"Swego czasu byłam niepoprawną romantyczką. Nadal jestem niepoprawną romantyczką. Kiedyś wierzyłam, że miłość to najwyższa wartość. Nadal wierzę, że miłość to najwyższa wartość. Nie uważam miłości za odpowiedź czy rozwiązanie. Myślę o miłości jako o żywiole - równie silnym jak słońce, równie potrzebnym, równie bezosobowym, równie gigantycznym, równie niemożliwym, który i spala i ogrzewa, który i powoduje suszę i daje życie. A kiedy się wypala, jego planeta umiera. Moje życie jest orbitą miłości. (...) Dzisiaj jednak (...) wiem, że prawdziwe rzeczy w życiu, rzeczy które pamiętam, rzeczy, które obracam w dłoniach, to nie domy, konta bankowe, nagrody czy promocje. To, co pamiętam, to miłość - wszelka miłość - miłość do tej bitej drogi, tego wschodu słońca, dnia nad rzeką (...) Nawet do siebie samej, choć ja to coś, co kochać najtrudniej, bo miłość i samolubstwo to nie to samo. Łatwo być samolubnym. Trudno kochać tą, którą jestem. Nic dziwnego, że się dziwię, jeśli Ty mnie kochasz. A jednak to miłość jest zwycięzcą dnia."
[Jeanette Winterson, Podtrzymywanie światła, Poznań 2005, s. 196-197]
28 gru 2008
O samotności
"-(...) Uważa Pan, że trzeba szczególnych uzdolnień, aby poznać po kimś, że jest samotny? Nie mam na myśli tej samotności, która oznacza pewien sposób życia, szczęśliwą izolację, wieżę z kości słoniowej. Taka subtelna samotność nie musi jeszcze być równoznaczna z zerwaniem ze wspólnotą. Wieża z kości słoniowej może być swego rodzaju tunelem, którym kasztelan w tajemnicy udaje się na spotkanie z ludźmi. (...) Ów kasztelan sam sobie buduje taką samotność. To tylko dekoracja. Do twarzy mu z nią. Ale jest też inna samotność: ta parszywa. Która wysypuje się na skórze jak świerzb, widać ją w spojrzeniu, w chodzie, w ruchach. Którą dostrzegają wszyscy: kobieta, dziecko, kelner. I wszyscy trzymają się z daleka od kogoś takiego. To człowiek niebezpieczny. Żyje poza stadem. Bóg go wypluł ze swoich ust. (...) Ja nazywam to grzeszną samotnością. Wyczuwam ją w ludziach. Niekonieczny jest tu wyrafinowany nos. Taki człowiek wykrzyczy to z siebie po jakimś czasie. (...) Grzeszny jest każdy, kto trzyma się z dala od ludzi. Kto nie współ-czuje z ludźmi. O każdej godzinie. W każdej minucie. (...) Ten kto współ-czuje z ludźmi jest szczęśliwy."
[Sandor Marai, Pierwsza miłość, Warszawa 2007, s. 59-62]
[Sandor Marai, Pierwsza miłość, Warszawa 2007, s. 59-62]
27 gru 2008
Dlaczego w Polsce lepiej nie chorować, czyli oddajcie mi moje pieniądze...
Niezwykle rzadko odwiedzam lekarza, a jeśli już jest to specjalista za którego usługi płacę. Ostatnio jednak nawiedziła mnie przypadłość - szczegóły pominę - z którą nijak nie mogłam sobie dać rady sama. Zatem powędrowałam, a raczej poczołgałam się na ostry dyżur. Nie przywitał mnie tam George Clooney ani tym bardziej doktor Burski, ale tak miła jak pani w akademiku - rejestratorka. Kiedy usłyszała z czym przychodzę, uniosła do góry brwi i stwierdziła, że nikt mnie raczej nie przyjmie bo to nie jest nagły przypadek, ale ona może zapytać. Zapytała, lekarz łaskawie się zgodził i kazała czekać w poczekalni. Poczekalnia - bez okien (naprawdę nie było czym oddychać) i ludzie czekający od godziny 16 (była 21). Minęło trochę czasu i kolejna miła postać zawołała w progu poczekalni: "Kto do chirurga?" i poszła. Konsternacja. Każdy czekający "przypadek" podpadał pod kategorię zabiegu chirurgicznego. Padło na mnie. Kolejnym dwóm pielęgniarkom wytłumaczyłam z czym przychodzę i usłyszałam znany tekst, że to nie nagły przypadek, ale może lekarz mnie przyjmie. W końcu zjawił się lekarz, który w zasadzie równie dobrze mógł być salowym jak i ochroniarzem - nie miał na sobie nic, co mogłoby go jakoś zidentyfikować, a fakt że badał mnie (a raczej ranę) bez rękawiczek pobudził rzeczone wątpliwości. Nietrudno zgadnąć, że padł znany tekst o nagłym przypadku i dopiero jak wrzasnęłam, że puchnie boli i co ja mam z tym do cholery zrobić, pan doktor łaskawie mnie przyjął. Zabieg wykonał bez znieczulenia, na szczęście w rękawiczkach tym razem, co zaowocowało - brak znieczulenia rzecz jasna -omdleniem. Z relacji świadków wiem, że trudno było znaleźć na korytarzu wodę, by mi pomóc.
I pytam się dlaczego, mimo, że płacę składki, jestem traktowana jak rzecz? Dlaczego lekarz, za którego płacę przyjmuje mnie z łaską? Jakim trzeba być człowiekiem, by wykonując w ten sposób swoje obowiązki domagać się podwyżki? Chcę wspierać tych lekarzy dla których przysięga Hipokratesa coś znaczy. Nic jednak nie wskazuje na to, bym mogła mieć wybór i przeznaczyć swoje pieniądze na prawdziwych "fachowców" oraz by w większości placówki służby zdrowia poddane zostały mechanizmom gospodarki rynkowej. Nic dziwnego, że apteki wyrastają jak grzyby po deszczu i jest ich po kilka na każdej ulicy. W takich warunkach rzeczywiście lepiej leczyć się samemu.
Dużo zdrowia życzy Eva Scriba.
I pytam się dlaczego, mimo, że płacę składki, jestem traktowana jak rzecz? Dlaczego lekarz, za którego płacę przyjmuje mnie z łaską? Jakim trzeba być człowiekiem, by wykonując w ten sposób swoje obowiązki domagać się podwyżki? Chcę wspierać tych lekarzy dla których przysięga Hipokratesa coś znaczy. Nic jednak nie wskazuje na to, bym mogła mieć wybór i przeznaczyć swoje pieniądze na prawdziwych "fachowców" oraz by w większości placówki służby zdrowia poddane zostały mechanizmom gospodarki rynkowej. Nic dziwnego, że apteki wyrastają jak grzyby po deszczu i jest ich po kilka na każdej ulicy. W takich warunkach rzeczywiście lepiej leczyć się samemu.
Dużo zdrowia życzy Eva Scriba.
16 gru 2008
Dialogi biblioteczne
Bibliotekarz 1: Zjadłbym coś dobrego, ale nic słodkiego...
Bibliotekarz 2: A co takiego?
Bibliotekarz 1: Nie wiem, coś wykwintnego... Przepiórki w płatkach róży...
Bibliotekarz 2: Hm, a ja.. Smażone zielone pomidory...
Bibliotekarz 2: A co takiego?
Bibliotekarz 1: Nie wiem, coś wykwintnego... Przepiórki w płatkach róży...
Bibliotekarz 2: Hm, a ja.. Smażone zielone pomidory...
15 gru 2008
Idą święta...

Powinnam napisać, że cieszę się nadchodzących świąt, biegam za prezentami, wyszukuję przepisy na najlepszy makowiec i nie mogę usiedzieć na miejscu z podekscytowania. Tylko, że kilku lat organicznie wręcz nie znoszę świąt Bożego Narodzenia. I to nie dlatego, że nie mam ich z kim spędzać i czuję się samotna. Po prostu nie mogę zrozumieć dlaczego, żeby uczcić narodziny jednego życia zabija się tysiące innych? I dlaczego, to co miało być przeżyciem duchowym coraz bardziej przypomina karnawał, gdzie trzeba najeść się na zapas i zgromadzić jak największą liczbę nierzadko drogich, a czasem zupełnie niepotrzebnych rzeczy, łapiących potem kurz na półkach? I dlaczego telewizja ma ludzi za kretynów, którzy przez dziesięć lat z rzędu chcą oglądać perypetie chłopca o którym zapomnieli rodzice zostawiając go samego w domu? Okres przedświąteczny to prawdziwa gratka dla sprzedawców, którzy po szyldem „Boże Narodzenie” chcą wcisnąć ludziom wszystko: od płynu na porost włosów po pilarkę. Bo wszystko się nadaje na prezent. Nie zastanawiaj się więc, czy bliska ci osoba naprawdę tego potrzebuje, tylko KUPUJ! KUPUJ i KONSUMUJ!
Subskrybuj:
Posty (Atom)