiące do więzienia. Kiedy je opuścił, wynajął zamek na czterdzieści lat. Po wprowadzeniu się miał zacząć pisać nową książkę.  Całymi dniami oddawał się jednak "czytaniu powieści detektywistycznych z wiejskiej biblioteki". 
Książki do zamku dostarcza panna Marcy - "bibliotekarka i nauczycielka":
"Koło ósmej przyszła panna Marcy i przyniosła książki. Ma około czterdziestu lat, jest niewysoka i raczej spłowiała, a  jednak w jakiś sposób bardzo młoda. Często mruga oczami, ma tendencję do chichotania i mówi: No, nie! Pochodzi z Londynu, ale mieszka tu na wsi od ponad pięciu lat (...). Jako bibliotekarka troszkę oszukuje, żeby dać nam najnowsze książki: miała dziś dostawę i przyniosła ojcu powieść kryminalną, która wyszła zaledwie dwa lata temu, a jej autorem był jeden z ulubionych pisarzy ojca."
Panna Marcy bardzo podziwia ojca Cassandry i mawia, że "jest mu bardzo ciężko na duszy". Cassandra nazywa bibliotekarkę "rozsądną kobietką" i chętnie korzysta z jej rad.  Tym bardziej, że rodzina klepie biedę, a bibliotekarka pomaga im w znalezieniu źródeł dochodów. Sama panna Marcy "ma pokój w gospodzie na piętrze, dostatecznie daleko od barowych hałasów. Od kiedy tylko przyjechała (...) ciągle mówi o kupnie własnego domu". Nie ma chyba jednak zamiaru się wyprowadzać, bo z gospody ma blisko do szkoły, w której również pracuje. 

Książki przywożone przez pannę Marcy, które ona sama nazywa "ładnymi opowieściami", sprawdzają się świetnie jako remedium na długie wieczory. Cassandra notuje w swym pamiętniku, że kiedy czyta książkę, wkłada w to "całą swoją wyobraźnię, tak, że jest to prawie jak pisanie tej książki i równoczesne jej czytanie - albo raczej przeżywanie". 

D. Smith, Zdobywam zamek, Świat Książki, Warszawa 2013.

Akcja powieści "Zdobywam zamek" rozgrywa się w latach 30. XX wieku, ale myślę, że przypadnie do gustu miłośnikom powieści L. M. Montgomery, Jane Austen, czy sióstr Brontë. Zaczerpnięte z tych romantycznych książek motywy (bo wątek miłosny pojawia się również) przedstawione zostały z dystansem i humorem.  Galeria nietuzinkowych postaci, ciekawe przemyślenia Cassandry (kiedy jej siostra ma wyjść za mąż Cassandra stwierdza: "podchodziłabym do małżeństwa tak ochoczo jak do grobu"), niezwykły klimat i urok tej opowieści składają się na książkę od której trudno się oderwać. 

11 lip 2019

Bibliotekarka szuka szczęścia

Malwina Zarzycka - bohaterka książki "Szukając szczęścia" Anety Krasińskiej - jest z wykształcenia bibliotekarką. Wychowana w prawniczej rodzinie, postanawia - na złość matce, która pokładała w niej "niebywałe ambicje" - "zapisać się na studia wieczorowe na Uniwersytecie Warszawskim z zakresu bibliotekoznawstwa". 

"Niespodziewanie po ukończeniu studiów udało jej się znaleźć pracę w pobliskiej bibliotece, w której niskie płace powodowały dużą rotację pracowników. Jedni pracowali tam kilka dni, inni kilka miesięcy, ale nikt nie chciał zostać na dłużej. Nikt oprócz niej". 

Malwina "w końcu robiła coś, co zawsze kochała. Uwielbiała czytać książki. Przebywając wśród nich, czuła się bezpieczna. Nie musiała udawać, że jest kimś innym, głupio się uśmiechać i robić niczego wbrew sobie. Między regałami wypełnionymi po brzegi książkami czuła się spełniona. Miała tam swój mały azyl dający jej poczucie szczęścia". 

Z czasem także bohaterka zdaje sobie sprawę, że praca w bibliotece nie przynosi ekonomicznej satysfakcji: "Jej praca w bibliotece należała do spokojnych, ale nie było to zajęcie zbyt popłatne, zwłaszcza jeśli jest się młodą mężatką z kredytem mieszkaniowym". 

A. Krasińska, Szukając szczęścia, Novae Res, Gdynia 2015.


Pojawienie się na świecie córki głównej bohaterki sprawia jednak, że praca schodzi na dalszy plan. Okazuje się, że malutka Dagmara jest niepełnosprawna. Choroba córki kładzie się cieniem na małżeństwie Malwiny. Rezygnuje ona również z pracy w bibliotece, zastępując ją lekcjami muzyki i to zajęcie daje "jej wytchnienie i możliwość oderwania się od trudnej codzienności". 

Autorka powieści powiedziała w jednym z wywiadów, że nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom wszystkich czytelników. Po przeczytaniu drugiej z kolei powieści w jej dorobku, mam wrażenie, że doskonale wie do jakiej grupy czytelniczej chce trafić i nie częstuje czytelnika powieścią-wydmuszką. W przystępny sposób opisuje problem z którym boryka się główna bohaterka - w tym przypadku chore dziecko i trudy walki o jego zdrowie - dając jednocześnie pokrzepienie czytelniczkom w podobnej sytuacji, bez zbędnych opisów, przydługich przemyśleń, nic nie wnoszących do fabuły. Mnie taka szczerość i prostota przekonuje. Wierzę, że w tej opowieści tkwi czysta intencja pomocy innym. Zresztą Krasińska podkreśla w wywiadach, iż każda z bohaterek jest sumą jej przeżyć i emocji. I można to wyczuć, czytając jej powieść. Powieść, która jest dokładnie taka, jaka powinna być tzw. literatura kobieca. 

8 lip 2019

Czytanie jest wielką radochą

W lipcowym numerze Urody Życia tematem przewodnim jest książka. W miesięczniku tym znajdziemy opowieści znanych o lekturach, które zmieniły ich życie, czy listę piętnastu ważnych książek napisanych przez kobiety. Mnie najbardziej jednak wciągnęła lektura wywiadu z Jarosławem Mikołajewskim i jego opowieści o tym, czym jest książka i po co nam czytanie:
"Myślę, że tajemnica wchodzenia w lekturę całym sobą często polega na tym (...) - mamy wrażenie, że czytając, dowiadujemy się po raz pierwszy o czymś, co już w nas jest, nienazwane. (...) Czasem również po to wchodzimy głęboko w lekturę, żeby przypomnieć sobie, że inni przeżywają to samo, co my".
"Literatura to jest wielka radocha. Po latach, stuleciach wręcz, korzystania z edukacyjnych funkcji literatury powiedzmy sobie, że czytanie jest wielką radochą".  
Kiedy pytam przedszkolaki na zajęciach o to po co czytamy książki, najczęściej słyszę: "żeby się czegoś dowiedzieć", "żeby być mądrzejszym".  Przyznaję im rację, ale nie przestaję drążyć i wtedy dopiero dochodzimy wspólnie do wniosku, że czytamy też dla przyjemności, dla przygody. Tak mocno lektura książki kojarzy się z edukacją i wiedzą, a nieraz tym samym z obowiązkiem. Wracając jednak do wywiadu - na pytanie "co by pan zrobił bez książek" pisarz odpowiada:

"Nie potrafię sobie wyobrazić świata bez książek, ale jeszcze bardziej świata bez drzew. I mam zły stosunek do informacji, że spada czytelnictwo, nie wierzę w badania, które prowadzą do takich wniosków. Rozumiem argumenty, że to niemożliwe, bo przecież tylu ludzi czyta w metrze, tramwajach. Wciąż ukazują się nowe książki. Dla mnie, mówiąc szczerze, rzeczą gorszą od upadku czytelnictwa, jest upadek rozmowy. Rozmawiamy mniej niż kiedyś, uznaję to za prawdziwy problem. (...) Sądzę, że mając dobrych, mądrych rozmówców, dałbym sobie radę bez książek. Ale to pewnie złudzenie, bo ludzie mogą się znudzić, a dobra książka nie tak bardzo. A jeśli to można ją odłożyć. W pociągu zagaduję często ludzi, szukam pretekstu, szczegółu w wyglądzie, który wydaje mi się obietnicą ciekawej opowieści". 

"Książka krzepi" - z Jarosławem Mikołajewskim rozmawia Marta Strzelecka, Uroda Życia lipiec 2019 nr 7(52), s. 34-38.

7 lip 2019

Nie lubię tej bibliotekarki!

Naprawdę bardzo się starałam. Szukałam jakiegoś punktu zaczepienia. Wspólnego nawyku czy zachowania, które mogłoby sprawić, że polubię główną bohaterkę książki "Złodziejka dusz" Renaty Kosin, Anastazję Niebieską, która jest bibliotekarką. Nic z tego. Przez blisko czterysta stron tej powieści nie udało mi się zapałać sympatią do tej postaci. Okładkowy opis książki sugeruje, że bohaterka jest "zwariowaną bibliotekarką". Jestem za tym, by stworzyć osobny paragraf dla wydawców za wierutne kłamstwa zamieszczane na okładkach. Anastazja jest bibliotekarką bardzo stereotypową i nic co robi, nie mieści się w kategorii wariactwa.
Chyba, że za wariactwo uznać to, że na życzenie krewnych przeprowadza się na jakiś czas do starej, rodzinnej willi, gdzie ma za zadanie ułożyć i skatalogować książki. Oczywiście okazuje się, że stary dom kryje niejedną tajemnicę, którą tylko Anastazja może rozwiązać. A dzieje się tak, ponieważ "biblioteka, w której Anastazja pracowała, została zamknięta na czas bliżej nieokreślony, gdy w zabytkowym gmachu na jednej z głównych ścian pojawiła się długa brzydka rysa. Przebywanie w budynku okazało się niebezpieczne i w opinii konserwatora zabytków potrzebna była natychmiastowa interwencja budowlano-remontowa. W konsekwencji wstęp do najstarszej biblioteki w mieście stał się chwilowo niemożliwy, nie tylko dla czytelników". "Przebywanie w budynku", "interwencja budowlano-remontowa" - litości!



Anastazja "uważała się za bibliotekarkę z powołania, nie z przypadku, a zawód traktowała niemalże jak misję". Ech, znowu ta misja... I nie zgadniecie, ale bohaterka "od dziecka wolała towarzystwo książek i raczej stroniła od ludzi". A to nie koniec... "Nigdy nie miała też wielu zabawek. Nie potrzebowała ich. Wolała książki i zwykle wybierała towarzystwo ich oraz fikcyjnych bohaterów bajek i wspaniałych powieści czytanych samodzielnie od czwartego roku życia, niż prawdziwych ludzi". Jakby tego było mało, to książki są dla niej "najlepszymi przyjaciółmi, jedynymi, wśród których czuła się absolutnie bezpieczna, których towarzystwo uwielbiała niezależnie od nastroju i którzy dotąd nigdy jej nie zawiedli". Miała  też - nie do wiary! - słabość do starych książek: "Zatracała się bez reszty w książkowym świecie. Uwielbiała zapach tomów, przyjemną w dotyku szorstkość papieru i miły dla ucha szelest pożółkłych kartek, jakże inny od tego, który towarzyszył przeglądaniu współczesnych, pachnących farbą drukarską wydań, które można było znaleźć na księgarskich półkach". 

Mało tego, biblioteka śni się Anastazji po nocach: "Przyśniła jej się biblioteka. Ale nie ta, w której pracowała. Znacznie większa i piękniejsza, pełna wspaniałych, starych książek. Stały na nieskończenie długich regałach w równiutkich szeregach i cudownie pachniały, a ona gładziła delikatnie ich chropowate grzbiety. Tylko jedną ręką, ponieważ drugą podtrzymywała inne, równie wiekowe tomiska, znalezione w kanciapie przylegającej do jej pokoju". 

Anastazja "nigdy nie przejmowała się swoją nieidealną figurą, zbyt okrągłą twarzą, okularami czy puszącymi się wiecznie włosami. Za to podobało się jej własne wnętrze. Nie uważała się za megalomankę, ale lubiła siebie za to, jaka jest". Bibliotekarka miała też nawyk, polegający na recytowaniu fragmentów ulubionych książek z dzieciństwa, co "nie tylko dodawało jej otuchy i poprawiało nastrój, ale pomagało też zmniejszyć poziom kortyzolu we krwi". Poziom kortyzolu? Serio?!
Najlepsze zostawiłam na koniec... Anastazja postanawia odwiedzić miejscową bibliotekę, choć "była przekonana, że świetnie poradzi sobie sama, bo przecież prowincjonalna bibliotekarka nie mogła wiedzieć więcej od niej o sposobach wyszukiwania informacji". Tutaj bardzo podniósł mi się "poziom kortyzolu we krwi". 

Olga Tokarczuk powiedziała w jednym z wywiadów, że nie pojmuje fenomenu literatury gatunkowej i dla niej istnieje tylko literatura źle i dobrze napisana, a temat jest kwestią drugorzędną. W moim odczuciu "Złodziejka dusz" jest źle napisana. Przydługie opisy, nijak się mające do przebiegu fabuły, bezproduktywne przemyślenia głównej bohaterki, język rodem ze szkolnych wypracowań i wreszcie  sama historia - nieprawdopodobna i zagmatwana. Odniosłam wrażenie jakby autorka w trakcie pisania sama się zmęczyła, tym co napisała i chciała jak najszybciej zamknąć rozpoczęte wątki w trzech, czterech ostatnich rozdziałach. Czego w tej opowieści nie ma - rodzinna tajemnica, buddyjscy mnisi, seanse spirytystyczne, podziemne przejścia, zamurowane skarby, odrzucona miłość i miłość potencjalna. Mogłoby się wydawać, że to materiał na naprawdę wciągającą historię. Tymczasem nie mogłam się doczekać końca tej powieści. I to nie dlatego, by poznać wyjaśnienie rodzinnej tajemnicy, ale by z ulgą sięgnąć po coś bardziej wciągającego i wartego uwagi. 

1 lip 2019

Bibliotekarka kieruje lekturą

Wakacje kojarzą mi się - oprócz tego, co oczywiste - z powtórkami seriali telewizyjnych. Od dawna nie oglądam TV, jednak nawyk witania lata serialem pozostał. W tym roku wybór padł na "Wojnę domową". W ósmym odcinku tego serialu do rodziny Jankowskich przyjeżdża z wizytą babcia. Babcia na co dzień jest bibliotekarką w bibliotece publicznej w Ciechanowie, o czym dowiadujemy się w jednej z pierwszych scen odcinka, gdy babcia żegna się na dworcu z poznaną w pociągu kobietą:
"Jak wróci pani do Ciechanowa, to niech pani wstąpi do mnie, do biblioteki publicznej. Pracuję wtorki, czwartki soboty. Zapisze się pani i będę kierowała pani lekturą. Nie ma pani pojęcia ile jest ciekawych książek na świecie". 

Energiczna bibliotekarka zaleca lektury wnukowi - dyktuje całą listę współczesnych książek, które musi przeczytać i dziwi się dlaczego wnuk "nie abonuje pism popularnonaukowych". Radzi też swojemu synowi by więcej czytał, ten jednak zdaje się mieć uraz do czytania, bo zażywna bibliotekarka kazała mu czytać, gdy był dzieckiem. Ustawia nie tylko rodzinę, ale także dyrektora szkoły do której chodzi wnuk. Wydaje się znać na wszystkim i wszystko wiedzieć, zna tysiąc sposobów na powszechne dolegliwości i ma rady na każdy kłopot. 


Serial oparty jest na felietonach publikowanych na łamach "Przekroju" przez pisarkę i dziennikarkę - Mirę Michałowską (pod pseudonimem Maria Zientarowa). Autorka scenariusza do serialu chciała "zabawić trochę telewidzów kosztem drobnych śmiesznostek dnia codziennego". Oprócz niezaprzeczalnych walorów komediowych, serial jest ciekawą panoramą obyczajowości, kultury  i właśnie codzienności lat 60. Te wszystkie "drelichy", "teksasy", "stylony", "tapiry" sprawiają, że ten serial nawet po latach jest "niekiepski" i ogląda się go z prawdziwą przyjemnością.