Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarz. Pokaż wszystkie posty

4 gru 2022

Literatura to próba zapomnienia

 "A więc czym jest dla pana literatura? — odważył się po dłuższej chwili spytać (...). 

— Dla czytających jest próbą zapomnienia. A dla twórcy  próbą ratunku... jak wszystko".  

To niewielki zaledwie wycinek rozmowy jaką toczą ze sobą lekarz - Stefan Trzyniecki  i poeta - Sekułowski - bohaterowie debiutu Stanisława Lema "Szpital Przemienienia". Stefan dostaje właśnie posadę w szpitalu psychiatrycznym w Bierzyńcu. Pisarz zaś ukrywa się tam przed światem zewnętrznym i wojenną zawieruchą, która zdaje się nie docierać do tego miejsca - zawieszonego w czasie i przestrzeni. Wiara Stefana w porządek świata - nawet jeśli chwilowo zachwiany - oraz jego poczucie lekarskiej etyki i moralności zostaje skonfrontowane z postawą literata Sekułowskiego, który w licznych z lekarzem dysputach dowodzi zaniku poczucia sensu - zarówno w wymiarze jednostkowym jak globalnym. Nie tylko jednak starcie tych dwóch postaw wypełnia karty tej znakomitej powieści. Lem przedstawia tu całą galerię postaci, a co za tym idzie postaw wobec tego czym jest człowiek. Wkrótce każdy z bohaterów zostanie postawiony w sytuacji granicznej, obnażającej rozdźwięk między deklarowanym systemem wartości a rzeczywistą postawą...

"Szpital Przemienienia" to swoisty traktat moralno-filozoficzny i głęboko refleksyjna powieść, stawiająca przed czytelnikiem wiele pytań, napisana poetyckim wręcz językiem, niepozbawiona humoru. Bo Stefan, poznając personel i pacjentów szpitala, wyrabia sobie o nich własną opinię, jak ta o doktorze Rygierze:

"Psychiatra był człowiekiem niewątpliwie wykształconym, ale inteligencję miał jak ogródek japoński - niby mostki, dróżki, wszystko piękne, ale bardzo ograniczone i do niczego".

 

 

Stanisław Lem, Szpital Przemienienia, Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2017. 

13 cze 2021

Szczęśliwe zakończenie

 Jeśli z utęsknieniem czekacie na urlop to oczekiwanie może umilić Wam książka „Beach read : wakacyjny romans” amerykańskiej pisarki Emily Henry. Jest to też doskonała pozycja do zabrania ze sobą na wakacyjny wypoczynek. 

„Beach read” to wciągająca i bardzo dobrze napisana opowieść o January Andrews – autorce poczytnych romansów, która po trudnych życiowych doświadczeniach  zamyka się w domku nad jeziorem. Chce tam nie tylko stanąć na nogi, ale też napisać nową powieść. Kolejną, która ma przynieść otuchę i nadzieję jej czytelniczkom. Tyle tylko, że po życiowych zakrętach i utraconej miłości, autorka nie wierzy już w szczęśliwe zakończenia. Tym bardziej, że nie potrafiła go napisać nawet dla siebie.

E. Henry, Beach read : wakacyjny romans, przeł. A. Weksej,  Białystok : Wydawnictwo Kobiece, 2021. 

January zaczęła pisać powieści, gdy jej mama zachorowała na raka - najpierw zaczytywała się "we wszystkich romansach", po tym jak odkryła, że te lektury przynoszą jej ulgę, potem sama postanowiła pisać takie książki. Odkryła, że miłość w tych książkach może być jak "lina umożliwiającą ucieczkę" lub jak "kamizelka ratunkowa dla tonącego". Im dłużej pracowała nad historią miłosną, "tym mniej bezsilna czuła się wobec świata". Pisanie takich historii było dla niej"niemal równie pochłaniające i przemieniające jak rzeczywiste uczucie miłości". "Książki obiecujące szczęśliwe zakończenie przynosiły mi spokój, więc chciałam obdarzać innych ludzi tym samym" - twierdzi January.

Ogarnięta twórczą niemocą odkrywa, że sąsiedni domek zajmuje Augustus Everett, również pisarz, którego pisarski dorobek jest zupełnie różny od książek January. Oni sami wydają się być z innych bajek. Okazuje się jednak, że los splata ich ścieżki w nieoczekiwany dla nich samych sposób – mają wymienić się gatunkami, które tworzą i stanąć do swoistego pojedynku na powieści, które powinni ukończyć do końca lata. Wyznaczają sobie przeróżne zadania, by pobudzić twórczą wyobraźnię, przez co powoli poznają się nawzajem. Ich słowne potyczki na pewno wywołają uśmiech podczas lektury. Pozornie różni w postrzeganiu świata, zbliżają się do siebie, kiedy odkrywają przed sobą niełatwe wydarzenia z przeszłości. 

Bo „Beach read” nie jest, jak sugeruje podtytuł, typowym wakacyjnym romansem. To też bardzo ciekawa i mądra powieść o mierzeniu się z przeciwnościami losu i wychodzeniu naprzeciw temu, co stawia przed nami los. To historia o tym, jak łatwo ulegamy pierwszemu wrażeniu i jak poddajemy się stereotypowemu postrzeganiu zdarzeń. Nie sposób też nie polubić głównej bohaterki. Czytelnik kibicuje jej w pisarskich zmaganiach i ogarnianiu tego, przed czym postawił ją los. January Andrews ma w sobie coś z Bridget Jones – bohaterki nieidealnej, wzbudzającej sympatię od pierwszych stron. „Beach read” to pozycja, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła – spodziewałam się typowo romansowej opowieści. Owszem jest to urocza powieść z dużą dozą humoru, również sytuacyjnego i wątkiem miłosnym, ale to także historia momentami bardzo refleksyjna i życiowa. Na pewno jednak wyjątkowa i warta poznania. Muszę też wspomnieć o wydawniczej staranności i bardzo estetycznej szacie graficznej, co jest rzadkie w wydaniach z miękką oprawą.   

18 cze 2014

Czego boi się pisarz?

Wyobrażam sobie, że pisarz obawia się negatywnych recenzji swojego dzieła, odrzucenia przez czytelników i tego, że mu za jego trud nie zapłacą albo w ogóle opublikować nie zechcą. Dwóch mieliśmy w historii literatury pisarzy, którzy chyba bardziej niż zamkniętych umysłów krytyków obawiali się otwartej przestrzeni. 
Agorafobia – bo o niej mowa, to lęk przed otwartą przestrzenią, który swoją nazwę zawdzięcza niemieckiemu psychiatrze. Carl Friedrich Otto Westphal jako pierwszy zrelacjonował jej przypadki, za przyczynę uznając lęk.  Dręczył on Juliana Tuwima. W liście wysłanym z Nowego Jorku do Antoniego Słonimskiego pisał:
Rozchorowałem się nerwowo; wróciły dokuczliwe stany lękowe, agorafobiczne etc., zatruwają mi życie. Prawie wcale nie wychodzę z domu; bardzo rzadko zdobywam się na wyjazd taksówką. (…) A w domu ledwo zipię: jakieś straszne osłabienie , trudno mi się zwlec z kanapy, więc całymi dniami leżę. A lekarze mówią, że jestem zdrów i że to wszystko nerwy. Znam te stany jeszcze z Warszawy, bywało nawet gorzej, ale sam fakt nawrotu tej cholery gnębi mnie okropnie. Mimo, to, a może właśnie dlatego, chcę jak najprędzej wrócić do Polski.
U poety lęk przed otwartą przestrzenią ujawnił się po raz pierwszy w 1932 r. Niektórzy badacze wskazują, że przyczyną lęku była antysemicka nagonka na poetę, która też przyczyniła się także do psychicznej choroby matki artysty. 
Z agorafobią zmagał się także Bolesław Prus. Utarła się opinia, że jego lęk miał związek z chuligańskim wybrykiem, którego ofiarą padł pisarz po opublikowaniu wyjątkowo niepochlebnego w stosunku do studentów felietonu (no, muszę uważać co piszę). Tak naprawdę jednak już wcześniej zdradzał objawy neurastenii. Wyobrażał sobie katastrofy i skutki tragicznych wypadków. 
Prus nie korzystał z szerokich, dobrze oświetlonych klatek schodowych, a bocznych i zaciemnionych wejść do redakcji. Na spacery wychodził wieczorami albo spacerował jedynie w cieniu. Trzeba go było przeprowadzać przez warszawskie place, bo sam nie był w stanie ich pokonać. W pociągach chował się niekiedy w budce konduktora. Unikał towarzystwa mniej znanych osób, bo bał się ich nieprzewidzianych reakcji. W Berlinie wyskoczył z dorożki, która akurat wjeżdżała na most (poobijał się przy tym mocno). Zdarzało mu się, w napadzie lęku, wysiąść na małej stacji kolejowej. 
Być może jednak - jak twierdzi Stefan J. Borowiecki (badacz choroby Prusa) - właśnie te lęki przyczyniły się do rozwinięcia talentu pisarza. 


Ma Prus swój pomnik w Warszawie. Brzydki dość. Wolę ławeczkę. 
[tekst na podstawie artykułu: Zakładnicy lęku / Cezary W. Domański, Charaktery 6(209), 2014.] 

20 lis 2013

Przepis na bycie pisarzem

Zaczerpnięty z wywiadu z Jodi Picoult. Przyznaję nie czytałam żadnej powieści tej amerykańskiej twórczyni bestsellerów, ale na nową może się skuszę, bo tematyka mi odpowiada bardzo. Nie wiem wprawdzie kiedy znajdę czas, ale chęci są. Podaję zatem przepis na pisarza. Dziennikarka (albo dziennikarz) zapytał pisarkę zalotnie czy zdarza się, że jej nie idzie, na co Jodi:

Nie ma nie idzie. Pisanie to praca. Siedzi się przed monitorem osiem godzin dziennie. Czasem idzie dobrze, czasem nie masz nastroju. Ale tak czy siak - trzeba pisać. To nie jest tak, że muza ląduje na ramieniu i przynosi natchnienie. 
 A słynna blokada pisarska - pyta dalej dziennikarz.

Zdarza się. Ja na przykład rzadko miewam dni, kiedy siadam i, ot tak, wypuszczam czterdzieści stron. Ale trzeba pisać codziennie. Zasada jest prosta: coś słabego zawsze da się poprawić, ale nie można poprawić czegoś, czego nie ma. 
Jodi zaczyna kreowanie historii od odpowiedzi na pytanie, co by było gdyby, a potem w wykreowanej opowieści przesuwa elementy, na które pozwala stworzona rzeczywistość. Cykl powieściowy trwa u niej symboliczne dziewięć miesięcy.  W sumie to bardzo prosty przepis - siedzisz na tyłku i piszesz. Proponuję najpierw bogato się urodzić albo wyjść za mąż - odpada konieczność imania się innych zajęć. 

6 sie 2012

marzy ci się bombonierka istny cud


Różnica między powieścią a zbiorem opowiadań jest taka jak między czekoladą a bomobonierką. Tę pierwszą często pożeram, ta druga skłania raczej by się delektować. A najnowszy zbiór opowiadań Etgara Kereta jest pudełkiem czekoladek niezwykle samkowitych i finezyjnych, i jak to zwykle w przypadku tego autora zaskakujących.

Poniższy fragment - jak i cały zbiór - uważam za wyborny. Ten dotyczy akurat pisania:

W nocy, w łóżku Ronel podjął decyzję, ze napisze ksiazkę. Coś pośredniego między pouczającą przypowieścią, a książką filozoficzną. Będzie to historia o pewnym królu kochanym przez wszystkich swoich poddanych, który traci coś bardzo mu drogiego. Nie pieniądze, może jakieś dziecko czy brata, albo nawet słowika, jeśli wcześniej nie zostało to użyte. Około setnej strony ksiażka stanie się mniej symboliczna, a bardziej współczesna i zajmie się alienacją człowieka we współczesnym społeczeństwie, przyniesie też trochę pocieszenia. Na stronach sto sześćdziesiąt -sto siedemdziesiąt zmieni się w rodzaj czytadła do samolotum tyle że dużo lepszej jakości. A na stronie trzysetnej stanie się miłym w dotyku zwierzątkiem, które czytelnik będzie mógł przytulić i pogłaskać, żeby uporać się ze swoją samotnością. Jeszcze nie rozstrzygnął, za pomocą jakiej technologii przekształci ksiażkę w miłe dotyku zwierzątko, ale zanim zasnął, zakonotował sobie spostrzeżenie, że takie dziedziny jak biologia molekularna i edytorstwo zrobiły w ostatnich latach olbrzymi postęp i wprost proszą się o współpracę.

2 paź 2008

Wiza

Konsulat RP we Lwowie odmówił przyznania polskiej wizy znanemu ukraińskiemu pisarzowi Tarasowi Prochaśce. Konsul, która rozmawiała z pisarzem powiedziała, że z zaproszenia z Instytutu Książki wynika jedynie, że nazywa się Taras Prochaśko, więc nie ma podstaw, by uwierzyć, iż rzeczywiście jest pisarzem. Czego oczekiwała Pani konsul? Legitymacji Massolitu? Fakt, Prochaśko mógł zaproszenie na Dni Literatury zdobyć podstępem, i niczym Dyzma trafić do towarzystwa do którego nie powinien... Z tego można rzeczywiście zrobić kilka opowieści...