10 sie 2018

Vegetus znaczy krzepki, zdrowy

Sezon grillowy w pełni. Dla tych, którzy na ruszt wrzucają zielone - ku pokrzepieniu - fragment felietonu Barbary Adamczewskiej "Modnie i smacznie", dotyczącego wegetarianizmu

"Niejadanie mięsa było jedną z platońskich zasad, którą uważano za szczególnie korzystną dla człowieka. Dopiero w XIX w. dieta platońska została nazwana wegetariańską. Łacińskie słowo vegetus znaczy krzepki, zdrowy, więc nazwa zawiera wyraźną obietnicę dobrostanu. Przez wieki zwolennicy jarstwa (to jedna z używanych dawniej polskich nazw) byli jednak niewielką grupą. Nie mieli wielu naśladowców Platon i Pitagoras ani Leonardo da Vinci czy XVIII-wieczny poeta Stanisław Trembecki, który dietę platońską zaczął stosować, gdy z powodu niefrasobliwego życia zaczęło mu szwankować zdrowie. 
Dieta wegetariańska doczekała się dobrego czasu w początkach XIX w., zyskała dość szybko sporo zwolenników. Był to okres odkryć w dziedzinie biologii i medycyny oraz coraz bardziej świadomego dbania o zdrowie. W Anglii w 1847 r. powstała pierwsza organizacja wegetariańska - Vegetarian Society - istniejąca do dziś.
W naszych czasach wegetarianizm jest nie tylko modny, ale też jest ważnym sposobem na życie. I ma wielkie rzesze zwolenników (w Polsce ostrożnie szacuje się, że to już co najmniej 3 proc. populacji), którzy są wegetarianami z różnych powodów, nie tylko dlatego, że dbają o zdrowie lub że mięso jest kosztowne. To część spójnego systemu poglądów, w myśl których ważna jest troska o los zwierząt, dbałość o ekologiczne bezpieczeństwo, o przyszłość wyczerpanej matki Ziemi (...).
Zbyt rzadko jednak pada argument, że bezmięsne jest po prostu smaczne. Nauka już dawno rozprawiła się z sugestiami, że wegetarianizm oznacza niedostatek ważnych składników diety. Odpowiednią ilość białka, jak również tłuszczów, witamin i składników mineralnych można zapewnić przez właściwy dobór produktów. Przy diecie wegetariańskiej wystarczy tylko więcej myśleć."

B. Adamczewska, Modnie i smacznie, Polityka nr 32 (3172), s. 94. [ilustr. Pexels]


 

5 sie 2018

Złe skłonności do czytania

"Są dwie najstraszliwsze rzeczy na świecie. Wojna i małżeństwo z poetą lub literatem. Aktor też właściwie nie człowiek...". Tak zaczyna się powieść Krystyny Nepomuckiej "Mydło z łabędziem". Powieść wpadła mi w ręce, kiedy w pracy układałam książki i pierwsze zdanie skutecznie mnie do niej przykuło. To słowa matki głównej bohaterki, która "pewnego dnia odkryła nagle ze zgrozą", że córka "nie bawi się już lalkami", natomiast wykazuje "złe skłonności do czytania w nadmiarze książek, pisania pamiętników i głębokich zamyśleń". Postanawia zatem wydać córkę za "człowieka solidnego i na stanowisku", co jej się zresztą udaje. Małżeństwo bohaterki - o wdzięcznym imieniu Mercedes - nie trwa jednak długo: 
"Od rozwodu, który w tamtych czasach był skandalem towarzyskim, uratowała nas wojna. W listopadzie 1939 roku byłam już wdową (...). Nieudane małżeństwo z solidnym człowiekiem bez wyobraźni oraz wojna stały się impulsem do ponownego chwycenia za pióro". 


Literackie zmagania silnej i niezależnej Mercedes z wydawcami, spotkania autorskie w małych bibliotekach, wypełniają strony powieści na równi z prawdziwym, a nie propagandowym, opisem powojennej rzeczywistości i obyczajowości. Są poniekąd odzwierciedleniem zmagań samej autorki, bo "Mydło z łabędziem" to powieść w dużej mierze autobiograficzna. Powstała w latach 70. ale po raz pierwszy została wydana dopiero w 1994 roku, bo kolejni wydawcy wycofywali się z obietnicy druku. Powieść została uznana przez cenzorów za tekst "pełny politycznych pomówień", "jawną manifestację antyradziecką", a autorka za "przeciwnika politycznego". Realizm powieści, barwny język, humor i sama postać głównej bohaterki, sprawiają, że czyta się książkę jednym tchem. 


I jeszcze na koniec cudny językowo cytat. Pani Kiełbikowa, u której Mercedes wynajmuje pokój, mawia tak:

"Mężczyzna to zupełnie inna sorta człowieka, a co najgorsze nigdy nie są dorośli. My, kobiety starzejemy się, a oni do śmierci chłopcami pozostają". 


4 sie 2018

Wesele Anny

Sięgnęłam po książkę "Wesele Anny" Natachy Appanah, bo opis na okładce sugerował, że główna bohaterka - Sonia - poznała ojca swojej córki w bibliotece. Okazało się jednak, że nie była to biblioteka, a księgarnia:

"W księgarni na tyłach British Museum spotkałam Matthew. Szukał czegoś o Afryce, powtarzał to sprzedawcy, który kazał mu się porozglądać. Przeszedł obok mnie, uśmiechnęłam się, powiedział po angielsku, że niektórzy księgarze powinni się znaleźć po drugiej stronie - i wskazywał na muzeum."
Znajomość, która zaczęła się wśród książek, przetrwała tylko pół roku, a jej owocem była Anna - teraz już dorosła córka Sonii, która właśnie wychodzi za mąż. Ślub córki staje się dla głównej bohaterki pretekstem do rozważań nad swoim życiem, przemijaniem, rolą kobiety, matki i pisarki. Tytułowa Anna jest inna od Sonii - pisarki, korektorki w kobiecym piśmie, obdarzonej artystyczną duszą:
"Anna poświęciła się cyfrom (...). Powieści, historia, języki, literatura niewiele dla niej znaczyły. A jednak nigdy nie przestałam kupować jej książek (...). Zawsze wynajduję jakąś książkę, która mam nadzieje, zainteresuje Annę."

Sonia wychowywała Annę sama i jak mówi o sobie jest "entuzjastką życia w pojedynkę", nie ufa prawie niczemu i nikomu, może tylko córce i książkom:
"Tak naprawdę zazdroszczę kobietom noszącym obrączkę i pierścionek z dużym kamieniem na tym samym palcu, które twierdzą, że mężczyzna jest do nich przywiązany. Powinnam była to zrobić, zamieszkać z kochającym mężczyzną, wieść z nim spokojny żywot, narażać się na niebezpieczeństwa życia codziennego, jeździć do supermarketów na peryferiach po meble, dobierać różne drobne bibeloty na półeczki, żeby potem na nie patrzeć i przypominać sobie, że kupowaliśmy je we dwoje. Powinnam była nauczyć się traktować mężczyznę jak punkt odniesienia, umościć sobie miejsce przy tym jakże innym ciele, które często łączyłoby się z moim, dając uspokojenie. Powinnam była się postarać się zatrzymać mężczyznę, stworzyć z nim jakąś historię, obudzić w nim pragnienie pozostania ze mną, nie obnosić się przed nim z moją nieprzeniknioną twarzą, nieobecnymi słowami, niekiedy przykrymi. Powinnam była podjąć to ryzyko, tak naturalne dla większości ludzi, a tak przerażające dla mnie." 
Przejmujący i zapadający w duszę to opis samotności, wynikającej z innej wrażliwości, introwertyzmu, odmiennego postrzegania świata. 
Sonia uważa się za matkę "zbyt oddaloną", matkę nieobecną, matkę "z popiołu i dymu", "wymykającą się", "półprzezroczystą" a przecież "matka jest święta, wszyscy to wiedzą". Tego wyjątkowego dnia, kiedy Anna bierze ślub - Sonia chce być jak inne matki "godna, starannie uczesana, umalowana, uśmiechnięta, gotowa do konwersacji, doskonała"... Nie zdradzę, czy jej się to udało. Jeśli lubicie prozę intymną, refleksyjną, emocjonalną, sięgnijcie po "Wesele Anny". 

25 lip 2018

Marchewka jest lepsza niż czekolada

Tytuł wpisu to fragment wypowiedzi lekarza z książki "Słodziutki : biografia cukru" (D. Kortko, J. Watoła, wyd. Agora, Warszawa 2018). Nie jest to jednak poradnik dietetyczny. Nie znajdziecie tam wielu medycznych przykładów na szkodliwość cukru w codziennym życiu (bo w zasadzie wystarczy jeden – szokujący, zapadający w pamięć przykład z pierwszego rozdziału). Jest za to sporo o tym, jak to się stało, że cukier zagościł na naszych stołach i jak wiele ludzkich tragedii za tym się kryje. Od towaru luksusowego, dostępnego dla wybranych, w bryłach i tzw. głowach, po wszechobecność w różnych zdradliwych postaciach np. syropu glukozowo-fruktozowego – czytelnik śledzi historię cukru zwanego już dziś otwarcie „białą śmiercią”. Poznaje też kulisy powstania porcelany, kakao w jego obecnej postaci i wynalezienia insuliny. Gości na dworze Elżbiety I i Ludwika XIV – obydwoje mieli skłonność do łakoci, jest przy otwarciu pierwszej na ziemiach polskich i w Europie cukrowni buraczanej. Dowiaduje się czym były "cukiernysy" i "cukrosmażki". Spacer przez historię powstania cukru nie dłuży się jednak, gdyż przewodnicy, a więc autorzy książki, piszą ciekawie, zaskakująco i dynamicznie. A swoją iście reporterską, momentami szokującą, narrację okraszają zdjęciami, ilustracjami i dziełami sztuki. 


Sięgnęłam po ten tytuł, bo - przyznaję - walczę ze skłonnością do słodyczy. I mam nadzieję, że  dwa razy zastanowię się, zanim zjem czekoladę, a może nawet zamienię ją na marchewkę. Nawet jeśli nie macie takich dylematów, biografię cukru przeczytać warto.

24 cze 2018

Bibliotekarka, diabeł i letnie przesilenie

"Obrączka diabła" to książka, która miała mnie "przyprawić o dreszcze" i być "prawdziwą ucztą psychologiczną", "znakomitym kryminałem na styku nowoczesności i pradawnych wierzeń". A że dodatkowo jedną z głównych bohaterek jest w tej powieści bibliotekarka, to pobiegłam do księgarni, by rzeczony tytuł nabyć. Możliwe, że nie znam się na kryminałach, mam słaby gust lub też cierpię na jego brak. I że książka nie trafiła w swój czas. Zaliczam jednak ten tytuł do największych  literackich rozczarowań. Po pierwsze powieść jest bardzo przewidywalna - przebieg historii, jej zakończenie, czy nawet pojawiające się na jej kartach postacie niczym nie zaskakują czytelnika. Po drugie napisana jest dość topornie, przez co trudno jest wniknąć w świat przedstawiony, śledzić losy bohaterów z wypiekami na twarzy. To powieść z gatunku tych, które wypełnią czas i ulecą z pamięci niemal w momencie odłożenia tomu na półkę. 


I jeszcze kilka słów o bibliotekarce. Tirill Vesterli namiętnie czyta kryminały, bo "fascynuje ją proces dochodzenia do tego kto jest sprawcą - również w prawdziwych sprawach". Twierdzi też, że niczego się nie boi. Pomaga głównemu bohaterowi w rozwiązaniu zagadki. Przez chwilę obdarza go zainteresowaniem wykraczającym poza kryminalną sprawę.  Samotnie wychowuje 4-letniego syna i tylko wieczorami ma czas na czytanie. 
"Nic nie irytowało jej bardziej niż ludzie twierdzący, że na pewno mnóstwo czyta jako bibliotekarka w szkole wyższej (...). Jakby w pracy nie miała nic innego do roboty!". 

15 cze 2018

Przeczytać wszystkie książki

Dziś chciałabym się z Wami podzielić opowieścią o Wierzbowniku. Wierzbownik to jeden z krasnali z pięknych opowiadań Wojciecha Widłaka i Pawła Pawlaka zebranych w tomiku "Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach".  Nie wiadomo skąd krasnal ten wziął się na wierzbie. Może siedział pogrążony w lekturze, a wierzba wyrosła z niego, unosząc go do góry. 

Wierzbownik krył (...) twarz pod rondem kapelusza, rzucając od czasu do czasu sąsiadom ukradkowe spojrzenia. Ale miał też inną tarczę i osłonę. Swoją, wyjątkową, szczególną. Książki, Kiedyś, dawno temu, kiedy zaczynał je czytać, miał nadzieję - ba, nawet pewność! - że pozwolą mu zrozumieć siebie samego, innych i świat cały, że pomogą mu odkryć sens Wszystkiego i w ten właśnie sposób znaleźć drogę do szczęścia. Przeczytał ich już wiele, z czego był bardzo dumny. Chętnie pochwaliłby się tym innym krasnalom, ale nie miał kiedy. Już dawno zdał sobie sprawę, że skoro jego celem jest odkrycie sensu Wszystkiego, powinien przeczytać WSZYSTKIE książki. Czasami był już całkiem blisko celu, bo z wiekiem zyskał wielką biegłość w pochłanianiu zadrukowanych kartek. Kiedy jednak kończył czytać ostatnią książkę, okazywało się że tymczasem ukazały się dziesiątki, setki a nawet tysiące nowych i Wierzbownik rzucał się na nie, żeby zrealizować w końcu swoje piękne zamierzenie. Po jakimś czasie, gdy odwracał ostatnią kartkę z ostatniej książki zdjętej z kolejnej sterty, znów okazywało się, że ma do przeczytania dziesiątki, setki i tysiące nowych. Wierzbownik nie rezygnował. Nie był taki jak niektóre krasnale - potrafił logicznie myśleć i systematycznie pracować. Musiało mu się udać. W końcu na pewno odkryje sens Wszystkiego...

W. Widłak, P. Pawlak, Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach, Wydawnictwo Format, s. 9-13.

6 cze 2018

Wspólnota Podkreślaczy

Wpadła mi w ręce świetna książka Erica Weinera "Poznam sympatycznego Boga". To podróż przez kilka miejsc i religii, swoista pielgrzymka osoby, która sama siebie zalicza do  wymyślonej kategorii dezorientacjonistów czyli osób kompletnie zdezorientowanych w kwestiach dotyczących Boga i religii. Przelana na papier z ogromnym dystansem i poczuciem humoru oraz poszanowaniem dla poznawanych wyznań. Autor nie chce tylko wiedzieć - chce doświadczyć, a każde spotkanie z religią i jej wyznawcami - których barwnie portretuje -  staje się dla okazją do wspomnień i próbą poradzenia sobie z własnym zwątpieniem i niemocą.  


 Dzięki tej książce wiem już dlaczego ludzie podkreślają zdania w książkach:

"Wierzę również w potęgę słowa. Przez wiele lat kierowałem się, o ile w moim przypadku można mówić o jakimś kierunku, tą samą filozofią co słynny amerykański mitoznawca Joseph Campbell. Zapytany kiedyś o swoje praktyki religijne, odpowiedział: Podkreślam zdania w książkach. Ja też jestem podkreślaczem. Poza tym również zakreślam, zaznaczam na kolorowo, notuje na marginesach oraz zaginam rogi kartek. nie do końca wiem, dlaczego tak robię - może jestem jak kot, który lubi zaznaczać swoje terytorium? A może dopiero podkreślenie danego fragmentu czyni go prawdziwym w moich oczach i pozwala zrozumieć, że od dawna myślałem w ten sposób? Akt podkreślenia czegoś zawsze niesie ze sobą element samopoznania. Czytam i podkreślam wszystko, co mi wpada w ręce, lecz szczególną słabość mam do poradników". 

Jakiś wyznawca podkreślania dopadł też biblioteczny egzemplarz omawianego tu tytułu. Wybaczam ołówek, ale kolorowy zakreślacz... Apage, Satanas 😉