
Slow food to synonim żywności szczególnej-zdrowej, a zarazem tradycyjnej i spotykanej jedynie w określonym regionie. To również pojęcie określające przyjemność smakowania, odkrywanie nowych smaków. To opozycja, jak nietrudno wywnioskować, do wszędobylskiej kultury szybkiego jedzenia, jakim jest fast-food. Swoisty bunt przeciw współczesnemu stylowi życia w pośpiechu.
Filozofia slow food , bo pojęcie to nie dotyczy jedynie żywności, wywodzi się z książki Francesco Angelita, który w 1607 roku opisał życie ślimaków. Zastanawiał się, czego ludzie mogą się od nich nauczyć. Uznał, że powolność to cnota, za którą podąża roztropność i powaga. Ślimak stał się zatem dla ruchu slow food symbolem wyższości natury nad cywilizacją.
Prędkość to obsesja współczesnego świata, obejmująca niemalże każdy aspekt ludzkiej aktywności, a już na pewno dotykająca seksu. Podobno obecna długość miłosnych zapasów wynosi (w Polsce) 14 minut. Kilka lat wcześniej było to minut 18 ( średnia europejska to 11) Rzekomo kobiety coraz bardziej lubują się w szybkim seksie. Cóż...nietrudno to zrozumieć biorąc pod uwagę fakt, że jedynie 30% aktywnych seksualnie Polek jest w stanie doświadczyć orgazmu pochwowego, a łechtaczkowy nie wymaga godzinnych sesji. Upsss... Zagalopowałam się. Wszak Bibliotekarce o seksie pisać nie wypada, a już o orgazmach to w ogóle... I skąd ja to w ogóle wiem...? Aaa.. czytam, więc wiem ;P
PS zatem slow food, slow life, slow sex!


