23 sie 2013

To nie mleko, ale...

Może pamiętacie mój wpis o notesie firmowanym nazwiskiem Beaty Pawlikowskiej pt. Pawlikowska na kartonie od mleka? Wczoraj weszłam do sklepu z prasą i zobaczyłam, że w sprzedaży za 9,90 jest kamień - ametyst, który poleca,  no jakże by inaczej, Beata Pawlikowska. Cenię jej książki - bardzo mi pomagają. Oczywiście to też jej sprawa co robi ze swoim wizerunkiem, a ja nie muszę tego kupić, jeśli nie wierzę że "ametyst przyciąga szczęście i miłość", ale jak widzę coś takiego, to zastanawiam się gdzie jest granica sprzedawania swojego nazwiska? 


3 komentarze:

bibliotekarma pisze...
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.
bibliotekarma pisze...

Granicę najczęściej wyznacza liczba zer w wynagrodzeniu :)
I taka jest brutalna prawda. Swoją drogą, mi to nie przeszkadza, każdy niech wyznacza swoje nieprzekraczalne granice. Jeśli ktoś ma tylko ochotę, niechże sobie będzie twarzą pasztetu, polecającym ametyst czy słynny już żel do wybielania odbytu. A kto to kupuje, to już inna kwestia... Sama się czasem zastanawiam jaką ja bym sobie wyznaczyła granicę będąc na miejscu chociażby Pawlikowskiej :)

Eva Scriba pisze...

No właśnie... Pomijając kwestię kasy, nie wiem czy chciałabym niemal wszędzie widzieć swoją twarz...
Pozdrawiam serdecznie.