Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytanie. Pokaż wszystkie posty

14 lis 2022

Miłość do książek

 "Kobiety z domu Soni" to powieściowy debiut Sabiny Czupryńskiej, znanej mi ze świetnie napisanej książki "Jeszcze będzie przepięknie". To pokoleniowa opowieść o niełatwej codzienności kobiet i trudnych wyborach, podyktowanych społecznymi oczekiwaniami. To też kalejdoskop kobiecych marzeń, tajemnic i emocjonalnych ucieczek. To wreszcie historia zmiany, rozpoczętej przez tytułową Sonię - najmłodszą przedstawicielkę pokolenia matek i córek, która szuka takiego związku, by mogły się "ujawnić w niej pokłady zgody na siebie, owocujące poczuciem bezpieczeństwa i sensu"

Sonia jako dziecko wolała czytanie książek niż bieganie po ulicy z rówieśnikami, a miłość do książek - w przeciwieństwie do uczuć kierowanych w stronę mężczyzn - była w jej życiu stała. Korzystała z miejscowej biblioteki, ale kiedy ta została zamknięta na jakiś czas z powodu wymiany regałów, a inna filia okazała się być nieczynna w sobotę, Sonia zagłębiła się we własną historię, a konkretnie w historię kobiet w swojej rodzinie. Zdała sobie sprawę "z ogromnej, wołającej dziury po korzeniach kobiecości, których nigdy nie miała". 


Sabina Czupryńska, Kobiety z domu Soni, Warszawa : Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2012.

Nie zdradzę czy ową pustkę udało się Soni zapełnić. Nie powiem też co czyta Sonia, bo może sięgnięcie po ten dobrze skonstruowany językowo i dość interesujący fabularnie debiut. Choć przyznać muszę, że bardziej polecam późniejsze - wspomniane już - dokonania autorki. 


28 maj 2022

Książki są koniecznością

 Sięgnęłam po powieść "Sunset Park" prawie dziesięć lat od premiery jej pierwszego, polskiego wydania. Było to zarazem moje pierwsze spotkanie z prozą Paula Austera. Spotkanie, które zaczęło się niezwykle obiecująco. Interesująco obrazowym językiem ten popularny autor wciągnął mnie w świat głównego bohatera - Milesa Hellera. Chłopaka, który zajmuje się opróżnianiem mieszkań zajętych przez banki. Miles fotografuje też pozostawione w tych mieszkaniach przedmioty. Bohater ucieka przed przeszłością i ten motyw ucieczki pojawia się w jego życiu wielokrotnie. Kiedy poznajemy głównego bohatera, ten żyje niezwykle skromnie, a "jedynym luksusem na jaki sobie pozwala, jest kupowanie książek, w miękkich oprawach, głównie powieści, amerykańskich, brytyjskich, tłumaczonych z obcych języków, w sumie jednak książki nie są aż takim luksusem, raczej koniecznością, bo czytanie stało się uzależnieniem, z którego nie ma ochoty się wyleczyć"

P. Auster, Sunset Park, Kraków : Wydawnictwo Znak, 2012. 

Miles jednak musi opuścić znany mu świat i przenieść się do Nowego Jorku. Tym samym zaczyna być bliżej przeszłości o której tak bardzo pragnie zapomnieć. Losy wielu osób przetną się z życiorysem Milesa, kiedy ten zamieszka w opuszczonym domu, w Sunset Park. I tutaj opowieść nieco traci rozpęd - pojawiają się niewiele wnoszące do fabuły życiorysy zawodników sportowych, czy niezakończone wątki, a cała historia zaczyna przypominać literacki patchwork, niekoniecznie pasujących do siebie fragmentów. Brakuje czegoś, co zespoli te fragmenty w solidną całość, przez co powieść staje się nużąca. Opis na okładce jest bardzo zachęcający - powieść ma przedstawiać "pulsujący emocjami świat Nowego Jorku". Ale tak nie jest. To książka bez pomysłu i bez rzeczonych emocji. Szeroko swego czasu i pozytywnie komentowana, dla mnie stała się ogromnym czytelniczym rozczarowaniem. 

27 wrz 2021

Czytanie wyczerpuje

 "Badania pokazują, że czytanie bardzo obciąża system nerwowy. W jednym z periodyków poświęconych psychiatrii pisano, że po nauce czytania członkowie afrykańskich plemion potrzebują więcej snu. Francuzi wierzyli w takie teorie. Podczas II wojny światowej największe racje żywnościowe przekazywali ludziom wykonującym wyczerpującą pracę fizyczną oraz tym, których zajęcia wiązały się z czytaniem i pisaniem". 

To fragment książki amerykańskiej pisarki Jenny Offill. "Wydz. Domysłów" (ang. Dept. of Speculation). Jest to zbiór impresji wokół trudnego tematu zdrady. Przejmujący kalejdoskop odczuć i wrażeń,  ujęty w krótkie, niezwykle celne zdania, z których wyłania się obraz kobiety życiowo spełnionej, postawionej na życiowym zakręcie. "Wydz. Domysłów" to świetna, zaskakująca i godna polecenia książka.  

J. Offill, Wydz. Domysłów, Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2021. 

 

14 sie 2021

Żyć w książkach

 Wybaczcie długie milczenie. Po ostatniej, świetnej lekturze, dopadła mnie czytelnicza niemoc. Nie mogłam zabrać się do żadnej książki. Nic nie mogło przykuć na dłużej mojej uwagi. Aż w bibliotece dostałam rekomendację w postaci książki Neila Gaimana "Ocean na końcu drogi".  Ta niewielka objętościowo powieść, powstała zresztą pierwotnie jako opowiadanie, wciągnęła mnie od pierwszych zdań. To momentami mroczna, chwilami bardzo smutna, pełna przygód i ukrytych znaczeń opowieść.  

N. Gaiman, Ocean na końcu drogi, Warszawa : Wydawnictwo MAG, 2013. 

Bohater powieści powraca w rodzinne strony i wspomina epizody ze swojego dzieciństwa, a także przyjaźń ze starszą od siebie dziewczynką. Jako dziecko uciekał w świat książek:

"W dzieciństwie nie byłem szczęśliwy, choć od czasu do czasu zdarzały mi się chwile radości. Bardziej niż gdziekolwiek indziej żyłem w książkach". 

"Dorastając, czerpałem mnóstwo informacji z książek. Nauczyły mnie większości tego, co wiedziałem o ludziach, o tym jak się zachowywać. Były moimi nauczycielami i doradcami". 

"Książki były znacznie bezpieczniejszym towarzystwem od ludzi". 

"Kiedy czytałem, nie bałem się niczego". 

Książki, koty i mnóstwo - jak na taką książeczkę - niesamowitych wydarzeń, składają się na opowieść od której ciężko się oderwać. Ta napisana niezwykłym językiem, a przy tym zaskakująca historia stanie się na pewno jedną z moich ulubionych i sądzę, że będę do niej wracać. 



31 mar 2020

Czytanie to schron

Dziś fragment felietonu Agaty Passent "To jest mój schron" (Wysokie Obcasy, nr 11(1077), sobota 14 marca 2020):

"Moim schronem, moją twierdzą są książki. Zamiast wydawać miliony na obronę terytorialną i strzelnicę, lepiej stawiać domy z czytelniami i wypożyczalniami książek, a dobre książki traktować jako najskuteczniejsze maseczki ochronne i podkładać je wszędzie: w przedszkolach, szpitalach, więzieniach". 
I dalej:
"Czytam z wielu przyczyn, ale najważniejszą jest dziecięca przyjemność ze zdobywania wiedzy. Czytanie to przyjemność, dzięki której czuję się kobietą zadbaną, zdrowszą i wiecznie nienasyconą (...). Właśnie dlatego, że życie jest krótkie, szkoda mi czasu na słabe książki".  
Cały tekst dostępny tu>>>>


27 kwi 2019

Przyjemność czytania

Dziś fragment książki, którą przeoczyłam, a którą podsunęła mi koleżanka (za co bardzo dziękuję). To "Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności" Philippe'a Delerm'a, wydana w 2004 roku.  To zbiór krótkich tekstów, opiewających czasem małe, niepozorne czynności, które jednak można celebrować i czerpać z nich wcale nie małą satysfakcję. Czytelnik znajdzie tu rozdział o powieściach Agathy Christie, a nawet o bibliobusach. Ponieważ zbliża sie majowy weekend, przytoczę tu  fragment o czytaniu na plaży:

Czytać na plaży - to nie takie proste. Leżąc na plecach - prawie niemożliwe. By nie oślepiło cię słońce, musisz osłonić twarz książką, którą trzymasz w rękach. To dobre na kilka minut, potem się odwracasz. Na boku, wsparty na łokciu, ze skronią na dłoni, gdy drugą ręką przytrzymujesz książkę i przewracasz strony - też nie jest zbyt wygodnie. Kończysz więc na brzuchu, z głową opartą na łokciach. Przy samej ziemi zawsze troszkę wieje i małe kryształki, połyskujące miką, wkradają się pod okładkę (...). Ważne o czym traktuje książka. Można mieć mnóstwo przyjemności, bawiąc się w kontrasty. Przeczytać sobie fragmencik z Dziennika Paula Leautaud, w którym wyraża się on z odrazą o ciałach stłoczonych na bretońskich plażach (...). Pogrążyć się pod palącym słońcem w przesiąknięte deszczem, nieszczęsne przypadki Oliviera Twista. Pogalopować na koniu, wzorem, d'Artagnana, w ciężkim bezruchu lipca (...). Lecz jeśli zbyt długo czytasz, podparty na łokciu, zaczyna cię gnieść podbródek, a w ustach masz pełno plaży. Zmieniasz zatem pozycję: krzyżujesz pod sobą ramiona, co jakiś czas wysuwając rękę, by odwrócić stronę. Jest w tym coś z zadumy czasu dorastania - lektura zyskuje szczyptę melancholii. Kolejne pozy, nieudane próby, całe zniechęcenie i od czasu do czasu drobne przyjemności - tak właśnie wygląda czytanie na plaży. Czujesz się wtedy, jakbyś czytał całym ciałem.

P. Delerm, Pierwszy łyk piwa i inne przyjemności, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2004. [cytat s. 37-38.]

Cóż, na razie pogoda nie sprzyja czytaniu na plaży, czy nawet na ławce w parku. Bez względu na to w jaki sposób spędzacie majówkę, życzę Wam samych przyjemności i wygodnego czytania :) 

19 lut 2019

Książki - trudni znajomi

Dziś - ku refleksji - dwa fragmenty ze zbioru miniatur Niebo i ziemia, który Sandor Marai po raz pierwszy opublikował w 1942 roku :  
"Nie wystarczy czytać. Rzeczą ważniejszą jest - wedle wszystkich ekspertów - czytać ponownie. I nie tylko książkę, którą pamiętamy jak przez mgłę albo której za pierwszym czytaniem nie zrozumieliśmy w pełni; należy ponownie przeczytać każde zdanie, każdy rzeczownik i czasownik, a także przydawkę, która w książce coś definitywnie określa. Bo czego chce książka? Abyśmy ją zrozumieli. Ale coś takiego następuje powoli, nieomal tak wolno i w sposób tak skomplikowany jak w życiu. Małżonkowie potrzebują niekiedy dziesięcioleci, nim wreszcie jedno zdoła zrozumieć drugie. Książki to także trudni znajomi. Nie wystarczy czytać zgodnie z katalogiem, modą albo tradycją; instynktownie należy szukać książki, która - właśnie nam - może powiedzieć coś istotnego. Trzeba czytać regularnie, podobnie jak człowiek śpi, je, kocha i oddycha. Książki, jak ludzie, tylko wtedy zdradzą ci swoje sekrety, obdarzą cię zaufaniem, jeśli i ty oddasz im się bez reszty. Nie lubię czytać książek innych niż te, które są moją własnością. Nie wystarczy mieć w posiadaniu myśl i wiedzę, jaką zawiera książka. Niech zatem książka, która jest ziemską powłoką myśli, będzie moją, bezwarunkowo, jak tego domagają się kochankowie".


"Wydawnictwo przysyła mi nowe książki, egzemplarze recenzyjne, w nadziei na moją łaskawą opinię. Te książki całymi dniami leżą nietknięte na moim stole, czasem, gdy ruszy mnie sumienie, zerkam na nie. Potem z silnym postanowieniem, otwieram jedną z nich. Czytam jedną linijkę na chybił trafił, gdzieś pośrodku (...) Zamykam książkę i kręcąc głową wracam do swoich spraw. Po drodze tak sobie myślę: "To nieprawda, że reklama, recenzje, streszczenia informują o prawdziwej zawartości książki. Sama książka, nim jeszcze ktokolwiek ją otworzy, zdradza się w jakiś zagadkowy sposób, nieomal niepojęty. Nie sądzę, abym nieopatrznie przeszedł mimo arcydzieła. Książki, których nie mamy ochoty przekartkować, nie pokutują bez winy. Wystarczy jedna linijka, abyś wiedział o książce wszystko, jak wystarczy jedno kłamliwe słowo, drobny, niegodny czyn, aby całkowicie zdradzić człowieka". Żywa książka promieniuje, jak wszystko co żyje. Książki sztuczne, zrobione, jedynie są. I to już cała różnica? Myślę, że tak."

30 sie 2018

Biblioteka - nieistotne usługi

"Rada miejska zamierza zredukować nieistotne usługi" - taką deklarację odnośnie biblioteki usłyszeli mieszkańcy miasteczka Bramble. To miasteczko z kart młodzieżowej powieści "Kroniki Amora" Coleen Paratore.  Jednak sposób potraktowania biblioteki przez władze - w tym przypadku najpierw skrócone godziny otwarcia, a potem być może przejęcie księgozbioru przez filie w sąsiednich miastach - to nie jedynie fikcja literacka, o czym dobrze wiedzą na co dzień kierujący bibliotekami.

Mieszczącą się "w starym, ceglanym budynku" Biblioteka Miejska w Bramble kieruje pani Saperstone - bibliotekarka, która "kiedy opowiada o książkach, jest tak podekscytowana, że (...) wydaje się zawsze młoda". Pani Saperstone czyta trzy książki dziennie, dzięki czemu "nie przegapi żadnej dobrej" i "zawsze wie, które książki są dobre". 



Na pomoc bibliotece rusza główna bohaterka powieści Willa Havisham - wielbicielka Szekspira, która - jak sama o sobie twierdzi - "urodziła się pozbawiona genu cierpliwości", ma za to "potrójną zdolność do zamartwiania się". Willa często się przeprowadzała i trudno jej było zawierać trwałe przyjaźnie. A "przyjaciele, których znajdowała w książkach" zawsze byli obok niej. Willa uważa, że "nowe książki pachną jak atrament, a stare są bardziej tajemnicze", ale "kocha je wszystkie" i dlatego postanawia ratować swoją ukochaną bibliotekę i panią Saperstone. Bo przecież "nie każdy może sobie pozwolić na kupno każdej książki, którą chciałby przeczytać. Po to są biblioteki".  Willa zbiera więc doniesienia prasowe o bibliotekach w innych miastach i okazuje się, że "Bramble nie jest jedynym miastem, w którym biblioteki mają kłopoty".  "Wygląda na to, że głupota się rozprzestrzenia" - kwituje pomysł zamknięcia biblioteki Willa. Uważa też, że "bibliotekarze swatają ludzi z książkami". Najlepsza przyjaciółka bohaterki - Tina -  uważa że "biblioteki są dinozaurami" i "może nadszedł czas, żeby wyginęły", bo przecież jeśli chce się przeczytać jakąś książkę - można ją kupić, a przy odrabianiu pracy domowej wystarczy "poszperać w sieci". Tina, widząc starania przyjaciółki o ocalenie biblioteki, zaczyna zmieniać zdanie i wspierać Willę we wszystkim.  

Willa często odwiedza panią Saperstone, aby ją wesprzeć. Bibliotekarka  opowiada dziewczynce jak kiedyś wypożyczało się książki:
"Wpisywało się swoje nazwisko na kartę, która znajdowała się w kieszonce z tyłu książki. To sprawiało, że wypożyczenie książki stawało się czymś osobistym. Jak gdyby wypożyczało się coś szczególnego (...). Można było spojrzeć na kartę i zobaczyć, kto czytał daną książkę przed tobą. Kiedy widziało się te nazwiska, czuło się związek z ich właścicielami. A kiedy wpisało się własne, związywało się siebie samego z wszystkimi tymi ludźmi, którzy przeczytają daną książkę po tobie".
I dalej:
"Książka to żywy przedmiot. Przenika do twojego umysłu i serca i kształtuje twój sposób myślenia i odczuwania. Każda książka, którą czytasz, staje się częścią ciebie (...). Czasami widzę smugę sosu na stronie, na której opisana jest jakaś śmieszna scena. Wtedy myślę sobie, że może osoba, która czytała tę książkę przede mną jadła pizzę, kiedy roześmiała się w tym momencie. Albo widzę plamkę wielkości łzy na stronie ze smutną sceną i myślę o osobie, która czytała ten fragment i wzruszyła się do łez tak jak ja".

Oprócz wspaniałej bibliotekarki w powieści pojawia się też księgarz-pasjonat. Miłość do książek wypełnia strony tej zgrabnie napisanej powieści, na równi z pierwszą, młodzieńczą miłością przeżywaną przez główną bohaterkę. Szybkie tempo narracji i galeria ciekawych postaci, przedstawionych przez autorkę z czułą wyrozumiałością, sprawiły, że "Kroniki Amora" czytałam z przyjemnością, choć pierwsze zakochanie mam już daaaawno za sobą. 

15 cze 2018

Przeczytać wszystkie książki

Dziś chciałabym się z Wami podzielić opowieścią o Wierzbowniku. Wierzbownik to jeden z krasnali z pięknych opowiadań Wojciecha Widłaka i Pawła Pawlaka zebranych w tomiku "Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach".  Nie wiadomo skąd krasnal ten wziął się na wierzbie. Może siedział pogrążony w lekturze, a wierzba wyrosła z niego, unosząc go do góry. 

Wierzbownik krył (...) twarz pod rondem kapelusza, rzucając od czasu do czasu sąsiadom ukradkowe spojrzenia. Ale miał też inną tarczę i osłonę. Swoją, wyjątkową, szczególną. Książki, Kiedyś, dawno temu, kiedy zaczynał je czytać, miał nadzieję - ba, nawet pewność! - że pozwolą mu zrozumieć siebie samego, innych i świat cały, że pomogą mu odkryć sens Wszystkiego i w ten właśnie sposób znaleźć drogę do szczęścia. Przeczytał ich już wiele, z czego był bardzo dumny. Chętnie pochwaliłby się tym innym krasnalom, ale nie miał kiedy. Już dawno zdał sobie sprawę, że skoro jego celem jest odkrycie sensu Wszystkiego, powinien przeczytać WSZYSTKIE książki. Czasami był już całkiem blisko celu, bo z wiekiem zyskał wielką biegłość w pochłanianiu zadrukowanych kartek. Kiedy jednak kończył czytać ostatnią książkę, okazywało się że tymczasem ukazały się dziesiątki, setki a nawet tysiące nowych i Wierzbownik rzucał się na nie, żeby zrealizować w końcu swoje piękne zamierzenie. Po jakimś czasie, gdy odwracał ostatnią kartkę z ostatniej książki zdjętej z kolejnej sterty, znów okazywało się, że ma do przeczytania dziesiątki, setki i tysiące nowych. Wierzbownik nie rezygnował. Nie był taki jak niektóre krasnale - potrafił logicznie myśleć i systematycznie pracować. Musiało mu się udać. W końcu na pewno odkryje sens Wszystkiego...

W. Widłak, P. Pawlak, Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach, Wydawnictwo Format, s. 9-13.

2 kwi 2017

Biblioteki - burdele dla intelektualistów

Bohaterem nowej książki Mai Wolny "Księgobójca", jest Wiktor Krzesim, który prowadzi księgarnię Scripta w Amsterdamie. Nie jest to zwyczajna księgarnia, bo właściciel oferuje tu tylko takie książki, które sam chciałby przeczytać, a są to głównie klasycy oraz pisarze z Europy Wschodniej. Wiktor traktuje książki jak przyjaciół - mówi o nich "drogie, wierne książki" i "chroni je przed pleśnią i nadmiarem dotyku". "Kto nie szanuje książek, nie szanuje także ludzi" - twierdzi. Uważa też, że sprzedaje ludziom "zapomnienie", a dzięki książkom "mogą wyrwać się z niewoli czasu". Dla Wiktora "dobra literatura to bilet w nieskończoność, w bezczasowe trwanie".  Księgarz jest bardzo przywiązany do miejsca, które stworzył. Nie mógłby pracować gdzie indziej, np. w bibliotece:
Za nic w świecie nie chciałbym pracować w bibliotece. Nie zniósłbym nadawania książkom numerów, tego wyglądającą na wielką zagładę tatuowania liczb. Tymczasowości okresu wypożyczenia. Zrezygnowanych twarzy znudzonych pani domu, uczniaków żebrzących o lektury. Przekazywania książki w cudze ręce na parę nocy, aż się nie znudzi, nie skończy gdzieś nad ranem. Czytelnik przychodzi zwrócić wolumin do biblioteki, oczyścić konto, dopisać kolejny numerek, wcisnąć bibliotekarzowi coraz bardziej zniszczoną książkę, która natychmiast puszczana jest w obieg, bez chwili wytchnienia wydaje się ją w obce ręce. Biblioteki to burdele dla intelektualistów, przytułki dla biedoty, która nie jest w stanie zgromadzić prawdziwego księgozbioru.
Przez to przekonanie na temat bibliotek, ale też przez indolencję w innej kwestii (nie chcę zdradzać fabuły), nie polubiłam głównego bohatera.  U księgarza zaopatruje się artysta - Jan Visser. Skupuje książki potrzebne mu do pracy. Ma jednak całkowicie odmienne poglądy od radykalnego strażnika książek: Tylko człowiek obmyśla strategie ucieczki od odpowiedzialności i zapisuje je w swoich księgach. Niszczy drzewa, by utrwalać na papierze własną głupotę (...). Ciekawe jest zestawienie tych dwóch postaw i splecenie ze sobą ich losów.

Powieść, choć wydana w tzw. Czarnej serii, nie jest takim kryminałem, do jakiego przyzwyczaili nas chociażby szwedzcy autorzy. Autorka celowo powoli wprowadza czytelnika w intrygę i dawkuje napięcie, skupiając się na wątkach psychologicznych - oprócz księgarza mamy tu kilka postaci, z których każda musi się zmierzyć z wydarzeniami z przeszłości. Motyw ten był już obecny we wcześniejszej książce autorki. Mamy tu też zmagania z upływającym czasem i rzecz jasna - pragnienie miłości - niezależne od czasu. Styl i piękno języka - tak widoczne w Czarnych liściach - tu został niejako okiełznany, co być może podyktowane było wyborem gatunku. Dobrze poprowadzona fabuła i ciekawie nakreślony obraz miasta to atuty tej powieści, po którą pewnie sięgną miłośnicy słowa drukowanego - zachęceni chociażby klimatyczną okładką. "Księgobójca" nie ma dla mnie jednak tej siły przyciągania, co poprzednia powieść pisarki, do której to na pewno powrócę.

5 lut 2017

Strajk przeciwksiążkowy

W Magazynie Świątecznym (Gazeta, 4-5 lutego) ukazał się bardzo ciekawy wywiad z Robertem Górskim, współtwórcą Kabaretu Moralnego Niepokoju. Opowiada on o swojej edukacyjnej drodze i czytaniu, rzecz jasna:

W ogóle czytałem bardzo dużo. I patrzę ze zgrozą na to, co się dzieje z moim 12-letnim synem, który w ogóle nie chce czytać. Nawet urządził taki jednoosobowy strajk przeciwksiążkowy, bo czytanie książek jest nudne.
Gdy byłem w jego wieku, książki były najfajniejszą formą spędzania czasu. Może dlatego, że nie było innych rozrywek? Więc czytałem wszystkie "Tomki" Szklarskiego, "Pana Samochodzika", pewnie jak każdy z nas, "Winnetou", Centkiewiczów, oczywiście. Literaturę młodzieżową miałem opanowaną. (...). Mam nadzieję, że [syn] się przełamie. Jak był mały czytałem mu przed snem, opowiadałem bajki. Wydawało mi się to naturalne, że dorastający człowiek, czy dziecko, które przestaje być już dzieckiem, w normalnym odruchu sięga po książkę, żeby przeczytać o jakichś przygodach, choćby Plastusia. Ale wirtualny świat wciąga bardziej.
To w ogóle dziwne. Mamy coraz więcej ludzi wykształconych. Teoretycznie. A praktycznie coraz mniej ludzi czyta książki. Mnie wykształcenie kojarzy się przede wszystkim nie z dyplomem, ale z czytaniem.

Dalej opowiada o wyższości Mickiewicza nad Słowackim, przeczytaniu "całego" Kochanowskiego i o czytaniu obecnie:
Mam parę rozpoczętych książek. Zawsze tak było, że nie sposób się skupić na jednej. Czytam tak, jak Konwicki pisał. Tak sobie półleżał, miał przygięte nogi w kolanach i opartą książkę o te kolana. Ja też tak sobie piszę i tak czytam. Niestety, interesujące książki są zazwyczaj bardzo grube, wobec tego bardzo ciężkie i nie da się ich czytać w autobusie. (...).

W wywiadzie przeczytamy też o zamiłowaniu do literatury rosyjskiej, ulubionym bohaterze literackim Górskiego i wyższości książek nad e-bookami.

30 gru 2016

Czytelnik-ultras

Nie czytam. Nie mogę, nie skupiam się, nie ogarniam. Książkowo-zimowe przesilenie. Po głowie - z której ktoś wyjął mózg i włożył kłębek waty (takie mam wrażenie) krąży mi słowo nadmiar (i o watę się obija). Widać codzienne obcowanie z książką rodzi panikę wyboru, a w konsekwencji jego brak. O nadmiarze traktuje jeden z archiwalnych numerów kwartalnika Kultura współczesna

W artykule profesora Tomasza Szlendaka przeczytać można o konsekwencjach życia w kulturze przesytu i przeładowania - epoce dyktatury nadmiaru i hegemonii nadprodukcji kulturowej, której sprzyja brak kanonu kulturowego, schematyczna ocena dóbr kultury i Internet jako miejsce do ekshibicji i źródło darmowego dostępu do kultury.
Wypalenie zawodowe, rwanie społecznych więzi, osłabienie zdolności poznawczych czy nawet depresja - to rezultat nadmiaru cechującego kulturę zachodnią. Zalew idei, informacji, bodźców męczy i utrudnia życie, powoduje utratę poczucia kontroli. Do tego dochodzi ustawiczne pobudzenie i prze-koncentrowanie. Doskwiera nam coraz częściej lęk informacyjny i lęk przed utratą atrakcyjnych sposobności, ale co najważniejsze "radykalnie obcina budżet czasu, w którym można po prostu żyć". Widać to doskonale na przykładzie Facebook'a - zasiadając przed ekranem komputera mam wrażenie zasysania wielu godzin, bez żadnego wymiernego efektu. Artykuł definiuje także w jaki sposób człowiek radzi sobie z poczuciem nadmiaru, który - co ciekawe - nie dotyczy młodego pokolenia, znającego Internet i oswajającego się z nowymi technologiami od urodzenia.



Szczególnie jednak polecam uwadze artykuł Literatura i nadmiar profesora Przemysława Czaplińskiego. Pisze on:
W 2010 roku na polskim rynku ukazało się prawie 30 tys. tytułów. W tej licznie - prawie 5 tys. książek z literatury pięknej. W tym ponad 3 tys. z literatury polskiej. W tym ponad 800 z dziedziny prozy. Wyobraźmy sobie kogoś, kto postanowił to pochłonąć. Taki książkowy fundamentalista, czytelnik-ultras, lekturowy ekstremista, aby podołać dorobkowi jednego roku, musiałby czytać dwa tysiące siedemset książek miesięcznie; osiemset tygodniowo; ponad sto dziennie; pięć na godzinę. Jedną książkę w dwanaście minut. Bez przerw, odpoczynków, snu, zmiany zajęcia. Gdyby nasz ultras chciał ograniczyć zadanie do literatury polskiej, i tak musiałby czytać 15 książek dziennie. Nawet redukcja do samej prozy wymagałaby pochłaniania prawie 3 książek na dzień. Nikt - nawet książkowy hezbollah - nie byłby w stanie tego dokonać. 
Profesor Czapliński stwierdza jednak, że kultura zawsze jest nadmiarem i to poczucie przepełnionego świata to tak naprawdę poczucie zgubionych możliwości zapanowania nad wielością i rozpacz nad utraconą przeszłością, w której potrafiliśmy wyznaczyć miarę. Bo współczesny czytelnik obcuje z wielością książek, które nie tworzą całości, nie dają się opanować przy użyciu jakiegoś miernika - literatura to stan permanentnego i rosnącego rozproszenia. Przyrastająca mnogość dzieł nie daje się uporządkować w stabilny zbiór zwany kanonem, bo kontakt z dziełem literackim ma charakter nominalny i doraźny.

Czy też przytłacza Was nadmiar literackiej produkcji? Jak sobie z tym radzicie? Macie swój kanon, czy Wasza biblioteczka - tak jak moja - to granat wrzucony do księgarni? 😉

21 lut 2016

Bibliotekarka - kobieta wielofunkcyjna i interdyscyplinarna

Radiowa Jedynka wyemitowała niedawno program Jak zachęcić Polaków do czytania książek?, dotyczący akcji zachęcających do czytania. Omawiano najważniejsze kampania i próbowano zdefiniować czynniki odpowiedzialne za ich skuteczność. 
W dyskusji wzięli udział: Aleksandra Ptasznik (Wydawnictwo Otwarte), Grzegorz Gauden (Instytut Książki) oraz pisarka Sylwia Chutnik. 
Ta ostatnia, zasiadająca w jury konkursu im. Olgi Rok, zwróciła uwagę na rolę bibliotekarek, szczególnie w małych miejscowościach i była pod wrażeniem w jak wielu dziedzinach wspomagają one czytelników. Nazwała bibliotekarki kobietami wielofunkcyjnymi i interdyscyplinarnymi.  
Rozmowę bardzo trafnie podsumował Grzegorz Gauden, mówiąc o tym, że jeżeli nie damy ludziom bezpłatnego dostępu do książek (biblioteki, biblioteki i jeszcze raz biblioteki), to niepotrzebnie wydajemy pieniądze na promowanie czytelnictwa
Cała audycja tu>>>


17 lut 2016

Nie pracował, czytał

Jaquin Garcia, zatrudniony do nadzorowania budowy zakładu uzdatniania wody w Kadyksie, przez 6 lat nie był w pracy ani razu. Pobierał jednak pensję, wynoszącą rocznie 37 tysięcy euro. Sprawa wyszła na jaw, gdy szefostwo firmy chciało odznaczyć długoletnich pracowników. Ciekawie tłumaczył się w sądzie niefrasobliwy pracownik.Twierdził, że wcale nie unikał pracy, wręcz przeciwnie, był w niej codziennie, jednak nie miał co tam robić. Nie informował o braku zajęcia przełożonych, bo bał się utraty stanowiska. Tłumaczył też, że nie marnował czasu i czytał dużo książek, a szczególnie dzieła wybitnych filozofów, nazywając siebie ekspertem od Spinozy.

To Spinozie przypisuje się słowa: gdy chodzi o sprawy ludzkie, nie śmiać się, nie płakać, nie oburzać się, ale rozumieć. Cóż, sąd nie wykazał zrozumienia dla 69-letniego pracownika, zasądzając mu karę w wysokości 27 tys. euro. Sam Garcia nie został zwolniony - przeszedł po prostu na emeryturę,

[więcej na ten temat>>>]

21 cze 2015

Czytanie ocala życie

W najnowszym numerze miesięcznika Uroda życia wywiad z Jerzym Pilchem, powstały jak mniemam, przy okazji premiery jego najnowszej książki. Ciekawa jest odpowiedź pisarza na pytanie, co daje mu czytanie:

Ocala życie - myślę, że mogę się tak patetycznie wyrazić. Możesz posłuchać trochę muzyki, ale ile? Nie można cały dzień, bo dopiero zwariujesz. Choćby to był najszlachetniejszy barok. Spośród różnych zajęć właśnie czytanie jest najlepszą formą ucieczki od świata. I jest właściwie nieskończone. Ja tu, jak w każdej przyzwoitej bibliotece, mam jakieś dwie trzecie książek nieprzeczytanych. To wystarczająca liczba, żebym - nawet wyzdrowiawszy - był zabezpieczony. Bo jeśli chcesz się uspokoić, coś ci bardzo przeszkadza, czujesz się źle z jakimiś myślami, to książka - i nie musi to być frapująca lektura kryminalna - potrafi uratować.
Pisarz stwierdza też:
Bez pisania ciężko, ale jakoś bym się obył. Bez czytania nie. Czekam na poprawę zdrowia, żebym był w stanie długo czytać...


19 lut 2015

Lokowanie produktu

Ciekawa ta kalka z języka angielskiego... Lokowanie produktu... Bierzemy lokówkę i jazda... Ale do rzeczy. 
Nie wiem, czy nadal praktykują to wydawcy, ale swego czasu spotykałam - szczególnie w książkach naukowych - kolorowe reklamy, na całą stronę. Najczęściej na kredowym papierze, na końcu lub początku książki. Wiadomo było, kto wsparł finansowo wydanie danego dzieła. Dobrze jeśli książkę o finansach wsparł bank, ale nie zawsze sponsor pasował do tematyki. Taka praktyka raziła mnie  bardzo. Ale okazuje się, że może być gorzej:

Maciej Łazowski Głosy w mojej głowie
Uwielbiam - szczególnie przez polskich twórców seriali stosowane - te najazdy kamery na różne produkty i wypowiadane przez bohaterów, sztuczne kwestie, mające skierować uwagę widza na lokowany produkt. Bądźcie czujni i czytajcie między wierszami! Nigdy nie wiadomo, kiedy przedstawiona w tym komiksie wizja się spełni!

18 lut 2015

Czytający przystojniacy

Na Instagramie działa profil na którym administratorzy umieszczają zdjęcia czytających mężczyzn. Panowie - z zasady przystojni - mogą czytać wszędzie - w parku, metrze, na ulicy. Nośnik także ma znaczenie drugorzędne. Podobnie zresztą jak kwestie związane z ochroną prawną wizerunku (artykuł na ten temat tu). Zdaje się, że fotografowani panowie nie wiedzą, że stają się obiektami westchnień. Chociaż wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że to jakaś akcja marketingowa, mająca na celu propagowanie nawyku czytania, a zorganizowana przez jedną z bibliotek. 



27 cze 2014

O czytelnikach / Antoni Słonimski

Felieton znaleziony w zbiorze Mistrzowie felietonu. Trochę trąci myszką, ale pewne fragmenty są aktualne, pewne nadal bawią. Bardziej wytrwałych zapraszam do lektury. 


Poziom naszego czytelnictwa jest przygnębiający. Ilość czytelników żałosna. Na kraj trzydziestomilionowy powieść rozprzedana w pięciu tysiącach jest rekordem. Poezje rozchodzą się w paruset egzemplarzach. Nic tu nie znaczy wielkość utworu. Elegie Żeromskiego rozeszły się w dwu tysiącach egzemplarzy. Trudno wiedzieć, czy wynika to z braku pieniędzy, czy z konkurencji kina i radia, czy z obojętności. Zdaje mi się jednak, iż jest to zło najgorsze: brak potrzeby czytania – nie zaś niemożność zaspokojenia tej potrzeby. (…) Czytelników książek mniej jest niż widzów footballowych, mniej niż szachistów. Jest tych czytelników tak mało, iż trzeba ich otoczyć opieką państwową, jak żubry w Puszczy Białowieskiej. Gdyby to byli przynajmniej dobrzy czytelnicy! Ale i ta garstka ma wielki procent czytelników jołopów, czytelników przeklętych. Przyjrzyjmy się im. Jacy to oni są – ci czytelnicy?
Czytelnik-zaraza, czyli chwytający za pióro. Podkreśla ołówkiem niektóre zdania, stawia znaki zapytania i na marginesie pisze komentarze. Gdzie tylko jest jakaś polemika, wtrąci swoje trzy grosze. Lubi konsekwencję. Pamięta zawsze, że ktoś był kiedyś w jakiejś sprawie sześć lat temu innego zdania, i wytyka to ze świętym oburzeniem i z wypiekami na twarzy. Sam krowa, więc chciałby, żeby ludzie jak krowy nie zmieniali poglądów. Onże doradca. Żeromskiemu radził, żeby złamał pióro. Gdy powieść ma dwa tomy, zawsze mówi, że drugi tom gorszy.
Niezadowolony. Nic mu się nie podoba, ale czyta chętnie. Mój przyjaciel ma takiego fryzjera. Pożycza co rano książkę i nazajutrz oddaje z grymasem. O Conradzie powiada: „To jakieś głupie”. O Żeromskim: ”I po co to było pisać?” Wiktor Hugo- to „nabieranie gości”. O Sienkiewiczu mówi: „To jakiś chory facet”. Nawet „Trędowata” nie daje mu  zadowolenia. Odniósł i powiedział, że drugiego tomu już nie chce. Kiedy mu objaśniono, że „Trędowata” jest w jednym tomie, pomilczał chwilkę i powiedział: „To lepiej”. Nareszcie coś mu się spodobało.
Czytelnik literatury skandynawskiej. Taki, któremu przeszkadza, że Gosta to facet, a nie kobieta. Lubi, jak jest o małych ludziach, o szarych zwykłych sprawach człowieczych i żeby nad tym huczał kosmos. Esteta. Z czasem wyrasta na czytelnika literatury klasycznej: „Ja czytam tylko klasyków”. To znaczy, że nic nie czyta. Chyba, że weźmie z czytelni „Chłopczycę” albo Arsena Lupina i czyta w ukryciu, aż mu się uszy trzęsą.
Czytelnik łatwowierny. Wszystko strawi. Dziwi się, ale wierzy. Gdy przeczyta w numerze primaaprilisowym, że kogoś ugryzła w udo jemioła albo że przed sędzią pokoju stanął piorun z mamusią błyskawicą, powie: „Mój panie, kto by pomyślał”. Wierzy, że Żydzi chcieli zabić Nowaczyńskiego na macę, że Wielkopolska zna się na kinie, że Stroiński jest szlagonem z Podola. Czyta wszystkie gazety, książki, tygodniki, szuka prawdy i chodzi po świecie z głową ciężką i nabitą bredniami. W nocy źle śpi, a umiera w nędzy i poniżeniu.
Węszący. Świdruje oczami każdą kartkę zadrukowanego papieru, jakby chciał dwie dziury wywiercić. Czyta trzy razy to samo zdanie i kombinuje. Wie wszystko. Gdy czyta tom poezji Tuwima, mówi: „On to pisał do tej blondynki z Tomaszowa. Znam. Jej wuj pracował w Gdańsku”.  Jeśli jest kobietą, zna na pamięć wszystkie koligacje i powinowactwa czytanego autora. Powieść traktuje jak plotkę. Mówi z tym samym wyrazem twarzy o wszystkich bohaterach „Komedii ludzkiej”, co o Rózi i Fruzi Gogelmogel. Mało czym można zadowolić takie monstrum. Chybaby wydać książkę telefoniczną z wykazem, kto z kim chodzi, kto z kim jest spokrewniony, kto z kim żyje i za czyje pieniądze.
Czytelnik roztargniony. Nieznośny, inteligentny, wrażliwy, nieuchwytny czytelnik. Gdyby mógł się nieco skupić, trochę opanować! Gdy czyta dowcipny felieton i pierwsze zdanie go rozśmieszy, tak się śmieje i tyle gada na ten temat, że zapomina o dalszej lekturze. Opuszcza całe strony, nie rozumie potem związku i zniechęca się do autora. Gdy schyla głowę nad książką, chciałoby się przytrzymać siłą ten niesforny, rozlatany łeb, zapominający o początku, nim dojdzie do końca. Plunąłby człowiek na tego czytelnika, cóż, kiedy on właśnie rozumie jeszcze najwięcej i mówi do rzeczy, co prawda tylko przez chwilę, zanim wszystkiego znów nie poplącze. Spotkał mnie kiedyś na ulicy i powiada: „Zacząłem czytać tę pańską książkę. Świetna. Ale ktoś mi zabrał, więc nie skończyłem. Nie pamiętam tytułu i co gorsza, nie pamiętam, kto mi ją zabrał. Kiedy pan wrócił? Nie zmarzł pan? Bo tam musi być zimno. O tych owocach, nie pamiętam nazwy, to bardzo zabawne”. Nie wiem do dziś dnia, czy wziął mnie za Goetla, czy też Goetla czytał myśląc o mnie, czy też nas obu pomieszał z Ossendowskim, a Ossendowskiego z Ossowieckim, czy też po prostu czytał moją głupią książkę „Pod zwrotnikami”, sądząc, że czyta opis Islandii. Bóg z nim. Smutno, że się pisze dla takich ludzi, ale strach pomyśleć, że taki jegomość równie uważnie czyta rozkład jazdy kolejowej albo kodeks karny.
Czytelnik-marzyciel. Czyta wieczorami lub nocą, leżąc w łóżku. Pali przy tym dużo albo je cukierki. Odurza się, narkotyzuje fabułą powieści. Czyta złe i dobre książki z jednakowym zajęciem. Nie pamięta nigdy autorów przeczytanych książek. Nie ma zrozumienia dla stylu. Opisy przyrody opuszcza. Nie lubi zawikłanych spraw psychologicznych. Z przedziwną bystrością odnajduje w każdej powieści wątek erotyczny i trzyma się go kurczowo, oburącz. Nie da się podejść przez autora; wszystko, co nie dotyczy bezpośrednio sprawy stosunku dwu płci, opuszcza bez miłosierdzia, bez drgnienia powiek. Póki się nie dowie, czy Hamlet kombinował z Ofelią, czy Winicjusz posiadł Ligię, czy Dante złapał Beatrycze – nie zaśnie spokojnie.
Czytelnik-piła, który lubi Hebbla. Lubi sobie przeczytać coś ciężkiego, gruby tom napisany zawiłym stylem. Gdy znajdzie obcy wyraz, zajrzy do słownika. Ma na biurku słowniczek Arcta „Dwadzieścia tysięcy słów obcych”.  Gdy z trudem przebrnie przez mętne i powykręcane, najeżone żargonem filozoficznym artykulisko, ma zadowolenie, że zrozumiał mniej więcej, o co chodzi, i wdzięczny jest za to autorowi. Czy ma się przyznać, że z trudem zrozumiał rzecz głupią albo że z mozołem odcyfrował coś niepotrzebnego? Nie. Woli uznawać uniwersalizm.  Kolekcjonuje takie piły, które udało mu się przebrnąć! Mówi, że to głębokie, i sam się przez to ma za inteligenta. Wszystko, co jasne i proste, jest dla niego naiwne. Jeszcze sobie przeczyta jeden artykulik, jedną książkę i będzie miał komplet. Wtedy już młotkiem łba nie rozbijesz, tak mu stwardnieje. Wtedy już nie odda swej wiedzy, z trudem i w pocie czoła zdobytej. Takiego nie można niczym przekonać, można go tylko wyrzucić na szmelc.

Oto paru czytelników, których znam osobiście. Nie zniechęca mnie to do pisania, pocieszam się bowiem myślą o sławie pośmiertnej, choć – przyznam się – chciałbym jeszcze przedtem zobaczyć na własne oczy okrutną agonię i tragiczny zgon paru wyżej opisanych postaci. Są gdzieś, dobrzy i poczciwi czytelnicy. Z myślą o nich pisałem ten felieton. Tacy, co czytają Dekobrę i Leblnca, bo im się naprawdę podoba a nie dlatego, że są specjalnie, potrójnie, tam i z powrotem wyrafinowani.

23 mar 2014

Suka [książka]

Książka Katarzyny Grygi zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Przede wszystkim, dlatego, że jest diametralnie różna od tego, co ma do zaoferowania tzw. literatura kobieca. Nie ma tam ani krzty taniego sentymentalizmu, każącego kobietom myśleć, że dopiero spotkanie odpowiedniego mężczyzny uczyni ich życie pełnym sensu i ustawi je na właściwych torach,  co jest charakterystyczne dla takich powieści. Jest za to silna, niezależna i przede wszystkim kochająca wolność postać. Główna bohaterka unika wszelkich szufladek, jest nade wszystko wierna sobie i nigdy nie płynie z prądem. Adres w bloku, dziecko, mąż z dobrze płatną posadą, niedzielne obiadu u rodziny – to nie dla niej. Ona chce od życia więcej. Czerpać zeń pełnymi garściami, nie ulegając społecznym naciskom i wymogom otoczenia. Jest kobietą, ale nie musi tego manifestować szpilkami i kiecką tak ciasną, że uniemożliwiającą siedzenie. Nie wierzy w farmazony, że kobieta musi spełnić się przede wszystkim jako matka. Od ludzi stroni, ograniczając kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Jej najlepszą przyjaciółką jest matka, równie mocna osobowość, a przyjacielem pies. Nie czuje, że jej czegoś brakuje – przeciwnie – jest spełniona. Choć miewa nerwice natręctw, jest wewnętrznie spójna. Kiedy zaś wydaje się, że bohaterce powinie się noga i jej niezależność dostanie prztyczka w nos, ta wychodzi zwycięsko z życiowej potyczki. W końcu jest Suką. Ma też najlepszego z możliwych kompana i towarzysza życia – siebie, co nie jest aż tak popularną postawą w polskiej literaturze, szczególnie kobiecej. Na tym właśnie zasadza się ogromna siła tej powieści.

Gryga napisała książkę, która jest jak bomba wrzucona do szufladki z napisem „przewidywalne, bezpieczne, ułożone życie”. Pokazuje, że to nie jedyna droga do szczęścia. Dekonspiruje schematy, porzuca utarte ścieżki. Kpi z kokonów, w które tak chętnie się zawijamy. I robi to w mistrzowskim stylu. Ta książka może wkurzyć i uwierać, ale może mieć też mieć pewien terapeutyczny wpływ. W każdym razie warto ją przeczytać.

[Nade wszystko jednak Suka kocha czytać. ]
 
Była w bliskiej relacji z literaturą i uważała, że to jedno z najlepszych towarzystw, jakie można mieć w życiu. A autorytetów nie uznawała. Te w książkach miały jedną, niepodważalną zaletę. Nie musiała się z takim autorytetem konfrontować oko w oko. Wtedy wyobrażenie często mija się z rzeczywistością.
 
 
Wyjazd na wakacje z matką:
Połowa ich bagażu to skrupulatnie dobrana literatura, Musiały obliczyć pozycje do czytania na dziesięć dni. Perspektywa zostania bez słowa pisanego na drugim końcu świata była nie do zniesienia. Już im się zdarzało wracać z wakacji, jak miały za mało książek. Na Mykonos podczas dwudziestojednodniowego pobytu w piętnastym dniu zabrakło im literatury. Wizja obserwowania współplażowiczów była tak przerażająca, że po próbie kupienia czegoś innego niż Hello!, Cosmopolitan, czy romansidła po angielsku, przebukowały bilet i wróciły do Polski. Matka klęła pod nosem: A to niby druga Ibiza miała być, tylko tam jakoś są księgarnie, tutaj nie ma nic.

Matka bohaterki zastanawia się też nad zamordowaniem własnego męża:

Jej matka też z chęcią by go zatłukła po ostatnich latach jego wariactw, ale bała się, że nie jest pewne, czy w więzieniu dla kobiet dostałaby stanowisko więziennej bibliotekarki. Było to przedmiotem ich długich rozmów, jakie książki są dostępne w bibliotekach więziennych. "No chyba nie są tak monotematyczni, że tylko Zbrodnia i kara"?

[skan jednego z rysunków zamieszczonych w książce]