18 lut 2019

Romans w pracy

Podobno ponad 33 procent Polaków przyznaje się do romansu lub seksu z osobą pracującą w tym samym miejscu. Sprzyja temu zwiększanie godzin spędzanych poza domem, silna identyfikacja z miejscem pracy i to, że czasem stres związany z miejscem pracy jest mylony z napięciem seksualnym. Zjawisko to staje się coraz bardziej powszechne i wiele firm wprowadza stosowne zakazy do swojej polityki. To zagadnienie z obszaru tabu, więc trudno o dokładne dane, ale kobiety zdradzają niemal równie chętnie jak mężczyźni. Strony i fora internetowe pełne są takich historii, które często kończą się nieciekawie. Romans w pracy może być jednak pełen namiętności, a przy tym nieszkodliwy, o czym przekonuje wydawnictwo Harlequin Enterprises z Kanady, w spocie promującym swoje książki "Romance when you need it":
A chwile w ramionach idealnego kochanka - do wyboru  - lekarza, milionera. kowboja, czy też strażaka może nam umilić butelka wina sygnowana marką Harlequin Books:

[źródło]



4 lut 2019

Świętość druku i elektroniczne bezeceństwa

Są takie książki do których się wraca, mimo upływu czasu. Przypomniałam sobie kilka tytułów z mojej czytelniczej listy podczas lektury książki Izabeli Degórskiej „Internat”. Główna bohaterka – Wiktoria – studentka socjologii bada fenomen książki wydanej blisko pięćdziesiąt lat temu. Książki, która w momencie wydania przeszła właściwie bez echa. Wystarczyło jednak, że znana gwiazda wspomniała o książce w telewizji śniadaniowej, by zapomniana dotąd powieść podbiła serca młodych czytelniczek, a pewne nieduże wydawnictwo wznowiło książkę. „Internat” Kasandry Vitay – bo powszechną fascynację tym tytułem bada Wiktoria - przetłumaczono na osiemnaście języków, powstała nawet ekranizacja. Wiktoria dociera do jednego z pierwszych (bez skrótów i nieautoryzowanych poprawek) egzemplarzy tej powieści, rozgrywającej się w szkole dla dziewcząt, który to egzemplarz znajduje, rzecz jasna w bibliotece. W bibliotece pracuje oczywiście bibliotekarka"kobieta wiekowa i chuda jak szczapa" w "grubych szkłach" zza których w czytelnika "wpatrywały się nieruchomo jasnoniebieskie oczy", które to oczy "były zimne i pełne zniecierpliwienia". Ba, nawet "jej ciasno spięty kok wydawał się nieprzyjazny". Bibliotekarka nie jest nastawiona do Weroniki przychylnie:
"Za moich czasów czytelnicy szanowali książki! Nawet te najbardziej pospolite! Druk? Świętość! Duch autora zamknięty w papierze! Ale teraz przychodzą sobie takie farbowane pannice, zakładają nóżkę na nóżkę, skanują tymi elektronicznymi bezeceństwami najcenniejsze książki i wydaje im się, że są humanistkami! - bibliotekarka cofała się przyciskając do piersi wolumin. Najpewniej, gdyby mogła trzymałaby go pod kluczem, w szklanej gablocie.

[Recenzja ukazała się pierwotnie, w nieco zmienionej formie w Informatorze czytelniczo-kulturalnym "Biblioteka Kraków"]

Nie wiemy czy to pod wpływem stresującego spotkania z nadgorliwą bibliotekarką, ale wkrótce Wiktoria sama staje się bohaterką badanej powieści i trafia do świata wykreowanego przez autorkę „Internatu”. Wciela się tam niejako w jedną z wymyślonych postaci, przyjmując jej wygląd i cechy osobowości. Początkowe zdumienie i idąca za nim fascynacja, stopniowo zamieniają się w obawę, że Wiktoria zostanie już w tym powieściowym świecie, który zapętla się i rządzi swoimi prawami. Okazuje się też, że nie jest jedyną osobą, która w ten sposób zasila świat powieściowy, który karmi się energią uwięzionych w nim czytelniczek, dając poczucie trwania na granicy snu. Główna bohaterka – w miarę rozwoju wypadków i poznawania kolejnych postaci wykreowanego świata – zaczyna zdawać sobie sprawę, że ucieczka z Internatu to kwestia życia lub śmierci…
Powieść Izabeli Degórskiej to dobrze napisana, wciągająca i trzymająca w napięciu, klimatyczna opowieść z przyjaźnią i pragnieniem akceptacji w tle. To świetna propozycja nie tylko dla starszej młodzieży, ale również dla miłośniczek (do których się zaliczam) „Małej księżniczki”, „Godziny pąsowej róży”, czy znakomitej „Tajemnicy Abigél” Magdy Szabó.

29 sty 2019

Wegetarianka

Sięgnęłam po książkę Han Kang zachęcona tytułem (nie jem mięsa od dwudziestu lat) i okładką. Po przeczytaniu dowiedziałam się, że południowokoreańska autorka jest laureatką Man Booker International Prize. Nagrodę przyznano jej za ten właśnie tytuł w 2016 roku.


Główna bohaterka - Yong-hye - pod wpływem snu, przestaje jeść mięso. Pozornie niezależna decyzja powoduje lawinę wydarzeń, zmuszając także jej rodzinę do konfrontacji z własnymi pragnieniami i skrywaną częścią samych siebie. Ciekawe są reakcje na autonomię bohaterki - od niedowierzania, zwątpienia, aż po agresję. W tym temacie zdają się nie obowiązywać różnice kulturowe. 
"Wegetarianka" jest też polifoniczną opowieścią o wolności, roli kobiety, przekraczaniu granic a także pewnej pierwotnej sile, która wyraża się w następującej charakterystyce Yong-hye:
"Czuł bijącą od niej siłę dziko rosnącego drzewa, któremu nikt nigdy nie przyciął gałęzi". 

Powieść może się zatem podobać zaczytanym w "Biegnącej z wilkami" i tym, którzy lubują się w niedopowiedzeniach - autorka zostawia pole do interpretacji i głębokiej refleksji.

7 sty 2019

Biblioteka to koło ratunkowe

Tytuł posta jest jednocześnie tytułem rozdziału najnowszej książki Reginy Brett "Mów własnym głosem. 50 lekcji, jak głosić swoją prawdę". Pierwszą wydaną w Polsce książkę tej autorki szczerze polecam. Jeśli jednak chodzi o nowy tytuł to... nie mogłam się doczekać kiedy dobrnę do końca. Szczególnie początkowe rozdziały wydały mi się napastliwie dydaktyczne... To dziwne, bo powinnam zachwycić się książką traktującą o mocy słowa. Podobało mi się jedynie kilka końcowych rozdziałów (a raczej lekcji), gdzie autorka zawarła rady dotyczące pisania. Książka bardzo mnie zmęczyła - niektóre przykłady wydawały się nie mieć końca, zdarzały się powtórzenia, a historie zamiast podnosić na duchu, powodowały, że czułam się źle po ich przeczytaniu. W wielu miejscach nie zgadzałam się z perspektywą autorki (np. porównywanie się jako pociecha w cierpieniu). Jeśli traficie na ten tytuł, podzielcie się wrażeniami w komentarzu. 

R. Bertt, Mów własnym głosem. 50 lekcji jak głosić swoją prawdę, przeł. Olga Siara, Insignis Media, Kraków 2018. 

Z kronikarskiego obowiązku pozwolę sobie przytoczyć fragmenty rzeczonego rozdziału:

Najwspanialszym prezentem, jaki kiedykolwiek dostałam od rodziców, była karta biblioteczna. Dzięki temu kawałkowi pomarańczowego plastiku z maleńkim metalowym czipem identyfikacyjnym mogłam wybrać się w podróż dookoła świata. Nadal pamiętam zapach nowych książek na wystawie w dziale dziecięcym Biblioteki im. Reeda w Ravennie. Nigdy nie zapomnę, jak skradałam się po schodach do sekcji dla dorosłych na pierwszym piętrze, żeby czytać historie bez obrazków. Wciąż czuję ciężar stosu książek, z którym wychodziłam z biblioteki. Zabierałam ich do domu tyle, ile zmieściło mi się pod brodą. Tata podwoził nas do biblioteki, a kiedy wracał po godzinie, ja i moje rodzeństwo dźwigaliśmy do samochodu naręcza książek - bilety, dzięki którym świat stał przed nami otworem
Niektórzy uważają, że w dobie internetu biblioteki straciły znaczenie. Co za pomysł (...). Biblioteka działa jak okno na świat (...).  Miejscowa biblioteka była centrum naszego świata (...). W domu brakowało pieniędzy na książki, ale mogliśmy je wypożyczać w bibliotece. Za darmo. Jestem wdzięczna każdemu podatnikowi, dzięki któremu miałam dostęp do książek, i każdemu podatnikowi, który zapewnia go moim i twoim wnukom (...). 
Biblioteki to magiczna przestrzeń (...). Strażnicy tej przestrzeni - bibliotekarze - też mają w sobie coś wyjątkowego.  Uczą nas od wczesnego dzieciństwa szanować dorosłych, książki, ciszę i siebie nawzajem. Dobrze się czuję wśród innych czytelników w bibliotece (...). Biblioteki należą do nielicznych miejsc, gdzie wciąż panuje poczucie wspólnoty (...). Biblioteki są też oazą wolności słowa, która należy do najcenniejszych zdobyczy ludzkości. 
Pewien pracownik biblioteki opowiedział mi, jak starsza kobieta z silnym wschodnioeuropejskim akcentem zapytała go, ile książek może wypożyczyć. "Na swoją kartę może pani wypożyczyć do pięćdziesięciu książek". Spojrzała na niego zdumiona. "Nie mówię dobrze po angielsku. Chciałam się dowiedzieć, ile mogę wypożyczyć książek naraz". "Mówi pani bardzo dobrze - zapewnił i powtórzył: - Może pani wypożyczyć do pięćdziesięciu książek". "Pięćdziesięciu?" - powtórzyła z niedowierzaniem, a potem z wdzięczności przeżegnała się i złożyła dłonie do modlitwy. Biblioteka to nie luksus. To koło ratunkowe.  
 

2 sty 2019

Maska

Dziś fragmenty tekstu Filipa Springera dla "Dużego Formatu":

To było jak kop w twarz. Akurat wysiadałem z pociągu, stacja Katowice. Mogłem się tego spodziewać, to przecież nie pierwszy raz. (...) Uderzenie, aż mnie odgięło (...). Smród był taki, jakby ktoś śmietnik na peronie podpalił. Spojrzałem na telefon, aplikacja informująca o jakości powietrza świeciła na bordowo. 1300-1400 procent normy. Polskiej normy, zawyżonej względem tego, co ma reszta Europy (...).
Przechodząc przez galerię handlową, zobaczyłem sklep, na wystawie maski antysmogowe. Wszedłem do środka.
– Idą dziś jak świeże bułki – zatarł ręce sprzedawca i podał mi krawiecki centymetr. – Niech pan sobie głowę zmierzy. I od nasady noska do brody. „Noska” – naprawdę tak mi powiedział. Na ladzie wyłożył maski. Kilkanaście wzorów i kolorów. – Jakie sobie pan życzy. Coś kolorowego czy raczej stonowana klasyka? Najlepiej dobrać do szalika. O, te w trójkąty idą najlepiej. Takie żywe, radosne. Kilka mam kupiło swoim pociechom (...).
Wychodzę ze sklepu, zakładam to na twarz. Smród palonego śmietnika ustaje (...). Wracam na dworzec. 1100 procent normy wisi w powietrzu siwą zawiesiną. Wciska się pod maskę, między słowa. Nowe pozdrowienie: „Zakładaj maskę!” – można za jego pomocą wyrazić troskę o drugiego człowieka. Nowy zwyczaj: zanim otworzysz okno, sprawdź, czy nie wpuścisz do domu trującego powietrza. I nowy dylemat: jak dobrać maskę do kurtki i szalika.To zupełnie jak zastanawiać się nad kolorem rurki do tracheotomii albo ornamentu na respiratorze.

Filip Springer, Zakładaj maskę! Tysiąc procent normy wisi w powietrzu, Duży Format, 31-12-2018.


1 sty 2019

Masa książek odstrasza ludzi

Dziś o książce na którą nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie to, że opisana jest w niej biblioteka. Fabuła książki "Podniebny" Kerstin Gier - bo o niej tu mowa -  rozgrywa się w luksusowym, acz nieco nadgryzionym już zębem czasu, hotelu w szwajcarskich Alpach. Do hotelu "Château Janvier", zwanym Podniebnym, pachnącego pomarańczami, terpentyną, olejem lnianym i miodem, przybywa z Achim pod Bremą, siedemnastoletnia Fanny Funke. Ta piegowata, odważna dziewczyna, zostaje zatrudniona w charakterze pomocnicy pokojówki, ale bywa także opiekunką do dzieci i „dziewczyną do wszystkiego”.  Fanny Funke mogłaby być starszą siostrą Pippi Långstrump albo Tonji z Glimmerdalen, a młodszą kuzynką Molly Murphy z powieściowego cyklu Rhys Bowen. Jest bystra, spostrzegawcza, a grzeczność i uległość nie należą do jej dominujących cech.

Hotel „Podniebny prowadzony jest przez Romana Montforta i jego brata Rudolfa. Ten pierwszy – siejący postrach w całym hotelu, to typ surowy i wymagający. Jego brat ma zaś duszę romantyka.  Fanny trafia do ich pięknie położonego hotelu w momencie, gdy ten przeżywa prawdziwe oblężenie.  Na Święta zjeżdżają się tu goście z różnych stron, tworząc bardzo interesujący i urozmaicony ludzki kalejdoskop. Oprócz personelu hotelowego, na czele z panną Müller – koordynatorką zespołu pokojowych i monsieur Rocher’em – konsjerżem, mamy tu całą rodzinę Dona Burkhardta -  bogatego przemysłowca z Zurychu (podejrzewanego przez główną bohaterkę o bycie bossem śmieciowej mafii) oraz rodzinę Barnbrooke’a - potentata tekstylnego ze Stanów Zjednoczonych. Dla przeciwwagi jest też nieprzyzwoicie bogaty rosyjski oligarcha - Wiktor Jegorow, z żoną i małą córeczką. Oprócz tego przez hotel przewijają się historyk sztuki i ekspert w dziedzinie biżuterii  profesor Brown (w towarzystwie wnuka), samotny pan Huber (noszący broń pod marynarką), legendarna była łyżwiarka figurowa Mara Matthäus (w towarzystwie dwóch pudli), przeurocze stare małżeństwo Ludwigów, a nawet autor thrillerów. Co pokój, to inna, kolorowa postać, której pojawienie się w toku fabuły zwiastuje niespodziankę, a główną bohaterkę stawia w obliczu kolejnego wyzwania.

Fanny, wraz z przybiciem kolejnych gości powtarza, że „to nie będzie w żadnym razie nudne Boże Narodzenie”. I rzeczywiście – w jej towarzystwie trudno o nudę. Przemierzając korytarze hotelu wraz z praktykantką Fanny Funke, czytelnik nie zwraca uwagi na stylistyczne potknięcia w narracji. Chce tylko zajrzeć do kolejnego schowka, tajemniczego przejścia, a wreszcie rozwiązać kryminalną zagadkę. Bo w tym sielsko położonym hotelu zaczynają się dziać rzeczy niepokojące. I nie chodzi tu bynajmniej o ukrywanego przed właścicielem hotelu kota (zwanego Zakazanym), który rzekomo jest wieczny i znika akurat wtedy, kiedy Roman Monfort spaceruje po hotelu, kontrolując swych podwładnych. Ani nawet o pralkę, która uruchamia się sama, czy gasnące znienacka żyrandole. Okładka polskiego wydania powieści zaprojektowana przez Andrzeja Komendzińskiego, sugeruje powieść lekką, komediową, może nawet do wspólnego czytania. Owszem, czytelnik znajdzie tam elementy humorystyczne, a nawet romansowe, ale w pewnym momencie robi się naprawdę groźnie. Po odpowiedź na pytanie, kto uratuje Fanny z opresji i w jakie to tarapaty wpędził główną bohaterkę opisany powyżej konglomerat ludzki, odsyłam do tej niezwykle wciągającej powieści. 

[K. Gier, Podniebny, Media Rodzina, 2018. Tekst recenzji w zmienionej formie ukazał się pierwotnie w Informatorze kulturalno-czytelniczym Biblioteki Kraków]

Jest - jak już wspomniałam - w rzeczonym hotelu biblioteka:
Biblioteka to jedno z najładniejszych pomieszczeń w hotelu. Znajdowały się w niej sięgające sufitu regały pełne książek, wyściełane kąciki do czytania w niszach okiennych, staroświecki piec kaflowy z przypieckiem, wygodne fotele z wysokimi oparciami, stoliki pomocnicze z albumami i biblioteczna drabina na kółkach, którą swobodnie można było przesuwać wzdłuż ściany książek siedmiometrowej długości i czterometrowej wysokości. W takim miejscu [relacjonuje Fanny - przyp. E.S.] nawet wyieranie kurzu sprawiało niesamowitą frajdę. Gdybym była gościem, siedziałabym tutaj cały dzień. Od pieca rozchodziło się przyjemne ciepło i urzekająco pachniało starymi książkami i politurą do mebli. Jeśli ktoś chciał, przynoszono mu nawet do biblioteki kawę, portwajn czy cokolwiek sobie życzył, mimo to goście rzadko do niej zaglądali. Najczęściej wielka sala świeciła pustkami. 
- To ta masa książek odstrasza ludzi - powiedział monsieur Rocher, mrużąc oczy, kiedy wyraziłam zdziwienie -  Ogarniają ich wyrzuty sumienia, kiedy widzą jak mało do tej pory przeczytali. 
A może jest podobnie w przypadku prawdziwych bibliotek? Może rzeczywiście masa książek odstrasza, a bibliotekarze i sama biblioteka kojarzą się z urzędem, co tworzy barierę wejścia? 

31 gru 2018

Święta spędziłam w Norwegii

Święta spędziłam w Norwegii - oczywiście nie dosłownie. Przeniosłam się tam na chwilę za sprawą lektury książki "Szczęśliwy jak łosoś". To zbiór lekkich i pisanych z przymrużeniem oka tekstów dotyczących kultury i szeroko pojętej obyczajowości Norwegii. Książka zachwyca edytorsko, ale długo czekała na to aż po nią sięgnę, bo w te rejony świata nie ciągnie mnie zupełnie. Dlatego tym bardziej byłam zaskoczona, gdy odnalazłam w tej książce... siebie.

Anna Kurek, Szczęśliwy jak łosoś. O Norwegii i Norwegach, Wydawnictwo Poznańskie, 2018.

 Otóż autorka w sposób żartobliwy, nie pretendujący do diagnozy całego społeczeństwa, wskazuje, że główną zasadą funkcjonowania w tym kraju jest niewchodzenie sobie w drogę. Nie powinno więc dziwić, że Norweg nie zapyta czy potrzebujemy pomocy, a nawet nie skorzysta z miejsca w autobusie, kiedy chcemy je akurat ustąpić. Co jednak najbardziej mi się podobało, to fakt, że Norwegowie nie "czują potrzeby wypełniania ciszy, jeśli więc nie mają nic do powiedzenia, to pewnie zachowają milczenie". Zdarzyć się może, że osoba, którą dobrze znamy, spotkana na ulicy powie nam jedynie "cześć". Nie ma obowiązku prowadzenia small talk, nawet z tymi osobami, które znamy. Prowadzenie takich niezobowiązujących rozmów nie jest moją mocna stroną, więc szalenie spodobał mi się ten obyczaj. Sprawa ma się odmiennie jeśli Norweg trafi do - jak to określa autorka - "bańki społecznej", którą może być klub taneczny, czy spotkanie integracyjne w pracy. Wówczas istnieje wspólny cel i temat, na który można rozmawiać i "typowy Norweg" czuje się wtedy bardziej bezpiecznie niż w przypadku improwizowanej, przypadkowej, a tym samym niezręcznej pogawędki, bo na wszystko jest "odpowiedni czas i miejsce". Oczywiście te trudności w kontaktach międzyludzkich ulegają rozluźnieniu, kiedy w grę wchodzi alkohol.  😉 Co jeszcze sprawiło, że poczułam z Norwegami niemal duchowe pokrewieństwo? Otóż "jeśli Norwegowie nie mają na coś wpływu, to nie widzą powodu, by na to narzekać. A jeśli coś mogą zmienić, to też narzekać nie będą, tylko podwiną rękawy i czym prędzej zabiorą się do pracy". To bardzo mi bliska filozofia.


 Anna Kurek - autorka książki - marzyła o Norwegii od kiedy skończyła piętnaście lat. Ten zapał można wyczuć w tym ciekawym i napisanym "od serca" zbiorze tekstów dotyczących Norwegii, które uzupełniają piękne fotografie. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto zamierza wybrać się do tego kraju, a ma o nim jedynie obiegowe wyobrażenie.