Poziom naszego czytelnictwa jest
przygnębiający. Ilość czytelników żałosna. Na kraj trzydziestomilionowy powieść
rozprzedana w pięciu tysiącach jest rekordem. Poezje rozchodzą się w paruset
egzemplarzach. Nic tu nie znaczy wielkość utworu. Elegie Żeromskiego rozeszły
się w dwu tysiącach egzemplarzy. Trudno wiedzieć, czy wynika to z braku
pieniędzy, czy z konkurencji kina i radia, czy z obojętności. Zdaje mi się
jednak, iż jest to zło najgorsze: brak potrzeby czytania – nie zaś niemożność
zaspokojenia tej potrzeby. (…) Czytelników książek mniej jest niż widzów
footballowych, mniej niż szachistów. Jest tych czytelników tak mało, iż trzeba
ich otoczyć opieką państwową, jak żubry w Puszczy Białowieskiej. Gdyby to byli
przynajmniej dobrzy czytelnicy! Ale i ta garstka ma wielki procent czytelników
jołopów, czytelników przeklętych. Przyjrzyjmy się im. Jacy to oni są – ci
czytelnicy?
Czytelnik-zaraza, czyli
chwytający za pióro. Podkreśla ołówkiem niektóre zdania, stawia znaki zapytania
i na marginesie pisze komentarze. Gdzie tylko jest jakaś polemika, wtrąci swoje
trzy grosze. Lubi konsekwencję. Pamięta zawsze, że ktoś był kiedyś w jakiejś
sprawie sześć lat temu innego zdania, i wytyka to ze świętym oburzeniem i z
wypiekami na twarzy. Sam krowa, więc chciałby, żeby ludzie jak krowy nie
zmieniali poglądów. Onże doradca. Żeromskiemu radził, żeby złamał pióro. Gdy
powieść ma dwa tomy, zawsze mówi, że drugi tom gorszy.
Niezadowolony. Nic mu się nie
podoba, ale czyta chętnie. Mój przyjaciel ma takiego fryzjera. Pożycza co rano
książkę i nazajutrz oddaje z grymasem. O Conradzie powiada: „To jakieś głupie”.
O Żeromskim: ”I po co to było pisać?” Wiktor Hugo- to „nabieranie gości”. O
Sienkiewiczu mówi: „To jakiś chory facet”. Nawet „Trędowata” nie daje mu zadowolenia. Odniósł i powiedział, że
drugiego tomu już nie chce. Kiedy mu objaśniono, że „Trędowata” jest w jednym
tomie, pomilczał chwilkę i powiedział: „To lepiej”. Nareszcie coś mu się
spodobało.
Czytelnik literatury
skandynawskiej. Taki, któremu przeszkadza, że Gosta to facet, a nie kobieta.
Lubi, jak jest o małych ludziach, o szarych zwykłych sprawach człowieczych i
żeby nad tym huczał kosmos. Esteta. Z czasem wyrasta na czytelnika literatury
klasycznej: „Ja czytam tylko klasyków”. To znaczy, że nic nie czyta. Chyba, że
weźmie z czytelni „Chłopczycę” albo Arsena Lupina i czyta w ukryciu, aż mu się
uszy trzęsą.
Czytelnik łatwowierny. Wszystko
strawi. Dziwi się, ale wierzy. Gdy przeczyta w numerze primaaprilisowym, że
kogoś ugryzła w udo jemioła albo że przed sędzią pokoju stanął piorun z mamusią
błyskawicą, powie: „Mój panie, kto by pomyślał”. Wierzy, że Żydzi chcieli zabić
Nowaczyńskiego na macę, że Wielkopolska zna się na kinie, że Stroiński jest
szlagonem z Podola. Czyta wszystkie gazety, książki, tygodniki, szuka prawdy i
chodzi po świecie z głową ciężką i nabitą bredniami. W nocy źle śpi, a umiera w
nędzy i poniżeniu.
Węszący. Świdruje oczami każdą
kartkę zadrukowanego papieru, jakby chciał dwie dziury wywiercić. Czyta trzy
razy to samo zdanie i kombinuje. Wie wszystko. Gdy czyta tom poezji Tuwima,
mówi: „On to pisał do tej blondynki z Tomaszowa. Znam. Jej wuj pracował w
Gdańsku”. Jeśli jest kobietą, zna na
pamięć wszystkie koligacje i powinowactwa czytanego autora. Powieść traktuje
jak plotkę. Mówi z tym samym wyrazem twarzy o wszystkich bohaterach „Komedii
ludzkiej”, co o Rózi i Fruzi Gogelmogel. Mało czym można zadowolić takie
monstrum. Chybaby wydać książkę telefoniczną z wykazem, kto z kim chodzi, kto z
kim jest spokrewniony, kto z kim żyje i za czyje pieniądze.
Czytelnik roztargniony.
Nieznośny, inteligentny, wrażliwy, nieuchwytny czytelnik. Gdyby mógł się nieco
skupić, trochę opanować! Gdy czyta dowcipny felieton i pierwsze zdanie go
rozśmieszy, tak się śmieje i tyle gada na ten temat, że zapomina o dalszej
lekturze. Opuszcza całe strony, nie rozumie potem związku i zniechęca się do
autora. Gdy schyla głowę nad książką, chciałoby się przytrzymać siłą ten niesforny,
rozlatany łeb, zapominający o początku, nim dojdzie do końca. Plunąłby człowiek
na tego czytelnika, cóż, kiedy on właśnie rozumie jeszcze najwięcej i mówi do
rzeczy, co prawda tylko przez chwilę, zanim wszystkiego znów nie poplącze.
Spotkał mnie kiedyś na ulicy i powiada: „Zacząłem czytać tę pańską książkę.
Świetna. Ale ktoś mi zabrał, więc nie skończyłem. Nie pamiętam tytułu i co
gorsza, nie pamiętam, kto mi ją zabrał. Kiedy pan wrócił? Nie zmarzł pan? Bo
tam musi być zimno. O tych owocach, nie pamiętam nazwy, to bardzo zabawne”. Nie
wiem do dziś dnia, czy wziął mnie za Goetla, czy też Goetla czytał myśląc o
mnie, czy też nas obu pomieszał z Ossendowskim, a Ossendowskiego z Ossowieckim,
czy też po prostu czytał moją głupią książkę „Pod zwrotnikami”, sądząc, że
czyta opis Islandii. Bóg z nim. Smutno, że się pisze dla takich ludzi, ale
strach pomyśleć, że taki jegomość równie uważnie czyta rozkład jazdy kolejowej
albo kodeks karny.
Czytelnik-marzyciel. Czyta
wieczorami lub nocą, leżąc w łóżku. Pali przy tym dużo albo je cukierki. Odurza
się, narkotyzuje fabułą powieści. Czyta złe i dobre książki z jednakowym
zajęciem. Nie pamięta nigdy autorów przeczytanych książek. Nie ma zrozumienia
dla stylu. Opisy przyrody opuszcza. Nie lubi zawikłanych spraw psychologicznych.
Z przedziwną bystrością odnajduje w każdej powieści wątek erotyczny i trzyma
się go kurczowo, oburącz. Nie da się podejść przez autora; wszystko, co nie
dotyczy bezpośrednio sprawy stosunku dwu płci, opuszcza bez miłosierdzia, bez
drgnienia powiek. Póki się nie dowie, czy Hamlet kombinował z Ofelią, czy
Winicjusz posiadł Ligię, czy Dante złapał Beatrycze – nie zaśnie spokojnie.
Czytelnik-piła, który lubi
Hebbla. Lubi sobie przeczytać coś ciężkiego, gruby tom napisany zawiłym stylem.
Gdy znajdzie obcy wyraz, zajrzy do słownika. Ma na biurku słowniczek Arcta
„Dwadzieścia tysięcy słów obcych”. Gdy z
trudem przebrnie przez mętne i powykręcane, najeżone żargonem filozoficznym
artykulisko, ma zadowolenie, że zrozumiał mniej więcej, o co chodzi, i wdzięczny
jest za to autorowi. Czy ma się przyznać, że z trudem zrozumiał rzecz głupią
albo że z mozołem odcyfrował coś niepotrzebnego? Nie. Woli uznawać
uniwersalizm. Kolekcjonuje takie piły,
które udało mu się przebrnąć! Mówi, że to głębokie, i sam się przez to ma za
inteligenta. Wszystko, co jasne i proste, jest dla niego naiwne. Jeszcze sobie
przeczyta jeden artykulik, jedną książkę i będzie miał komplet. Wtedy już
młotkiem łba nie rozbijesz, tak mu stwardnieje. Wtedy już nie odda swej wiedzy,
z trudem i w pocie czoła zdobytej. Takiego nie można niczym przekonać, można go
tylko wyrzucić na szmelc.
Oto paru czytelników, których
znam osobiście. Nie zniechęca mnie to do pisania, pocieszam się bowiem myślą o
sławie pośmiertnej, choć – przyznam się – chciałbym jeszcze przedtem zobaczyć
na własne oczy okrutną agonię i tragiczny zgon paru wyżej opisanych postaci. Są
gdzieś, dobrzy i poczciwi czytelnicy. Z myślą o nich pisałem ten felieton.
Tacy, co czytają Dekobrę i Leblnca, bo im się naprawdę podoba a nie dlatego, że
są specjalnie, potrójnie, tam i z powrotem wyrafinowani.