30 gru 2016

Czytelnik-ultras

Nie czytam. Nie mogę, nie skupiam się, nie ogarniam. Książkowo-zimowe przesilenie. Po głowie - z której ktoś wyjął mózg i włożył kłębek waty (takie mam wrażenie) krąży mi słowo nadmiar (i o watę się obija). Widać codzienne obcowanie z książką rodzi panikę wyboru, a w konsekwencji jego brak. O nadmiarze traktuje jeden z archiwalnych numerów kwartalnika Kultura współczesna

W artykule profesora Tomasza Szlendaka przeczytać można o konsekwencjach życia w kulturze przesytu i przeładowania - epoce dyktatury nadmiaru i hegemonii nadprodukcji kulturowej, której sprzyja brak kanonu kulturowego, schematyczna ocena dóbr kultury i Internet jako miejsce do ekshibicji i źródło darmowego dostępu do kultury.
Wypalenie zawodowe, rwanie społecznych więzi, osłabienie zdolności poznawczych czy nawet depresja - to rezultat nadmiaru cechującego kulturę zachodnią. Zalew idei, informacji, bodźców męczy i utrudnia życie, powoduje utratę poczucia kontroli. Do tego dochodzi ustawiczne pobudzenie i prze-koncentrowanie. Doskwiera nam coraz częściej lęk informacyjny i lęk przed utratą atrakcyjnych sposobności, ale co najważniejsze "radykalnie obcina budżet czasu, w którym można po prostu żyć". Widać to doskonale na przykładzie Facebook'a - zasiadając przed ekranem komputera mam wrażenie zasysania wielu godzin, bez żadnego wymiernego efektu. Artykuł definiuje także w jaki sposób człowiek radzi sobie z poczuciem nadmiaru, który - co ciekawe - nie dotyczy młodego pokolenia, znającego Internet i oswajającego się z nowymi technologiami od urodzenia.



Szczególnie jednak polecam uwadze artykuł Literatura i nadmiar profesora Przemysława Czaplińskiego. Pisze on:
W 2010 roku na polskim rynku ukazało się prawie 30 tys. tytułów. W tej licznie - prawie 5 tys. książek z literatury pięknej. W tym ponad 3 tys. z literatury polskiej. W tym ponad 800 z dziedziny prozy. Wyobraźmy sobie kogoś, kto postanowił to pochłonąć. Taki książkowy fundamentalista, czytelnik-ultras, lekturowy ekstremista, aby podołać dorobkowi jednego roku, musiałby czytać dwa tysiące siedemset książek miesięcznie; osiemset tygodniowo; ponad sto dziennie; pięć na godzinę. Jedną książkę w dwanaście minut. Bez przerw, odpoczynków, snu, zmiany zajęcia. Gdyby nasz ultras chciał ograniczyć zadanie do literatury polskiej, i tak musiałby czytać 15 książek dziennie. Nawet redukcja do samej prozy wymagałaby pochłaniania prawie 3 książek na dzień. Nikt - nawet książkowy hezbollah - nie byłby w stanie tego dokonać. 
Profesor Czapliński stwierdza jednak, że kultura zawsze jest nadmiarem i to poczucie przepełnionego świata to tak naprawdę poczucie zgubionych możliwości zapanowania nad wielością i rozpacz nad utraconą przeszłością, w której potrafiliśmy wyznaczyć miarę. Bo współczesny czytelnik obcuje z wielością książek, które nie tworzą całości, nie dają się opanować przy użyciu jakiegoś miernika - literatura to stan permanentnego i rosnącego rozproszenia. Przyrastająca mnogość dzieł nie daje się uporządkować w stabilny zbiór zwany kanonem, bo kontakt z dziełem literackim ma charakter nominalny i doraźny.

Czy też przytłacza Was nadmiar literackiej produkcji? Jak sobie z tym radzicie? Macie swój kanon, czy Wasza biblioteczka - tak jak moja - to granat wrzucony do księgarni? 😉

4 komentarze:

Bibliofobka pisze...

Przytłacza... Strasznie przytłacza. Szczególnie poczucie, że za tym dostępnym, reklamowanym umyka coś ważniejszego, ale bez siły przebicia ;) I to wszystkie takie miałkie. Zawsze się zastanawiam, co z tego zostanie po latach, co będzie kiedyś "klasyką". ;)

Charlie Librarian pisze...

"Granat wrzucony do księgarni" - dobre. Ja mam swoją listę książek do przeczytania, która z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na roku wcale nie maleje. A moja domowa biblioteczka to prawdziwy mix, ale ze zdecydowaną przewagą literatury science and fiction i to głównie klasyki. Postanowiłem sobie zbierać :)

Agussiek pisze...

Mam na półkach ponad 650 tytułów - niech to będzie odpowiedź na Twoje pytanie, czy sobie radzę :)
Generalnie uważam, że w zalewie złej literatury produkowanej na zamówienie trzeba się trochę namęczyć, by znaleźć książki dobre i bardzo dobre. Mnie pomagają w tym opinie zaufanych blogerów, audycje radiowe, rozmowy z przyjaciółmi oraz z członkiniami mojego Klubu Miłośniczek Książek, spotkania z autorami (np. podczas festwiali literackich) oraz, paradoksalnie, konto na lubimyczytac.
Nie jest łatwo, ale w miarę upływu lat i proporcjonalnie do liczby przeczytanych stron instynkt łowcy się wyostrza :) Mam wrażenie, że coraz lepiej wychodzi mi wynajdywanie tytułów wartościowych. Wiem też, po jakie książki nie sięgać wcale.
Choć przyznaję, że pomyłki się zdarzają... I czasem natrafię na bestseller, który okazał się wydmuszką, jak "Fatum i furia", "Życie pszczół" czy też "Ekspozycja" Mroza.

Życzę nam w 2017 owocnych literackich poszukiwań!

Eva Scriba pisze...

@Bibliofobka: Też zastanawiam się, co z tej nadprodukcji literackiej zostanie, obroni się. Mam wrażenie wtórności pewnych motywów. I myślę, że dotyczy to nie tylko literatury, ale też np. muzyki. Dziękuję za komentarz. Pozdrawiam serdecznie :)
@Charlie: Mam zeszyt, gdzie zapisuję to co przeczytałam i drugi - w którym ląduje wszystko, co chcę przeczytać. I ta druga lista też coraz dłuższa ;) Może to jest jakiś sposób - jeden wybrany gatunek, który się lubi i już? Dziękuję za komentarz. Pozdrawiam ciepło:)
@Agussiek: Oby ten Nowy Rok sprzyjał dobrym wyborom czytelniczym! Mój instynkt łowcy chyba w uśpieniu ;)) Dziękuję za komentarz. Pozdrawiam serdecznie :)