27 cze 2014

O czytelnikach / Antoni Słonimski

Felieton znaleziony w zbiorze Mistrzowie felietonu. Trochę trąci myszką, ale pewne fragmenty są aktualne, pewne nadal bawią. Bardziej wytrwałych zapraszam do lektury. 


Poziom naszego czytelnictwa jest przygnębiający. Ilość czytelników żałosna. Na kraj trzydziestomilionowy powieść rozprzedana w pięciu tysiącach jest rekordem. Poezje rozchodzą się w paruset egzemplarzach. Nic tu nie znaczy wielkość utworu. Elegie Żeromskiego rozeszły się w dwu tysiącach egzemplarzy. Trudno wiedzieć, czy wynika to z braku pieniędzy, czy z konkurencji kina i radia, czy z obojętności. Zdaje mi się jednak, iż jest to zło najgorsze: brak potrzeby czytania – nie zaś niemożność zaspokojenia tej potrzeby. (…) Czytelników książek mniej jest niż widzów footballowych, mniej niż szachistów. Jest tych czytelników tak mało, iż trzeba ich otoczyć opieką państwową, jak żubry w Puszczy Białowieskiej. Gdyby to byli przynajmniej dobrzy czytelnicy! Ale i ta garstka ma wielki procent czytelników jołopów, czytelników przeklętych. Przyjrzyjmy się im. Jacy to oni są – ci czytelnicy?
Czytelnik-zaraza, czyli chwytający za pióro. Podkreśla ołówkiem niektóre zdania, stawia znaki zapytania i na marginesie pisze komentarze. Gdzie tylko jest jakaś polemika, wtrąci swoje trzy grosze. Lubi konsekwencję. Pamięta zawsze, że ktoś był kiedyś w jakiejś sprawie sześć lat temu innego zdania, i wytyka to ze świętym oburzeniem i z wypiekami na twarzy. Sam krowa, więc chciałby, żeby ludzie jak krowy nie zmieniali poglądów. Onże doradca. Żeromskiemu radził, żeby złamał pióro. Gdy powieść ma dwa tomy, zawsze mówi, że drugi tom gorszy.
Niezadowolony. Nic mu się nie podoba, ale czyta chętnie. Mój przyjaciel ma takiego fryzjera. Pożycza co rano książkę i nazajutrz oddaje z grymasem. O Conradzie powiada: „To jakieś głupie”. O Żeromskim: ”I po co to było pisać?” Wiktor Hugo- to „nabieranie gości”. O Sienkiewiczu mówi: „To jakiś chory facet”. Nawet „Trędowata” nie daje mu  zadowolenia. Odniósł i powiedział, że drugiego tomu już nie chce. Kiedy mu objaśniono, że „Trędowata” jest w jednym tomie, pomilczał chwilkę i powiedział: „To lepiej”. Nareszcie coś mu się spodobało.
Czytelnik literatury skandynawskiej. Taki, któremu przeszkadza, że Gosta to facet, a nie kobieta. Lubi, jak jest o małych ludziach, o szarych zwykłych sprawach człowieczych i żeby nad tym huczał kosmos. Esteta. Z czasem wyrasta na czytelnika literatury klasycznej: „Ja czytam tylko klasyków”. To znaczy, że nic nie czyta. Chyba, że weźmie z czytelni „Chłopczycę” albo Arsena Lupina i czyta w ukryciu, aż mu się uszy trzęsą.
Czytelnik łatwowierny. Wszystko strawi. Dziwi się, ale wierzy. Gdy przeczyta w numerze primaaprilisowym, że kogoś ugryzła w udo jemioła albo że przed sędzią pokoju stanął piorun z mamusią błyskawicą, powie: „Mój panie, kto by pomyślał”. Wierzy, że Żydzi chcieli zabić Nowaczyńskiego na macę, że Wielkopolska zna się na kinie, że Stroiński jest szlagonem z Podola. Czyta wszystkie gazety, książki, tygodniki, szuka prawdy i chodzi po świecie z głową ciężką i nabitą bredniami. W nocy źle śpi, a umiera w nędzy i poniżeniu.
Węszący. Świdruje oczami każdą kartkę zadrukowanego papieru, jakby chciał dwie dziury wywiercić. Czyta trzy razy to samo zdanie i kombinuje. Wie wszystko. Gdy czyta tom poezji Tuwima, mówi: „On to pisał do tej blondynki z Tomaszowa. Znam. Jej wuj pracował w Gdańsku”.  Jeśli jest kobietą, zna na pamięć wszystkie koligacje i powinowactwa czytanego autora. Powieść traktuje jak plotkę. Mówi z tym samym wyrazem twarzy o wszystkich bohaterach „Komedii ludzkiej”, co o Rózi i Fruzi Gogelmogel. Mało czym można zadowolić takie monstrum. Chybaby wydać książkę telefoniczną z wykazem, kto z kim chodzi, kto z kim jest spokrewniony, kto z kim żyje i za czyje pieniądze.
Czytelnik roztargniony. Nieznośny, inteligentny, wrażliwy, nieuchwytny czytelnik. Gdyby mógł się nieco skupić, trochę opanować! Gdy czyta dowcipny felieton i pierwsze zdanie go rozśmieszy, tak się śmieje i tyle gada na ten temat, że zapomina o dalszej lekturze. Opuszcza całe strony, nie rozumie potem związku i zniechęca się do autora. Gdy schyla głowę nad książką, chciałoby się przytrzymać siłą ten niesforny, rozlatany łeb, zapominający o początku, nim dojdzie do końca. Plunąłby człowiek na tego czytelnika, cóż, kiedy on właśnie rozumie jeszcze najwięcej i mówi do rzeczy, co prawda tylko przez chwilę, zanim wszystkiego znów nie poplącze. Spotkał mnie kiedyś na ulicy i powiada: „Zacząłem czytać tę pańską książkę. Świetna. Ale ktoś mi zabrał, więc nie skończyłem. Nie pamiętam tytułu i co gorsza, nie pamiętam, kto mi ją zabrał. Kiedy pan wrócił? Nie zmarzł pan? Bo tam musi być zimno. O tych owocach, nie pamiętam nazwy, to bardzo zabawne”. Nie wiem do dziś dnia, czy wziął mnie za Goetla, czy też Goetla czytał myśląc o mnie, czy też nas obu pomieszał z Ossendowskim, a Ossendowskiego z Ossowieckim, czy też po prostu czytał moją głupią książkę „Pod zwrotnikami”, sądząc, że czyta opis Islandii. Bóg z nim. Smutno, że się pisze dla takich ludzi, ale strach pomyśleć, że taki jegomość równie uważnie czyta rozkład jazdy kolejowej albo kodeks karny.
Czytelnik-marzyciel. Czyta wieczorami lub nocą, leżąc w łóżku. Pali przy tym dużo albo je cukierki. Odurza się, narkotyzuje fabułą powieści. Czyta złe i dobre książki z jednakowym zajęciem. Nie pamięta nigdy autorów przeczytanych książek. Nie ma zrozumienia dla stylu. Opisy przyrody opuszcza. Nie lubi zawikłanych spraw psychologicznych. Z przedziwną bystrością odnajduje w każdej powieści wątek erotyczny i trzyma się go kurczowo, oburącz. Nie da się podejść przez autora; wszystko, co nie dotyczy bezpośrednio sprawy stosunku dwu płci, opuszcza bez miłosierdzia, bez drgnienia powiek. Póki się nie dowie, czy Hamlet kombinował z Ofelią, czy Winicjusz posiadł Ligię, czy Dante złapał Beatrycze – nie zaśnie spokojnie.
Czytelnik-piła, który lubi Hebbla. Lubi sobie przeczytać coś ciężkiego, gruby tom napisany zawiłym stylem. Gdy znajdzie obcy wyraz, zajrzy do słownika. Ma na biurku słowniczek Arcta „Dwadzieścia tysięcy słów obcych”.  Gdy z trudem przebrnie przez mętne i powykręcane, najeżone żargonem filozoficznym artykulisko, ma zadowolenie, że zrozumiał mniej więcej, o co chodzi, i wdzięczny jest za to autorowi. Czy ma się przyznać, że z trudem zrozumiał rzecz głupią albo że z mozołem odcyfrował coś niepotrzebnego? Nie. Woli uznawać uniwersalizm.  Kolekcjonuje takie piły, które udało mu się przebrnąć! Mówi, że to głębokie, i sam się przez to ma za inteligenta. Wszystko, co jasne i proste, jest dla niego naiwne. Jeszcze sobie przeczyta jeden artykulik, jedną książkę i będzie miał komplet. Wtedy już młotkiem łba nie rozbijesz, tak mu stwardnieje. Wtedy już nie odda swej wiedzy, z trudem i w pocie czoła zdobytej. Takiego nie można niczym przekonać, można go tylko wyrzucić na szmelc.

Oto paru czytelników, których znam osobiście. Nie zniechęca mnie to do pisania, pocieszam się bowiem myślą o sławie pośmiertnej, choć – przyznam się – chciałbym jeszcze przedtem zobaczyć na własne oczy okrutną agonię i tragiczny zgon paru wyżej opisanych postaci. Są gdzieś, dobrzy i poczciwi czytelnicy. Z myślą o nich pisałem ten felieton. Tacy, co czytają Dekobrę i Leblnca, bo im się naprawdę podoba a nie dlatego, że są specjalnie, potrójnie, tam i z powrotem wyrafinowani.

5 komentarzy:

Izabelka pisze...

Prześwietne! :))))

Łapa pisze...

Hahaha, boskie! :)

Ove pisze...

Z tekstu wynika, że musi być bardzo stary. A czytelnicy nadal tacy sami. Czyli nie jest coraz gorzej, bo nigdy nie było lepiej :)

inwentaryzacja krotochwil pisze...

Z przyjemnością to sobie przypomniałam, dzięki!

Eva Scriba pisze...

Dziękuję za komentarze. Ove, Twój rozbawił mnie szczególnie.
Pozdrawiam serdecznie.