29 wrz 2009


Boss obiecał mi takie biurko. Jak tylko uporządkuję księgozbiór... Neverending stooory, aaa-aaa-aaa...

27 wrz 2009

Mission? Impossible!

Zastanawiam się nad swoim zawodem, nie do końca wybranym świadomie. Myślę o misji, powołaniu które przypisuje się do zawodu bibliotekarza i wydaje mi się to być kiepskim pocieszeniem w świetle niskich płac i wciąż kiepskiego postrzegania społecznego tego zawodu, prestiżu. Podnoszenie kwalifikacji, kolejne szczeble awansu zawodowego, kursy językowe... Czuję się jak Adaś Miauczyński. I czytam na jednym z blogów:

"Straceńcza misja BIBLIOTEKA  Chcąc nie chcąc musiałem się stawić w "dziwnym miejscu na b." W "dziwnym miejscu b." jest inny świat, są inne reguły. Co prawda niby jest ta sama grawitacja, niby fizyka nie uznaje wyjatków, niby chemia podpowiada, że tam też musi być powietrze czy światło...lecz czuć, czuć, że tam jest INACZEJ. Również zachowanie ludzi jest INNE, twarze ludzi w "dziwnym miejscu na b." są smutne, chodzą dziwnie skoncentrowani, zamyśleni, z głową w dół. Nie wydobywają z siebie dźwięków. Prawo głosu mają tam istoty z innej planety, w których rękach została skupiona olbrzymia władza - PANIE Z "DZIWNEGO MIEJSCA NA B".Panie z "dziwnego miejsca na b." też są z innego świata. Mimikę mają jakąś taką gestapowską, gesty srogie i zdecydowane. Widać, że są świadome swojej władzy, widać też, że nie jedno życie już złamały. W oczach mają głęboko zakorzenione i ze złym skutkiem ukrywane poczucie wykonywania znienawidzonego zawodu. Podaję kartę. Słyszę: "uuu, pan student 5 lat studiuje, a ostatnio u nas był na pierszym roku" - "No tak...nie miałem potrzeby to nie byłem". Z oczu pada pierwszy grom. Truchleję. Czuję, że maleję. "Karta jest nieakutalna". Blednę, w myślach widzę wieloetapową, czasochłonną procedurę akutualizacji, lub nie daj Boże, wyrobienia nowej. Kolejne 5 minut pani z "dziwnego miejsca na b." niszczy mój marny byt, wciera mnie słownie w podłogę, rzuca wymiętego emocjonalnie w kąt. Z łaską daje książkę. Odpowiadam "Dziękuję, do widzenia"... nie słyszę odpowiedzi. Po dwóch tygodniach przychodzę kozacząc zaktualizowaną kartą, myśląc, że jestem cwaniak, chcę przedłużyć wypożyczenie. "Nie przedłuże panu" - ale przecież jest wiele egzemplarzy, wszystkie dostępne - odpowiadam. "Pan się nie kłóci, nie ważne ile egzemplarzy". Przez następne 5 minut oddaję swoją dumę do wytarcia gęby pani z "dziwnego miejsca na b". Milczę, nadstawiam drugi policzek jak Św. Mateusz nakazywał, daję się wyżyć na sobie pani z "dziwnego miejsca na b." Niech ma coś od życia - wszak życie jej nie wyszło. Przedłużyła wypożyczenie."

Czy to ja? Czy też jestem postrzegana jako osoba której w życiu nie wyszło i wylądowała w bibliotece? W dziwnym miejscu na B.? Ile dziennie obsługuję osób, które myślą, że nie skończyłam żadnych studiów i jestem tu z życiowej konieczności?

25 wrz 2009

Mamy w bibliotece kota w kuwecie... ;)))




24 wrz 2009

Dziś śnił mi się Matthew McConaughey. Z błyskiem w oku zapytał, czy za niego wyjdę. Opowiedziałam: Nie, dziękuję. Mam książki...

22 wrz 2009

Z "Metodyki pisania pracy dyplomowej":
"W kwerendzie i archiwizacji notatek oraz późniejszym redagowaniu pracy dyplomowej niezbędny jest komputer."
A Ziemia krąży wokół Słońca. Amen.
Zauważyłam, że odkąd odkryłam możliwość wstawiania filmów na bloga, staje się on bardziej video-blogiem :) No, ale w końcu żyjemy w kulturze obrazkowej ;) Nie mogę nie zamieścić dziś tej piosenki...

Podobno prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie. Sądzę jednak, że teraz prawdziwy przyjaciel to osoba, która pamięta o urodzinach nie dlatego, że ma ustawioną opcję przypomnień na Naszej Klasie oraz zawsze wie co u ciebie, bez względu na zamieszczone na rzeczonym portalu zdjęcia. Nie sili się też na fałszywą uprzejmość, kiedy zamieszczasz tam naprawdę kiepską fotografię. Zaś po przejrzeniu bloga, poświęconemu fotografiom zamieszczanym na Naszej Klasie, stwierdzam, że strona dawno przestała pełnić swoja funkcję – odnawiania więzi, odświeżania zapomnianych relacji, stając się miejscem obrazkowej prostytucji. Coraz częściej zdjęcia dotyczą najintymniejszych chwil, momentów którymi w normalnych warunkach, z nikim nie chciałoby się dzielić. Bo czy nie jest przesadą zamieszczanie fotografii dziecka dopiero narodzonego? Wyjętego z łona matki, jeszcze umazanego krwią? I te komentarze: śliczny dzidziuś, piękne maleństwo. Piękne i śliczne dla rodziców, dla mnie obrzydliwe. Zdjęcia powstają specjalnie po to, by można je było zamieścić na tym portalu, pochwalić się, wykrzyczeć zobaczcie jak mam fajnie!, nawet jeśli nie ma to nic albo niewiele wspólnego z rzeczywistością. Nasza Klasa pozwala w niewielkim wymiarze spełnić pragnienie bycia celebrytą, bycia ważnym, podziwianym przez chwilę, bycia obiektem zazdrości innych.

Zablokowałam swoje konto na NK, wrzuciłam jedną tylko fotografię przedstawiającą książkę. Prawdziwi przyjaciele wiedzą, że jestem szczęśliwa i bez najnowszych zdjęć dokumentujących moje życie.

20 wrz 2009

Słowo (i muzyka) na niedzielę...

Czytelniczka (ciesząc się, że mogła wypożyczyć komplet podręczników): Biblioteka to jednak dobra rzecz... :)

No, ba! :)

18 wrz 2009

Na ucho...


W muzyce rozrywkowej, mniej więcej od momentu wydania albumu Kayah/Bregović, bardzo popularny stał się nurt muzyki, która określić można mianem pop-ludowej, bo z autentycznym folklorem miała ona niewiele wspólnego. Fascynacje prawdziwą muzyką ludową ziem polskich można zaobserwować od kilkunastu lat, choć nadal trudno mówić o szerokim oddziaływaniu tego gatunku. A wspomniane zjawisko pop-folkloru, w moim przekonaniu, bardziej zaszkodziło muzyce etnicznej niż jej pomogło. Oprócz muzyki góralskiej, łemkowskiej, czy też z terenu Kujaw, Lubelszczyzny i Kaszub, od niedawna również Warmia może pochwalić się projektem muzycznym zawierającym elementy tradycji i kultury ludowej tej krainy. Hoboud, bo o tym projekcie mowa, to udane połączenie korzeni ze współczesnymi aranżacjami. Zespół powstał z pomysłu Marii i Marcina Rumińskich - liderów grupy grającej folk celtycki (Shannon).
Potrzeba poznania swych korzeni oraz historii terenów Warmii i Mazur wraz z ludami, które je zamieszkiwały na długo przed naszym narodzeniem sprawiły, że zaczęliśmy szukać... i w starych, zapisywanych w XIX w. pieśniach odnaleźliśmy Hobouda. (...) Natychmiast po naszkicowaniu pierwszych utworów zaczęliśmy kompletować zespół, złożony z muzyków wszechstronnych, poruszających się biegle w kilku nurtach muzycznych i z folkowymi zainteresowaniami. Pieśni, które nas zafascynują i zainspirują znaleźliśmy względnie łatwo. Większy problem stanowiła gwara, która w tym momencie praktycznie nie będąc w użyciu, była bardzo trudna do odtworzenia.

Na szczęście się udało i mam nadzieję, że wkrótce będzie można cieszyć ucho całym albumem. Może to współczesne tempo życia, wszechobecna globalizacja, poparta słabą nadzieją na pozytywny rozwój cywilizacji, powodują, że chętnie wsłuchuję się w tego typu muzykę. I cieszę się, że taki zespół powstał właśnie tam, skąd wywodzą się moje korzenie.




17 wrz 2009

Dopadają mnie chyba pierwsze symptomy wypalenia zawodowego takie jak: brak chęci do pracy (szczególnie na dyżurach popołudniowych), poczucie izolacji i osamotnienia (zwłaszcza w tej chwili, gdy nie ma ani jednego czytelnika), negatywne myśli w stosunku do współpracowników (studiuję z pietyzmem książkę „Trudni ludzie. Przetrwanie i rozwój bez zamordowania własnego szefa” – może to mi pomoże) oraz czytelników i brak cierpliwości (następna w kolejce to pozycja: „Zrozumieć stres. Jak nie dać się nerwom i zadbać o spokój”) Stanowisko zarządcy tropikalnej wyspy jest już chyba zajęte, ale może drinki z palemką i słoneczne kąpiele też się w końcu znudzą? Może jest tak, że to, co dla jednych jest wymarzoną pracą dla innych byłoby nie do zniesienia?



16 wrz 2009

Z cyklu "Szefa sposób na kryzys":

E.: Patrz, jakie sobie szkolenie znalazłam! "Student jako klient - profesjonalna obsługa studenta". Za jedyne 479,-!
Boss: O, i to z wyżywieniem i materiałami... Zadzwoń do nich i zapytaj ile za same materiały...
Dziś pozwolę sobie zamieścić za portalem Wysokie Obcasy list jednej z czytelniczek tego dodatku do Gazety. Kwestia takiego, a nie innego wyboru drogi życiowej powraca jak bumerang. Ostatnio u lekarza, który przy okazji wywiadu, na moją deklarację co do niechęci posiadania dzieci, odparł, że "jestem jednym z nielicznych wyjątków, ale i takie cuda się w przyrodzie zdarzają". Dlatego rozumiem autorkę listu:
"Mam 36 lat, szczęśliwy nieformalny dziesięcioletni związek, w którym panują miłość i szacunek. Jestem dosyć dobrze wykształcona (studia filologiczne na KUL), dosyć zdolna (podobno), dosyć ładna (nie moja opinia). W czym więc problem? Ano w braku ślubu i dzieci. Od lat ze stoickim spokojem znoszę nagabywanie rodziców o wnuki, mają prawo, oni mnie urodzili. Od lat też znoszę niewybredne i niedyskretne pytania o potomstwo od zupełnie mi obcych ludzi. Czemu nie rodzę, może jestem chora, może on jest chory, może inny lekarz, a może inny facet, przecież dziecko rozwiąże każdy problem, w tym brak stałej pracy, da tyle radości i nawet mnie odmłodzi, zapobiegnie wielu chorobom, zostanie ze mną na starość, żeby podać łyżkę wody. Jestem jedynaczką i od prawie 20 lat nie mieszkam z moimi rodzicami, a nawet w innym państwie. Oczywiście, gdy jestem im potrzebna, jadę bez pytań, ale nie mogą powiedzieć, że mieli dziecko, żeby na starość nie być samotnymi. Ostatnio spotkałam jedną z koleżanek. Komplementowała mój wygląd, że niby świeży i młody, a zaraz potem z przekonaniem godnym Pytii stwierdziła, że trzeba mi stabilizacji, normalnego chłopa i dziecka. Zatkało mnie. Pytam ją więc, czym według niej jest stabilizacja, jeśli nie dziesięcioletnim związkiem dwojga ludzi. Czemu na Boga jakaś obca baba lepiej wie, co jest dla mnie dobre? A może dojrzała, 36-letnia osoba naprawdę nie wie, co jest dobre, a co złe. Przypuśćmy, że nie jestem zdrową, płodną kobietą, tylko kimś, kto rozpaczliwie próbuje zajść w ciążę, a nie może. Czy kolejne pytania o dzieci nie pogrążyłyby mnie w jeszcze głębszej rozpaczy? Czemu mam się czuć gorsza od kogoś, kto urodził dziecko, czemu mam być czymś w rodzaju dziwoląga w cyrku? Czy posiadanie dzieci jest jedynym wyznacznikiem kobiecości? Wiele razy słyszałam, gdy mi było źle i smutno, gdy miałam depresję, że powinnam mieć dzieci, tobym się wyleczyła z tych problemów. Ludzie, czy słyszeliście o depresji poporodowej? Ja ją widziałam, wcale nie było to rozwiązanie problemów. Pewnie też nie jestem dobrą katoliczką, bo całymi garściami biorę dary Boga, takie jak wolna wola i rozum. Wyjdę pewnie na osobę zgorzkniałą i z pretensjami do świata, ale zapewniam, nie jestem taka. Chodzi mi jedynie o to, żeby ciotunie i koleżanki w swym wścibstwie nie posuwały się do tematów intymnych, bo posiadanie dzieci jest tematem intymnym. Proszę w imieniu tysięcy takich kobiet jak ja, czyli bezdzietnych z różnych przyczyn, o danie nam spokoju, nam i naszym macicom. Nie robimy nic złego, my tylko się nie rozmnażamy, ale nie grozi światu wymarcie, przecież są te, co rodzą, i to czasem sporo. Aha, jeszcze to: jeśli która dobrodziejka zaniepokojona brakiem potomstwa innej kobiety trafi na wredną i pyskatą jędzę, to zapewniam, tą jędzą będę ja, i nie będę wówczas poprawna politycznie!"

15 wrz 2009


Uwielbiam filmy Tarantino, co czyni ze mnie niezbyt dobrego, bo niemal pozbawionego krytyki recenzenta-amatora. Dlatego nie będę tu dokonywać szczegółowej analizy jego najnowszego obrazu, bo to można znaleźć w niemal każdej recenzji. Napiszę jedynie, iż w „Bękartach wojny” jest wszystko to, czego zazwyczaj spodziewam się po filmie Tarantino: zabawa konwencjami, żonglerka elementami różnych gatunków filmowych, wspaniała muzyka, przewrotność, wciągająca fabuła. Gdy dodać do tego pełne dowcipu dialogi i świetną obsadę (Brad Pitt jako Aldo Raine – genialny)to mamy rozrywkę w najlepszym stylu. Historia opowiedziana przez Tarantino to pastisz kina wojennego, która z prawdą historyczną ma niewiele wspólnego, ale też mieć nie powinna, bo jest to po prostu kawał dobrego, rozrywkowego kina, który warto zobaczyć.

14 wrz 2009

Jeszcze urodzinowo...
Q.: Wszystkiego najlepszego...
E.: Dziękuję.
Q: No, to teraz będą Ci miejsce w autobusie ustępować, a w Sklepie Seniora będziesz miała kartę stałego klienta...

13 wrz 2009

Sto lat, sto lat!






Trudno jest pisać po podwójnym martini i kamikadze, więc pozwoliłam sobie wstawić jedynie zdjęcia urodzinowych prezentów (od Q.) i napisać, że dawno nie pamiętam tak udanych urodzin, których świętowanie może się przeciągnąć w czasie - obawiam się. (Tak, naprawdę dostałam koszulkę Caution Hot Librarian i kubek Ewa Librarian of the Year)






12 wrz 2009


Wciągnęła mnie ta książka bez reszty. Przeczytałam ją jednym tchem i to nie dla szczególnie atrakcyjnej fabuły, obfitującej w wydarzenia, która powoduje, że nie można się doczekać co będzie dalej, a z emocji obgryza się paznokcie. I nie obchodzi mnie, czy to literatura feministyczna czy nie i co o niej napisano. Według mnie to powieść o rozdarciu między tym, czego od kobiety oczekuje otoczenie ( małżeństwo, dziecko, dobra praca) a jej własnym wyborem (życie w pojedynkę, w nieformalnym związku) To swoista analiza potrzeby zakorzenienia, potrzeby domu, stworzenia gniazda przeciwstawiona byciu samej sobie sterem, żeglarzem i okrętem. To jedna z tych powieści, które mogłabym napisać, gdybym tylko miała ku temu zdolności.

"(...) o trzeciej nad ranem zadzwoniłam do babci:
-Muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego! Nigdy ci tego nie mówiłam.
-No?
-Nie mam męża babciu.
-Szczęśliwa! Możesz spać w poprzek łóżka. Ja musiałam na to długo czekać."

"Marzenia. Służą do tego, żeby przetrwać, to kostka cukru zawieszona przed nosem, nieprzeznaczona do konsumpcji, tylko do drażnienia. Nigdy nie będziesz jej miał! Ale masz o czym myśleć."

"Ja naprawdę chcę całego życia, na Boga, i będę je miała. I nawet jeśli cały świat rozpadnie się, ja nie drgnę ni razu. Mam jeszcze inne części ciała poza palcami uderzającymi w klawiaturę i oczyma, które śledzą ruch palców. Chcę dotykać, chcę czuć zapachy. Niech perły spadają na ziemię, niech płynie krew i sok z pomarańczy, chcę całego życia!"

10 wrz 2009

Z cyklu "co dziś powiedział Szef":

E.: Dzień dobry, Panie Dyrektorze!
Boss: Witaj mój najlepszy pracowniku, co robisz?
E.: Idę na śniadanie, ale pierwsze dziś...
Boss: Taa... Chyba pierwsze po dwunastej...
E.: Zjedz ciasto drożdżowe, przyniosłam, ale nikt nie chce jeść...
Boss: Ty to umiesz zachęcić, powinnaś pracować w marketingu...
Z cyklu "po czym poznać, że na dziś dość już pracy":
W głośnikach Chris Rea.
E (do F.): Chris Rea zawsze mi się kojarzy z latą i plażem...




Czytelnik przyniósł nam ten słownik. Zareagowałyśmy z F. tak samo: Oooo... uczyłam się z tego. I zaraz przypomniały mi się : napoje w woreczku, ciepłe lody zwane Murzynkami, na śniadanie bułka pszenna zalewana ciepłym mlekiem, Miś i Świerszczyk, seria: Poczytaj mi mamo, domki dla kupowanych w kiosku lalek robione z kartonu po proszku Cypisek...

9 wrz 2009


W Newsweek’u artykuł zatytułowany „Ray Bardbury – człowiek biblioteka”:

Ray Bradbury to jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich, który wciąż czeka w Polsce na odkrycie. Wydana właśnie genialna antologia „Ilustrowany człowiek i inne opowiadania” to świetne wprowadzenie w twórczość autora „Kronik marsjańskich”.
(...) Tylko Polska zdaje się być nieczuła na twórczość tego pisarza a z jego bogatego dorobku w księgarniach znaleźć można zaledwie jeden tytuł – wydaną właśnie antologię „Ilustrowany człowiek i inne opowiadania”. (...) Urodzony w 1920 roku Ray Bradbury nie miał łatwego dzieciństwa. Jego rodzina splajtowała podczas Wielkiego Kryzysu (dziadkowie byli prasowymi wydawcami), przez co mały Ray często zmieniał miejsce zamieszkania. We wspomnianym Waukegan spędził wczesną młodość by w wieku 13 lat przenieść się z rodzicami do Los Angeles. Tam kończy liceum, ale z braku pieniędzy nie może pójść na studia. Wtedy osiemnastoletni Bradbury podejmuje pierwszą pracę – zostaje gazeciarzem handlującym na skrzyżowaniu. Każdego dnia po sprzedaniu gazet zaszywał się w miejskiej bibliotece, gdzie namiętnie czytał wszystko co wpadało mu w ręce. „Ludzie pytają mnie często czy żałuję, że nie mam wyższego wykształcenia. Nigdy w życiu! Biblioteka była moim uniwersytetem przez prawie 10 lat i tam nauczyłem się wszystkiego o pisaniu. Żadne studia nie dałby mi tej wiedzy” – powtarza dziś w wywiadach. W tym roku w sierpniu Bradbury skończył 89 lat i mimo podeszłego wieku wcale nie wybiera się na emeryturę. W maju w Stanach ukazał się jego nowy zbiór opowiadań „We’ll Always Have Paris” (zawiera opowiadanie będące parodią „Casablanki”, z której pochodzi tytułowy cytat) entuzjastycznie przyjęty przez krytyków m.in. z „Washington Post”, a on sam – gdy tylko pozwala mu zdrowie – jeździ z odczytami po amerykańskich uniwersytetach. Większość jego wykładów zaczyna się od frazy „porzućcie ten uniwersytet, wyłączcie Internet i wróćcie do bibliotek”. Szkoda tylko, że w polskich bibliotekach ze świecą szukać książek Bradbury’ego.
Sprawdziłam. Polskie biblioteki dysponują całkiem pokaźnym zbiorem utworów Bradbur’ego. Sama mam za sobą lekturę (wielokrotną) 451° Fahrenheita tego autora. Nie musi czekać na odkrycie, bo jest czytany. Autorowi artykułu zaś radzę podążyć za radą pisarza i wrócić do bibliotek.

8 wrz 2009

E.: O, zmieniasz myszkę na nową... Dobrze, bo tamta była nie do zniesienia...
Boss: To samo powiedziała o Tobie...


Jako, że wielkimi krokami zbliżają się moje urodziny i czuje pewien niedosyt, że tylko raz w roku mogę sobie pofolgować (imieniny w Wigilię to jakaś porażka), wynotowałam dni, które dodatkowo mogę świętować z podaniem powodów:
STYCZEŃ
7.01 Dzień Dziwaka (because I'm a creep, I'm a weirdo)
8.01 Dzień Sprzątania Biurka (jest to jedyny dzień w którym to robię)
11.01 Dzień Wegetarian (bo jestem)
17.01 Dzień Wszystkich Fajnych (jw.)
LUTY
2.02 Dzień Pozytywnego Myślenia (taki dzień mam przez cały rok, w zasadzie)
9.02 Międzynarodowy Dzień Pizzy (jedna z większych słabości)
MARZEC
3.03 Międzynarodowy Dzień Pisarzy (jeszcze nie jestem, ale warto sobie datę już przyswoić)
12.03 Światowy Dzień Drzemki w Pracy (a to pojawiło się zupełnie przypadkiem ;) )
29.03 Dzień Metalowca (wtedy przez cały dzień słucham zespołu Metallica albo wbijam gwoździe)
KWIECIEŃ
2.04 Dzień Naleśnika (lubię)
5.04 Dzień Marchewki (jw.)
12.04 Dzień Czekolady (jw.)
MAJ
3.05 Dzień bez komputera (w ramach ćwiczeń silnej woli)
8.05 Dzień Bibliotekarza i Bibliotek
15.05 Dzień bez samochodu (bo nie mam i wolę rower)
19.05 Dzień Dobrych Uczynków (innych nie robię)
30.05 Dzień Bez Stanika (bo jeszcze mogę sobie pozwolić na nie założenie tego elementu garderoby)
CZERWIEC
8.06 Święto Uwalniania Książek
15.06 Dzień Wiatru (dobrze, że nie wiatrów)
LIPIEC
2.07 Międzynarodowy Dzień UFO (wydaje mi się, że widziałam... nie pamiętam ile wypiłam)
12.07 Światowy Dzień Imprezy (poprawiny po 2.07)
15.07 Dzień bez Telefonu Komórkowego (w ramach terapii uzależnień)
23.07 Dzień Włóczykija (bo to moja ulubiona postać z Muminków. Myślałam, że jest człowiekiem i największe rozczarowanie przeżyłam, gdy dowiedziałam się że jest jednak Muminkiem i ma duże wystające nad głowę uszy)
SIERPIEŃ
18.08 Dzień Latarni Morskiej (bo kiedyś chciałam tam zamieszkać)
WRZESIEŃ
3.09 Dzień Chleba (bo wolę chleb niż bułki)
9.09 Międzynarodowy Dzień Urody (bo nie mam wyjścia)
PAŹDZIERNIK
1.10 Międzynarodowy Dzień Wegetarianizmu
28.10 Dzień Odpoczynku dla Zszarganych Nerwów (czyli dzień wolny od pracy)
30.10 Dzień Noszenia Spódnic (czyli wietrzenie)
31.10 Światowy Dzień Oszczędności (bo wtedy oswajam to, czego nie znam)
LISTOPAD
17.11 Dzień Bez Przekleństw (wtedy prawie cały dzień milczę)
19.11 Dzień Wina (bo wolę bardziej niż piwo, czy wódkę)
GRUDZIEŃ
21.12 Światowy Dzień Orgazmu (oh!)

7 wrz 2009

E. (zaglądając szefowi przez ramię): Co robisz?
Boss: Pracuję.
E.: Coś podobnego. Jesteś jedynym...
Boss:... pracującym szefem na świecie. Tak wiem.




Młoda bibliotekarka poleca...

Klara i półmrok to niezwykle zajmujący kryminał, który niczym nie różniłby się w konstrukcji od innych (seryjny morderca, którego próbuje się schwytać przed dokonaniem kolejnej zbrodni), gdyby nie fakt, że powieść skłania do refleksji na temat natury ludzkiej, kondycji człowieka we współczesnym świecie, ciemnej stronie jestestwa i przekraczaniu granic, także w sztuce. Bo oto światem malarstwa rządzi hiperdramatyzm, gdzie ludzie są dziełami sztuki. Żywe "płótna" można kupić, postawić w galerii lub we własnym salonie, sprzedać. Ludzie stają się obrazami i sami o sobie myślą jak o dziełach sztuki. Hiperdramatyzm jako kierunek nie istnieje, to fikcja, ale wizja Somozy budzi grozę właśnie ze względu na możliwość jej spełnienia. Protesty przeciw takiej wizji sztuki są ignorowane, bo za hiperdramatyzmem stoją wielkie pieniądze. Somoza tworzy makabryczny świat, który jednocześnie przeraża i wciąga. Piszę o tej, wartej uwagi, książce z racji ukazania się w Polsce drugiego jej wydania, ale też ze względu na skojarzenie z fotografiami Davida Blazquez'a z których jedną pozwolę sobie zamieścić. Pamiętam, że kiedyś urodził mi się w głowie podobny pomysł na fotografię, bardziej jednak traktującą o relacjach damsko-męskich i kiedy podzieliłam się tym pomysłem z F. powiedziała, że ktoś już to robił, ale nie mogła sobie przypomnieć nazwiska. Sądzę, że chodziło o tego właśnie artystę.
Dyrektor jednego z prywatnych liceów w Bostonie, zafascynowany e-bookami postanowił pozbyć się z biblioteki szkolnej wszystkich książek, które uznał za przestarzałą technologię. Książki zastąpił laptopami i osiemnastoma czytnikami książek, a nowe wyposażenie biblioteki kosztowało około 500 tys. dolarów. Komplikacje mogą pojawić się, gdy z zasobów zechce skorzystać jednocześnie więcej niż osiemnaście osób, a może już wprowadzono system rezerwacji?

6 wrz 2009

E: Książka przetrzymana od 20 lipca i ...
Czytelnik: Wnioskuję o jak najłagodniejszy wymiar kary...
E: Wniosek przyjęto. :)

A jeśli już o karach mowa, znalazłam dość ciekawy post na forum prawnym. Post zatytułowany "Nieludzkie kary w bibliotece" :
"W 2004 roku założyłem konto w Miejskiej bibliotece w Łodzi. Tego samego dnia wypożyczyłem książkę (nie jest to lektura). Nie ukrywam że na głowie miałem niesamowitą ilość innych rzeczy do zrobienia że w takim okresie czasu zapomniałem o tej książce, bo przecież każdy ma prawo. Biblioteka milczała przez 3 lata, nie dostałem żadnej informacji ani przymomnienia że wypadało by odddać książkę. W dniu kiedy zakładałem konto w bibliotece podpisywałem umowę (jak to w bibliotece - człowiek poprostu po ludzku podpisał umowę bez czytania i to wszystko). Problem w tym że nie otrzymałem kopii umowy tak więc nie mam bieżącego wglądu do niej ! Po 2 latach i 11 miesiącach dostałem pismo z firmy windykacyjnej że jestem dłużny bibliotece niebagatelną kwotę 960zł ! (...) Jak powiedziała dyrektorka biblioteki "ludzie podpisywali regulamin a książek nie zwracali" więc 2 lata temu zgłosiła się do nich firma windykacyjna (...) i podpisali umowę że będą ściągać kary z ludzi. Ale na boga za tymi książkami stoją zwykli ludzie których dochód miesięczny nie przekracza 1000zł. Żadnych informacji i przypomnienia o zwrocie ksiażki. Coś tutaj jest nie tak. (...)"
Ciekawe, czy umowy z bankiem też podpisuje tak po prostu po ludzku bez czytania? I na boga za tymi książkami stoją też (nieraz w długiej kolejce) inni czytelnicy, którzy chcieliby je przeczytać. Nie jestem cerberem egzekwującym od czytelników nawet najmniejszą kwotę. Z cierpliwością słucham opowieści z życia wyjaśniających dlaczego nie udało się oddać książki w terminie, bo mnie samej zadarzyło się poważnie przetrzymać książkę, ale ten post akurat mnie trochę zdenerwował (lekko też rozbawił), bo przecież w bibliotece też pracują zwykli ludzie, z którymi przy odrobinie dobrej woli można sie porozumieć.

3 wrz 2009

Nareszcie jest! Nowy Simon's Cat. W przygotowaniu także książka w języku polskim.

2 wrz 2009

W bibliotece, gdzie pracuję wymieniono częściowo podłogę oraz wstawiono zupełnie nową, dużą, szaro-niebieską ladę. Teraz moje miejsce pracy wygląda mniej więcej tak:
Właściwe do miejsca umundurowanie to zapewne kwestia czasu. Grunt, że jesteśmy gotowi by rozpocząć nową misję (czyt. rok akademicki)
E.: Idę do Bossa...
F.: Po co?
E.: A, żeby mógł sobie popatrzeć na coś ładnego...