![]() |
| Zofia Staniszewska, Czarownica z Radosnej, Lublin : Red Horse, 2008. |
27 gru 2022
Bibliotekarka - czarownica
8 sty 2022
Zdegradowana bibliotekarka
"Gwiazdozbiór" to moje pierwsze spotkanie z prozą Marty Zaborowskiej i wykreowaną przez nią postacią - detektyw Julią Krawiec. Spotkanie to zresztą nadzwyczaj udane, choć tematyka tego kryminału nieco przytłacza. Bo oto w podwarszawskiej miejscowości giną dzieci. Brutalne morderstwa łączy to, że wszystkie dzieci uczęszczały do szkoły dla wybitnie uzdolnionych. W toku śledztwa okazuje się, że nie tylko talent łączy ofiary, a Julia Krawiec ma coraz mniej czasu, by połączyć tropy i zapobiec kolejnej zbrodni...
W tej powieści bardzo szeroko zarysowane zostało tło społeczno-obyczajowe. Każda dziecięca postać pojawiająca się na kartach tej powieści, ma swoje umocowanie w konkretnej rodzinnej historii. Historii najczęściej smutnej, powodującej dziecięcą samotność i wyobcowanie. Stąd kryminał ten nie jest lekką lekturą. Jeśli dodamy do tego dorosłych, zagubionych w swoich życiowych wyborach, miotanych przez niezaspokojenia i czarne dziury w duszy, to wyjdzie nam z tego niełatwy powieściowy kalejdoskop. A jednak warto przyjrzeć się temu, co wykreowała na kartach swojej powieści Marta Zaborowska. Choć wielość wątków i ciężar poruszanych problemów może być przytłaczający, sprawność pisarska autorki jest godna poznania i docenienia.
| M. Zaborowska, Gwiazdozbiór, Warszawa : Wydawnictwo Czarna Owca, 2015. |
Jedną z postaci występujących w "Gwiazdozbiorze" jest pięćdziesięciopięcioletnia Zofia Bogucka, która "zaczynała pracę jako bibliotekarka, ale po dziesięciu latach, kiedy jej miejsce zajęła długonoga absolwentka studiów o dziwacznej nazwie, została zdegradowana do funkcji szkolnej sprzątaczki". Niepozorna, zdegradowana bibliotekarka, potraktowana w tak niechlubny sposób przez dyrektora szkoły, odegra bardzo ważną rolę w całej sprawie... Jaką? Dowiecie się sięgając po tę ciekawą i wciągającą książkę.
12 gru 2021
Biblioteka - dom tysiąca żywotów
Muminki na zimę najadają się igliwia i zapadają w zimowy sen. Czasem im zazdroszczę (nie igliwia, ale długiego snu). Tymczasem jednak pocieszam się lekturą. Dziś chcę się z Wami podzielić refleksją na temat powieści "To, czego pragniesz" Katherine Center. Sięgnęłam po ten tytuł, ze względu na to, że główną bohaterką jest bibliotekarka. Samantha Casey - bo o niej mowa - jest bibliotekarką w szkole na wyspie Galveston. Kocha swoją bibliotekę - "radosną, pełną potencjału, słoneczną, wygodną, komfortową, zachęcającą do wejścia". Biblioteka to dla niej "piękne i magiczne" "miejsce ukojenia, zatracenia i odosobnienia". Nazywa bibliotekę "domem tysiąca różnych żywotów". Samantha kocha swoją pracę, która nie należy - wbrew stereotypom - do łatwych:
"Praca niekiedy przeciąga się i trwa do późnych godzin nocnych: katalogowanie nowych książek, pieczętowanie ich (pieczątkę stawiam na stronie tytułowej i w rogu każdej kolejnej), naklejanie kodów kreskowych, zakładanie plastikowych koszulek na okładki, a potem mozolne układanie wszystkiego na odpowiednich półkach".
Pieczątka na każdej stronie? Wyobrażacie to sobie? O, nie chciałabym pieczętować wtedy takich "Ksiąg Jakubowych" na przykład... Ale wracając do bohaterki i jej pracy:
"Zawsze irytuje mnie, kiedy ludziom wydaje się, że całymi dniami po prostu siedzę sobie w bibliotece i nic nie robię. Największą grupę stanowią jednak ci, którzy myślą, że nic tylko czytam. No i są jeszcze dzieciaki, przekonane, że mieszkam w szkolnej bibliotece".
Jeśli chodzi o książki "pochłania wszystko, co wpadnie jej w ręce, niezależnie od gatunku":
"Oczywiście czytam - i to dużo - ale nigdy w godzinach pracy. W bibliotece pomagam dzieciom wyszukiwać książki, a potem pokazuję im jak korzystać z terminala do samoobsługi. Uczę też całe klasy metod wyszukiwania książek i zachowania w bibliotece, a poza tym wpajam im szacunek do słowa pisanego. Czytam książki na głos dzieciom w każdym wieku - nawet tym najstarszym. Szkolę też ochotników, którzy pomagają mi układać książki na półkach (...). Bycie bibliotekarką wiąże się z większą liczbą obowiązków, niż się ludziom wydaje. Nawet ja kiedyś nie miałam pojęcia, ile ta robota wymaga poświęcenia".
Poukładane życie Samanthy zmienia się, kiedy w szkole zostaje zatrudniony nowy dyrektor - Duncan Carpenter. Bibliotekarka zna go jeszcze z poprzedniego miejsca pracy, jednak okazuje się być zupełnie inną osobą niż zapamiętała. Zaczyna swoje dyrektorowanie od zmian, które nie przypadają bibliotekarce do gustu. Okazuje się jednak, że każde z nich nosi w sobie tajemnicę a spotkanie po latach będzie miało wiele konsekwencji...
![]() |
| K. Center, To, czego pragniesz, Warszawa : Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, 2021. |
Samantha wzbudziła moją sympatię od pierwszych stron i bardzo podoba mi się to, że nie jest przedstawiona stereotypowo, a jej praca opisana tak jak rzeczywiście wygląda. Autorka powieści dziękuje zresztą wszystkim "pracownikom bibliotek na świecie", którzy wykonują "wspaniałą pracę dla duszy". Piękna jest tu też opowieść o wielorybie (więcej nie zdradzę). I choć napisana prostym językiem, z przewidywalną fabułą, to jednak w jakiś sposób kojąca i urocza to powieść, która może podnieść na duchu.
28 paź 2016
Głos z drugiej strony
Jestem studentką filologii polskiej i w tym roku miałam okazję do odbycia praktyk w bibliotece w szkole podstawowej (...). Pierwsze spotkanie z bibliotekarką (a niegdyś moją licealną nauczycielką… uwaga, uwaga, biologii) przebiegło typowo, czyli pod tytułem „ale co ja tu z tobą zrobię?!”, czyli jak oczekiwałam (...).
Chaos, bajzel, nieporządek, jednym słowem – masakra jeśli, chodzi o procesy biblioteczne, podręczniki, nawet znajomość alfabetu… Szło oszaleć. Ale ja nie o tym. Istotniejsze dla mnie była obecność (a raczej jej brak) dzieci w bibliotece szkolnej. I poziom wyposażenia… równie tragiczny. Na przerwach między lekcjami do biblioteki pukało średnio 2-3 uczniów, których w sumie nie interesowały zbiory biblioteczne, ale pomaganie „Pani Uli” i robienie jeszcze większego chaosu i bajzlu w kartach, papierach, książkach… Mentalnie włosy rwałam z głowy. Zewnętrznie oczywiście uśmiechałam się i przytakiwałam, próbując jakoś ratować bibliotekę pogrążającą się w czarnej dziurze braku informacji i przygotowania pani bibliotekarki.
I co tu jest strasznego? Otóż, problem czytania dzieciaków w naszym regionie. Jeśli w ogóle sięgają po książkę, to z przymusu (lektury szkolne, przestarzałe, których ponad połowa i tak w całości nie przeczyta) lub (po)twory, które w moim pojęciu nie powinny nigdy zostać dopuszczone do druku – rzędu fanfiction Maincrafta i innych - przepraszam za wyrażenie – badziewi. Jeśli spojrzeć zaś na poziom czytelnictwa w Polsce (63 proc. osób nie miało w ręku książki przez cały poprzedni rok! O zgrozo, dokąd ten świat zmierza?! A żeby było zabawniej, te 63 proc. nie miało przed oczyma również żadnego dłuższego tekstu medialnego. Zatrważające jest to, że już dzieci w szkole podstawowej nie sięgają same z siebie po książki. Mało tego – nauczyciele-bibliotekarze i nauczyciele-poloniści nie są w stanie zachęcić uczniów do samoczynnego sięgania po co lepsze pozycje (...).
Kolejną przerażającą statystyką w Lubuskiem jest problem z ilością dysfunkcji, orzekanych przez poradnię pedagogiczno-psychologiczną. W porównaniu do reszty kraju to około 14 proc. więcej takich orzeczeń, w czym głównie dysortografii i dysleksji, które – moim skromnym zdaniem – mocno zależą od poziomu czytelnictwa wśród dzieci.
Ale jak – grzecznie pytam – jak dzieci mają czytać, jak 80 proc. zbiorów w szkolnej bibliotece, to pozycje wydane przed 1950 rokiem. (optymistka ze mnie, 90 proc. lektur z podstawy programowej to pozycje wydane przed 1900 r., Chrystusie dopomóż!)? Jak dzieci z pokolenia smartfonów, laptopów i tabletów mają się zainteresować książką z wyblakłym pismem, żółtymi stronami i rozlatującą się okładką? W dobie atakowania ze wszystkich stron jaskrawymi kolorami, doskonałą grafiką i nowymi technologiami, z całym szacunkiem do „Chłopców z Placu Broni”, tylko historyk książki jest się w stanie zainteresować takimi lekturami (...).
No, a przepraszam, jak ma mnie zachęcić do czytania opowieść o Nemeczku, który umarł na zapalenie płuc ponad 100 lat temu? Albo opowieść o jakimś kundlu, który jeździł starymi pociągami (przy całej mojej sympatii dla tej książki)? A może gra w wyzwania jakiejś rudej sieroty, która miała taką wyobraźnię, że dzisiaj pewnie by ją leczyli psychiatrycznie (i tu też: moja miłość do Ani z Zielonego Wzgórza naprawdę jest niezmierzona)? Nie tędy droga. Dzieciaki dzisiaj są zainteresowane technologią, która rozwija się w naprawdę zastraszającym tempie. Wspomniane już smartfony, laptopy, tablety, dzisiejsze zabawy i ich współczesne problemy – emigracja rodziców, niepełne rodziny, przemoc… to o tym dzieci chcą czytać. A znam przynajmniej kilka pozycji, które naprawdę odpowiadają tym wymaganiom (zainteresowanym polecam Szczygielskiego z jego „Za niebieskimi drzwiami” i „Czarnym młynem”, albo Beręsewicz z jego historią o Małgośce).
Tylko trzeba się ruszyć i poszukać. A tu jest problem. Wymóc na dyrektorze (a to dopiero wyzwanie) sfinansowanie zakupu do biblioteki (marne, albo i zerowe środki przekazywane co roku to zdecydowanie za mało względem zapotrzebowania), to jedno, a dostęp nakładów, to drugie. I oba są połączone – po prostu ich brakuje. Ale, jak to mówią, dla chcącego nic trudnego. Uwierzcie mi, że gdyby nie to, że w odpowiednim momencie trafiłam na „Opowieści z Narnii”, „Harry’ego Pottera”, czy choćby „Akademii Wampirów”, to ja też bym nie czytała. Zastanówmy się, gdzie to zmierza. Bo za kilka lat to naprawdę może być tragedia, mimo bogatego, ale coraz bardziej upadającego rynku wydawniczego.
24 paź 2016
Głos z podziemia
"Jak ci się nie podoba, nie musisz tu pracować" - mówi do mnie dyrektor, kiedy go pytam, dlaczego zgodnie z wcześniejszą obietnicą nie przeniósł biblioteki do nowo dobudowanej części szkoły. Nie podoba mi się, nie muszę tu pracować, ale chcę, bo kocham tę pracę. Siedzę więc dalej w piwnicy, w której lata temu ktoś umieścił szkolną bibliotekę. (...) Marzną dzieci, marznę ja, w książkach od wilgoci marszczą się kartki. Róbmy swoje - podśpiewuję pod nosem piosenkę mistrza Młynarskiego i robię: zajęcia dla dzieci, imprezy czytelnicze, konkursy, spotkania autorskie. Sięgam coraz głębiej do swojej kieszeni i kupuję obrazki, maskotki, doniczki, zasłonki, kolorowe pudełeczka i stojaczki na książki, żeby biblioteka podobała się dzieciom. Tworzę kącik do słuchania audiobooków, więc kupuję audiobooki, odtwarzacze i słuchawki. Kupuję jeszcze gry planszowe, kredki i kolorowanki, żeby dzieci podczas przerw miały się czym zająć w bibliotece (...). Cel osiągam: dzieci lubią tu spędzać czas, wypożyczają dużo książek, na półkach nie brakuje nowości. "Biblioteki są dla nas ważne" - mówią wszyscy kandydaci na burmistrza (...). Kilka miesięcy później, w marcu 2015 r., na bibliotekarzy szkolnych jak grom z jasnego nieba spada decyzja o ograniczeniu czasu pracy bibliotek szkolnych. Występuję na marcowej sesji rady miejskiej, tłumacząc radnym, dlaczego dzieci powinny mieć dostęp do bibliotek szkolnych w godzinach pracy szkół, a nie tylko trzy godzinny dziennie. "Ostatni raz z wami rozmawiam" - nadyma się burmistrz, spoglądając groźnie na bibliotekarzy, podczas spotkania w urzędzie w maju 2016 r. Gniew pana burmistrza i pana kierownika wywołują protesty bibliotekarzy przeciw wskaźnikom zatrudnienia powodującym skracanie czasu pracy kolejnych bibliotek. Panowie nie są też zadowoleni z moich artykułów w lokalnych mediach, w których opisuję zmagania bibliotekarzy z samorządem. To niedopuszczalne, by całe miasto żyło czymś tak nieistotnym jak biblioteki szkolne (...). Wracam więc do piwnicy, gdzie wciąż jest tak samo zimno i wilgotno, ściany są coraz brudniejsze, a podłoga coraz bardziej zniszczona. Zastanawiam się, jak długo jeszcze przetrwają biblioteki szkolne, jeśli ich los będzie zależał od kierowników wydziałów edukacji i burmistrzów.




