29 kwi 2019

Kobieta na krawędzi

"Kobieta na krawędzi" to powieść amerykańskiej pisarki Jill Alexander Essbaum. Bohaterką tej - jak zapewnia wydawca - współczesnej, szwajcarskiej wersji "Pani Bovary" jest Anna. Z pochodzenia Amerykanka wyjeżdża za mężem do Szwajcarii. Ma trudności z asymilacją w obcym kraju, nauką języka. Choć nigdy nie chciała mieć dzieci, decyduje się na nie z nadzieją, że to one wypełnią jej dni i nadadzą sens egzystencji. Zależna od męża, który - zajęty zawodowo, a uczuciowo coraz bardziej powściągliwy i niedostępny - wikła się wkrótce w romanse, które zmienią bardzo jej życie, a za wolność przyjdzie jej zapłacić bardzo wysoką cenę...

J. A. Essbaum, Kobieta na krawędzi, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2018.
"Kobieta na krawędzi" to nie tylko wiwisekcja małżeństwa w kryzysie. To poruszająca, psychologiczna powieść o granicach wolności, sprzeniewierzeniu się sobie i konsekwencjach tego. To opowieść o bierności wobec tego, co niesie życie i rozpaczy społecznego uwikłania. O tym jak ogromna bywa samotność i jak różne ma oblicza. Bohaterka od najmłodszych lat czuła się samotna, nieprzystająca do innych. W chwili kryzysu wspomina nawet swoją bibliotekarkę w liceum "która pewnego dnia znalazła Annę ukrywającą się za stosami książek, gdzie próbowało ją pożreć gnijące wewnętrzne odrzucenie. Wytarła Annie łzy, przyniosła jej napój i powiedziała (Anna pamiętała to doskonale): Skarbie, nigdy nie musisz czuć się aż tak strasznie, co w tamtym momencie wystarczyło. Anna utrzymywała z nią kontakt w trakcie studiów w college'u. Bibliotekarka przyjechała na pogrzeb rodziców Anny. Była na ślubie Anny". 
To ciężka, smutna powieść, zmuszająca do stawiania pytań, refleksji. Będzie ciekawa dla zainteresowanych psychologią jungowską (opisy sesji terapeutycznych głównej bohaterki) lub borykających się z podobnymi, co bohaterka problemami. 


27 kwi 2019

Przyjemność czytania

Dziś fragment książki, którą przeoczyłam, a którą podsunęła mi koleżanka (za co bardzo dziękuję). To "Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności" Philippe'a Delerm'a, wydana w 2004 roku.  To zbiór krótkich tekstów, opiewających czasem małe, niepozorne czynności, które jednak można celebrować i czerpać z nich wcale nie małą satysfakcję. Czytelnik znajdzie tu rozdział o powieściach Agathy Christie, a nawet o bibliobusach. Ponieważ zbliża sie majowy weekend, przytoczę tu  fragment o czytaniu na plaży:

Czytać na plaży - to nie takie proste. Leżąc na plecach - prawie niemożliwe. By nie oślepiło cię słońce, musisz osłonić twarz książką, którą trzymasz w rękach. To dobre na kilka minut, potem się odwracasz. Na boku, wsparty na łokciu, ze skronią na dłoni, gdy drugą ręką przytrzymujesz książkę i przewracasz strony - też nie jest zbyt wygodnie. Kończysz więc na brzuchu, z głową opartą na łokciach. Przy samej ziemi zawsze troszkę wieje i małe kryształki, połyskujące miką, wkradają się pod okładkę (...). Ważne o czym traktuje książka. Można mieć mnóstwo przyjemności, bawiąc się w kontrasty. Przeczytać sobie fragmencik z Dziennika Paula Leautaud, w którym wyraża się on z odrazą o ciałach stłoczonych na bretońskich plażach (...). Pogrążyć się pod palącym słońcem w przesiąknięte deszczem, nieszczęsne przypadki Oliviera Twista. Pogalopować na koniu, wzorem, d'Artagnana, w ciężkim bezruchu lipca (...). Lecz jeśli zbyt długo czytasz, podparty na łokciu, zaczyna cię gnieść podbródek, a w ustach masz pełno plaży. Zmieniasz zatem pozycję: krzyżujesz pod sobą ramiona, co jakiś czas wysuwając rękę, by odwrócić stronę. Jest w tym coś z zadumy czasu dorastania - lektura zyskuje szczyptę melancholii. Kolejne pozy, nieudane próby, całe zniechęcenie i od czasu do czasu drobne przyjemności - tak właśnie wygląda czytanie na plaży. Czujesz się wtedy, jakbyś czytał całym ciałem.

P. Delerm, Pierwszy łyk piwa i inne przyjemności, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2004. [cytat s. 37-38.]

Cóż, na razie pogoda nie sprzyja czytaniu na plaży, czy nawet na ławce w parku. Bez względu na to w jaki sposób spędzacie majówkę, życzę Wam samych przyjemności i wygodnego czytania :) 

24 kwi 2019

Jak żyć?

Odpowiedź na zadane w tytule posta pytanie znalazłam w niepozornej książce "Kapturek na Manhattanie" Carmen Martin Gaite. 
To opowieść oparta na znanej baśni. Czerwonym Kapturkiem jest tu dziesięcioletnia Sara Allen, mieszkanka Nowego Jorku, która "nauczyła się czytać, kiedy była bardzo mała, i umiejętność ta wydawała jej się najzabawniejszą rzeczą na świecie". Mama Sary uwielbia piec tort truskawkowy i dziewczynka bardzo często zawozi go swojej babci Glorii, która kiedyś była znaną artystką. Babcia Gloria spotyka się z właścicielem antykwariatu:
"Antykwariat Aurelia Roncalego nazywał się Books Kingdom, czyli Królestwo Książek, a jego znakiem firmowym wybitym na pierwszej stronie każdej książki była królewska korona nad otwartą książką. Sara marzyła o tym, żeby poznać tę księgarnię, ale rodzice nigdy nie chcieli jej tam zaprowadzić, twierdząc, że jest za daleko. Wyobrażała sobie antykwariat jako maleńką krainę pełną schodów, zaułków i maciupkich domków, ukrytych za kolorowymi półkami i zamieszkanych przez maleńkie istoty w spiczastych czapeczkach, [które] wchodziły między strony książek i opowiadały historie, które zostawały tam już na zawsze w postaci rysunków albo zapisanych opowieści".
Pan Aurelio opuszcza babcię, ale w jego miejsce pojawia się... wilk. A konkretnie Edgar Woolf  - właściciel luksusowych ciastkarni. Nie od niego pochodzi jednak przepis na życie, a od krążącej po Manhattanie kobiecie, którą zwą Miss Lunatic:
"Dla mnie żyć to znaczy nie spieszyć się, wszystkiemu spokojnie się przyjrzeć, zastanowić, wysłuchać cudzych zmartwień, być ciekawym świata i ludzi, być wrażliwym, nie kłamać, dzielić się z żywymi szklanką wina albo kromką chleba, z dumą wspominać nauki zmarłych, nie pozwolić by nas poniżano lub oszukiwano, nie odpowiadać, że tak lub nie, nie policzywszy przedtem do stu, jak to robił Kaczor Donald... Żyć to umiejętność bycia samemu, by nauczyć się być z innymi, i żyć to umiejętność wysławiania się i wypłakania... i żyć to śmiać się... (...) Ludzie tak poważnie traktują zarabianie pieniędzy po to, żeby żyć, że w rezultacie zapominają żyć".

C. M. Gaite, Kapturek na Manhattanie, Warszawa 1999.
 "Kapturek na Manhattanie" to humorystyczna, momentami wzruszająca, baśniowa opowieść, która przypadnie do gustu miłośnikom pierwszych filmów Jana Jakuba Kolskiego i tym, którzy w literaturze szukają pokrzepienia.

14 kwi 2019

Zaczarować panią bibliotekarkę

Dziś o powieści "Wyprzedaż snów" Marzeny Rogalskiej. która przypomina mi swoim klimatem "Osobowość ćmy" Katarzyny Grocholi.  Obie powieści traktują o grupie przyjaciół, którzy borykają się z mniejszymi i większymi problemami i w obu bohaterowie  sportretowani są wnikliwie, ale wyrozumiale, wręcz z czułością. Obie są także przeznaczone dla tych, którzy potrzebują przywrócenia wiary w siłę przyjaźni, miłości, prawdy i w to, że marzenia się spełniają
W "Wyprzedaży snów" cała fabuła osnuta jest wokół Agaty, która wraca ze Stanów do Polski, do Krakowa, po nieudanym związku, kilkuletniej nieobecności, ze strachem w sercu czy przyjaciele . których zostawiła, przyjmą ją z otwartymi ramionami. Oczywiście przyjaciele nie tylko witają ją serdecznie, ale pomagają jej jak mogą by znowu poczuła się jak u siebie. Przyjazd Agaty odmieni życie każdego z nich, w sposób, w jaki się nie spodziewa. 

Zwróciłam uwagę na "Wyprzedaż snów" ponieważ główna bohaterka korzysta z biblioteki, co relacjonuje przyjaciółce przez telefon: 
"Czytam Damę kameliową. Dobrałam się do biblioteki, mam do niej jakieś sto metrów. Mówię ci, kosmos. Zaczarowałam panią bibliotekarkę i wypożyczyła mi chyba z dziesięć książek ponad limit". 
M. Rogalska, Wyprzedaż snów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2016.
 Agata wypożyczyła też "Niebezpieczne związki", "Greka Zorbę" i "Annę Kareninę". Oczywiście dziesięć książek ponad limit to licentia poetica. A wiem to z całą pewnością ponieważ pracowałam w bibliotece z której korzystała bohaterka, kiedy rok temu przeprowadziłam się z Poznania do Krakowa. Biblioteka - teraz w remoncie - mieści się w przepięknej i położonej w ogrodzie, wilii na Dębnikach. A bibliotekarek tam pracujących zaczarowywać nie trzeba - same w sobie są czarujące, ujmujące i znają się na swoim fachu 😉

Jest jeszcze jeden wątek "branżowy" w tej powieści. Otóż jeden z bohaterów - Rafał - w dzieciństwie uważany za "wsiowego głupka", znalazł  azyl w szkolnej bibliotece:

"Często siadywał przy stoliku w pomieszczeniu wypełnionym książkami, nazywanym szumnie biblioteką, i równomiernie szybko kartkował kolejne, oprawione w szary pakunkowy papier książki (...). Książki traktował z szacunkiem, uważał, żeby nie zaginać kartek, a po przejrzeniu odkładał je na stosik precyzyjnie wyrównany do krawędzi biurka". 
Niestety bibliotekarka, która uważała jedynie książki, gazety traktując "z najwyższą pogardą",  odeszła na emeryturę a nowy dyrektor nie zatrudnił nikogo na jej miejsce. Wypożyczaniem książek zajął się "w wolnych chwilach" matematyk (który odkrył, że bohater ma niezwykłą pamięć i ponadprzeciętne zdolności matematyczne). 

13 kwi 2019

Zamieszkać na wieży z książek

Calupurnia Tate to bohaterka debiutu Jacqueline Kelly. Jedenastolatka jest jedyną dziewczynką, spośród siedmiorga rodzeństwa. Mieszka w Teksasie, w posiadłości ojca - znanego i szanowanego plantatora pekanów. Jest rok 1899, kiedy poznajemy Calpurnię, zwaną Callie Vee. Zgodnie z wymogami epoki oczekuje się od dorastającej dziewczynki, że opanuje sztukę wyszywania, szydełkowania i tajniki przyrządzania potraw. Calpurnia jest jednak bardziej zainteresowana otaczającym ją światem przyrody z całym jego pięknem i złożonością. Nie rozumie dlaczego musi się zajmować czynnościami, co do których nie ma w ogóle przekonania ani tym bardziej talentu. Nieoczekiwanie znajduje sprzymierzeńca w dziadku, który w swoim laboratorium próbuje wydestylować z pekanów pierwszorzędny alkohol. Zabiera wnuczkę nad rzekę, rozbudzając w niej jeszcze bardziej chęć odkrywania gatunków roślin i zwierząt. Callie Vee zapisuje swoje spostrzeżenia w notesie otrzymanym od brata. Dziadek opowiada Calpurnii o książce "O powstawaniu gatunków" i Callie Vee postanawia wybrać się do biblioteki:

"W bibliotece było mroczno i chłodno. Podeszłam do lady, gdzie bibliotekarka akurat wydawała książki grubemu panu w lnianym garniturze. Po nim nadeszła moja kolej. (...) Bibliotekarka patrzyła na mnie ze zmarszczonym czołem. Przysunęłam się bliżej i wyszeptałam: - Przepraszam, czy jest książka pana Darwina? Kobieta pochyliła się do mnie nad ladą. - Słucham? - Książka pana Darwina. Wie pani. O powstawaniu gatunków. Jeszcze bardziej zmarszczyła czoło i przyłożyła rękę do ucha. - Musisz mówić głośniej dziecko. Drżącym głosem powtórzyłam: - Książkę pana Darwina. Poproszę. Spojrzała na mnie ze skrywanym oburzeniem i powiedziała: - Nie mamy jej, oczywiście. Nie trzymalibyśmy czegoś takiego w naszej bibliotece. Jest w Austin, można zamówić pocztą. To kosztuje pięćdziesiąt centów. Masz pięćdziesiąt centów, dziecko? - Nie, proszę pani. - Czułam, jak oblewam się purpurą. Nigdy z życiu nie miałam pięćdziesięciu centów. - Prócz tego - dodała -  nie mogłabym ci jej wypożyczyć bez zgody mamy. Nie wiem, czy pozwoliłaby ci ją czytać. Masz taką zgodę? - Nie, proszę pani - odparłam zdrętwiała; zaczynała mnie swędzieć szyja, co zawsze zwiastowało pojawienie się pokrzywki. Kobieta pociągnęła nosem. - Tak myślałam. Dobrze. A teraz wybacz, mam tu książki do poustawiania. Chciało mi się płakać z wściekłości i upokorzenia, ale zacisnęłam zęby i nie pozwoliłam sobie na to w obecności tej starej wiedźmy. Purpurowa wybiegłam z biblioteki. (...) Drapiąc się w szyję, na którą wystąpiły już czerwone plamy, wrzasnęłam: - Po co są biblioteki, skoro nie można sobie wypożyczyć książki? (...) Niektórzy ludzie po prostu nie powinni być bibliotekarzami". 
"Dałam drapaka nad rzekę (...) i rzuciłam się do wody (...). Ta bibliotekarka zepsuła mi cały dzień. Wsadziłam  głowę pod wodę i głośno, przeciągle wrzasnęłam (...). Chłodna woda coraz bardziej koiła moje skołatane nerwy. Bo w końcu czym jest jedna książka? Ma takie wielkie znaczenie? Kiedyś przyjdzie taki dzień, że będę miała wszystkie książki świata - całe półki pełne książek. Zamieszkam na wieży z książek. Cały dzień będę tylko czytać i jeść brzoskwinie. A jeżeli w okolicy pojawi się piękny książę w lśniącej zbroi na białym rumaku i zacznie mnie błagać, żebym spuściła włosy, to będę go ostrzeliwać pestkami brzoskwiń, dopóki nie ucieknie". 
Na szczęście wizyta w bibliotece nie gasi w Calpurnii ciekawości świata. Dziadek - który sam nie ulega konwenansom, wspiera wnuczkę, opowiadając o kobietach, które  poświęciły się nauce. Pewne wydarzenie (nie będę zdradzać fabuły) sprawia, że Calpurnia utwierdza się w wyborze swojej drogi życiowej. Mam tylko pewne wątpliwości - patrząc na okładkę części drugiej, której jeszcze nie czytałam - czy uda jej się pogodzić swoje marzenia ze społecznymi oczekiwaniami. Niemniej czas spędzony w towarzystwie tak wyrazistej, a jednocześnie naturalnej bohaterki  nie był na pewno czasem straconym i z niekłamaną chęcią sięgnę po kolejny tom, mam nadzieję, że również napisany ciekawie i z humorem, jak pierwszy.  

J. Kelly, Ewolucja według Calpurnii Tate, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2016.

13 mar 2019

Bibliotekarki tylko parzą kawę i plotkują

Dziś obszerny fragment książki Magdy Fres "Najduszek" (Ridero, 2018). Ostrzegam, że  po lekturze tego fragmentu kawa może okazać się zbędna, bo skutecznie podnosi ciśnienie:

"Bezczynność - czy też inaczej - zajmowanie się dzieckiem, domem i mężem - doprowadza mnie na skraj rozpaczy, bo w tym czasie powinnam chociaż starać się wykombinować coś dl siebie (...). Wybrałam się więc do osiedlowej biblioteki. - Dzień dobry - powitałam wszystkich z uśmiechem. Wybrałam uśmiech numer pięć, bo on zawsze załatwia mi sprawę w urzędach. Ale trafiłam na złą chwilę, bo bibliotekarki akurat parzyły kawę, żeby sobie urozmaicić wypełniony ploteczkami dzień (...). Jedna z nich była ruda i miała na głowie utworzony przez nadmiar lakieru kask, a druga z szarą cerą bez makijażu, z włosami w tłustych strąkach. Postawiłam na tę rudą - bo wyglądała na kierowniczkę. Obie powitały mój entuzjazm z przekąsem. - Szukam czegoś o lesie - powiedziałam - Czy mogłaby mi pani powiedzieć, który to regał? - Ale chodzi o leśnictwo, ochronę przyrody czy coś innego? (...) - A gdzie znajdę coś o Rezerwacie Ochojec? - zawężyłam pole poszukiwania. - Do szkoły dla dziecka pani potrzeba? - Tak - skłamałam. - Dla znajomej. (...)
Ruda wstała z krzesła, stękając.  Pokazała palcem dwa regały. (...) - Jakby pani miała nazwisko autora, byłoby łatwiej - powiedziała ta z tłustymi włosami. - A może - magle mnie oświeciło - Może macie panie jakiś elektroniczny katalog? Może mogłabym sprawdzić, powiedzmy słowo kluczowe? - E tam, tak pani nic nie znajdzie - skwitowała ruda. - Elka, włącz komputer. Elka (z tłustymi włosami) włączyła komputer, trwało to chwilę. - Jest opcja "znajdź według słowa kluczowego" - poinformowała swoją szefową. - Może pani wpisać "las"? - zaproponowałam. Elka westchnęła. Spojrzała na mnie, na szklankę z kawą, na rudą kierowniczkę, czytającą "Panią Domu", wreszcie podjęła decyzję. - Niech sobie pani sama poszuka -  odstąpiła mi krzesło. Do katalogu OPAC wpisałam hasło "las" (...).
- A pani to ma takiego małego w domu, nie? - podniosła głowę znad "Pani Domu" kierowniczka. - Tak - rzuciłam z uśmiechem numer cztery (jeden rozmiar niżej niż numer pięć). - I co, jak w przedszkolu? Super bardzo mu się podoba. (...) - A na panie nie narzeka? - Nie, panie też mu się podobają. - A on chodzi do grupy Pszczółek? - Tak - I panie mu się podobają?! 
Wstałam. Uznałam, że udzieliłam wystarczającą ilość informacji, żeby starczyło na duchową zapłatę za tę usługę, jaką było samodzielne wyszukiwanie w elektronicznym katalogu haseł, których w nim nie ma. Dałam wystarczającą pożywkę do rozmowy (...). 

[źródło]
 Znacie takie bibliotekarki? 
Przykre, że córka Marty Fox, pisarki, której nikomu przedstawiać nie trzeba, kreśli w swojej książce tak krzywdzący, nieprawdziwy i stereotypowy obraz naszej profesji. Sama bywała na spotkaniach autorskich i warsztatach w bibliotekach. Trudno uwierzyć, że spotykała tylko takie indywidua. Ktoś powie licentia poetica i będzie miał rację. Biorąc jednak pod uwagę jak bardzo zmieniła się rola bibliotekarza przez ostatnie lata, takie przedpotopowe opisy zawodu - przyznajcie - mogą wyprowadzić z równowagi...

9 mar 2019

Molestowanie w bibliotece

Dziś obszerne fragmenty artykułu, który ukazał się w Dzień Kobiet na łamach toruńskiego wydania "Wyborczej":

"Miał je gryźć, obmacywać, wkładać ręce pod sukienki i składać dwuznaczne propozycje. Toruński uniwersytet nad sprawą się pochyla i "dokłada wszelkich starań", żeby wyjaśnić ją jak najszybciej. Miesiące mijają, a poszkodowane i oskarżany codziennie mijają się na korytarzu Biblioteki Głównej UMK, gdzie wszyscy pracują. 
Lipcowa niedziela 2018 r., biblioteka jest nieczynna dla czytelników, ale pracownicy nie mają wolnego – trwa inwentaryzacja zbiorów. Jedna z pracowniczek stoi na niewysokiej drabinie, od tyłu zachodzi ją kolega z pracy (z innego działu, nie powinno go wtedy być w bibliotece. Przyszedł z żoną, której dział wówczas pracował). Wkłada jej rękę pod sukienkę, drugą chwyta za pierś, a zębami wbija się w szyję. Październik 2018. Pokój socjalny, trwa mini impreza urodzinowa. Bierze w niej udział mąż solenizantki. Dosiada się do jednej z koleżanek, zaczyna dotykać ją po rękach, nogach, kierując się ku miejscom intymnym i szeptem zachęca do „wspólnej zabawy”. 
Kobiety zgłaszają sprawę swojej bezpośredniej przełożonej, ta kieruje ją dalej – do dyrektora. Odbywa się spotkanie, także z obwinionym, który miał się na nim przyznać do zarzucanych mu czynów. Kobiety słyszą też, że może powinny mniej się uśmiechać i „puszczać oczko”... Żadne konsekwencje wobec skandalicznie zachowującego się pracownika nie zostają wyciągnięte. (...) W nieoficjalnych rozmowach kolejne kobiety przyznają między sobą, że również padły ofiarą działań tego samego kolegi. Na wycieczkach organizowanych przez uniwersytet, podczas mniej formalnych spotkań (...) dochodzić miało do podobnych zachowań z jego strony. Pokrzywdzone słyszały wtedy m.in. że „życie jest za krótkie, więc trzeba z niego korzystać”, a „żona jest tolerancyjna”.
Doświadczyć tego miało 10 kobiet, niektóre nawet kilka lat wcześniej. Do tej pory większość z nich nie sądziła, że oprócz nich pokrzywdzonych może być więcej koleżanek.
Postanowiły sprawy nie odpuścić – do dyrektora odważają się iść już we trzy. Dyrektor oficjalnie zgłasza sprawę rzecznikowi akademickiemu, którego zadaniem jest polubowne rozwiązywanie sporów pomiędzy studentami, doktorantami i pracownikami toruńskiego uniwersytetu(...). Mediacje jednak nie wychodzą. Pokrzywdzone miały usłyszeć podziękowanie za to, że odważyły się głośno mówić o sprawie, bo mówić o tym należy. I prośbę o wsparcie małżonki kolegi, która pewnie źle się czuje w tej sytuacji, a że dodatkowo zbliżały się święta Bożego Narodzenia, to wszyscy powinni starać się być dla siebie milsi. Dyrektor biblioteki zgłasza więc sprawę jeszcze wyżej (...). Rektor powołuje komisję, która ma się sprawie przyjrzeć. (...) Komisja powołana przez rektora nosi nazwę „do spraw rozpatrzenia zarzutów wobec” (tu pada nazwisko). W jej skład wchodzą cztery osoby: rzecznik akademicki, ekspert prawa pracy oraz dwoje pracowników naukowych z tytułem profesora [trzech mężczyzn i jedna kobieta – red.]. (...) Pierwsze przesłuchania już się odbyły – przed komisją stanęły trzy pokrzywdzone. W sumie zastrzeżenia wobec zachowania swojego współpracownika zgłosiło rzecznikowi akademickiemu osiem kobiet, ale pięć z nich nie zdecydowało się zeznawać. Chcą zachować anonimowość nawet przed komisją. Przypuszczać można, że ze strachu. 
W tekście tym nie ma żadnych nazwisk, ani wypowiedzi pokrzywdzonych – z tego samego powodu. Kobiety ogólnie boją się mówić o molestowaniu – z różnych względów. Przemoc seksualna, co wielokrotnie podkreślają ofiary, jest doświadczeniem uprzedmiotawiającym – czują się bezsilne, poniżone, pokonane. Ponadto nierzadko obawiają się też, że odpowiedzialność za to, co się wydarzyło, zostanie przypisana właśnie im. Dochodzić mogą też lęki o utratę pracy i pensji, przypisanie łatki ofiary oraz ogólnie o złą atmosferę w pracy po ujawnieniu prawdy. 
Kilkakrotne próby dotarcia do oskarżanego nie powiodły się. W końcu udało się go złapać telefonicznie. Po wyjaśnieniu, w jakiej sprawie dzwonię i zapytaniu o zarzuty, które stawiają mu współpracowniczki, powiedział jedynie: – Nie poczuwam się, absolutnie. Przepraszam, muszę już wyjść z pracy. Jeśli komisja uzna, że zarzuty mają podstawy, wówczas grozi mu – w najlżejszym przypadku upomnienie, w najcięższym zaś dyscyplinarne zwolnienie z pracy. W tym momencie zapadła już decyzja, by przenieść go do innej jednostki UMK. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że chodzi o Muzeum Uniwersyteckie.
[Ż. Kopczyńska, Osiem kobiet zgłosiło molestowanie przez kolegę z pracy, link

4 mar 2019

Weronika i jej ciotki

Czytam ostatnio sporo książek przeznaczonych dla młodego odbiorcy. I to nie dlatego, że przesilenie daje o sobie znać, a takie książki mimo poruszanej tematyki czyta się jednak łatwiej (choć może jest to motywacja podświadoma - wypatruję już pierwszych oznak wiosny). Dziś o kilka słów o książce "Weronika i zombie". Tytułowa bohaterka książki Marcina Szczygielskiego, ma niezwykłą wyobraźnię, której używa w niewłaściwy sposób. Zmyśla na potęgę, przez co nieustannie pakuje się w kłopoty. Nie przysparza jej to sympatii wśród rówieśników, utrudniając niełatwą już sytuację, w której znalazła się dziewczyna. Jej rodzice się rozwiedli, a ojciec założył nową rodzinę z młodszą partnerką. Weronika jej nie lubi i nazywa Flądrą. Nadto mama głównej bohaterki postanawia przenieść życie ich obu z Poznania do Warszawy. Weronika bardzo stara się dzielnie znosić życiowe zmiany, ze względu na mamę, ale jest bardzo rozżalona rozwodem, przeprowadzką i pojawieniem się przyrodniego braciszka, na którym koncentruje się uwaga taty. Ucieka w świat fantazji – tworzy całą galerię zmyślonych ciotek, którym przypisuje przeróżne przygody. Ciotki obdarzone są zazwyczaj tym, czego brakuje samej Weronice – odwagą i pewnością siebie. Mają to, co przydałoby się bohaterce powieści w konfrontacji z niezwykle popularnymi koleżankami z klasy, które atakują Weronikę i naśmiewają się z niej. 

Weronika nie jest jedyną osobą, która w tej powieści zmaga się z brakiem akceptacji. Pan Jan – sąsiad Weroniki, ma trudności z poruszaniem się, więc na podwórku dzieci wołają za nim „zombie”. Może właśnie to niezrozumienie ze strony innych sprawia, że świat przeżywającej pierwszą miłość nastolatki (bo i taki wątek pojawia się w tej powieści) oraz emerytowanego pracownika biblioteki (ponieważ właśnie w bibliotece pracował pan Jan) zaczynają się przenikać. Pan Jan – nie przyznając się sam przed sobą – czeka na wizyty Weroniki, a ona cieszy się, że jej opowieści zyskują wiernego słuchacza. To spotkanie dla każdego z nich stanie się lekcją... 

„Weronika i zombie” to bardzo dobrze napisana opowieść o trudach dorastania i braku akceptacji wśród rówieśników, pozbawiona dosadnego dydaktyzmu. To także historia o nieuchronności zmian i przemijania oraz szacunku do samego siebie i innych. Pięknie nakreślona jest tu potrzeba przyjaźni i realnego kontaktu z drugim człowiekiem. Autor ma niezwykły zmysł obserwacji, co przekłada się nie tylko na wciągającą fabułę powieści, ale także wiarygodność młodych bohaterów (zachowanie i język którym się posługują). Dodatkowo – jak sam przyznał w jednym z wywiadów – czerpał z własnych nastoletnich doświadczeń, a inspiracją do stworzenia postaci Weroniki był dla Szczygielskiego prawdziwy list nastolatki do Instytutu Wydawniczego Latarnik. Z tej mozaiki powstała powieść, która wzrusza, bawi i porusza…

19 lut 2019

Książki - trudni znajomi

Dziś - ku refleksji - dwa fragmenty ze zbioru miniatur Niebo i ziemia, który Sandor Marai po raz pierwszy opublikował w 1942 roku :  
"Nie wystarczy czytać. Rzeczą ważniejszą jest - wedle wszystkich ekspertów - czytać ponownie. I nie tylko książkę, którą pamiętamy jak przez mgłę albo której za pierwszym czytaniem nie zrozumieliśmy w pełni; należy ponownie przeczytać każde zdanie, każdy rzeczownik i czasownik, a także przydawkę, która w książce coś definitywnie określa. Bo czego chce książka? Abyśmy ją zrozumieli. Ale coś takiego następuje powoli, nieomal tak wolno i w sposób tak skomplikowany jak w życiu. Małżonkowie potrzebują niekiedy dziesięcioleci, nim wreszcie jedno zdoła zrozumieć drugie. Książki to także trudni znajomi. Nie wystarczy czytać zgodnie z katalogiem, modą albo tradycją; instynktownie należy szukać książki, która - właśnie nam - może powiedzieć coś istotnego. Trzeba czytać regularnie, podobnie jak człowiek śpi, je, kocha i oddycha. Książki, jak ludzie, tylko wtedy zdradzą ci swoje sekrety, obdarzą cię zaufaniem, jeśli i ty oddasz im się bez reszty. Nie lubię czytać książek innych niż te, które są moją własnością. Nie wystarczy mieć w posiadaniu myśl i wiedzę, jaką zawiera książka. Niech zatem książka, która jest ziemską powłoką myśli, będzie moją, bezwarunkowo, jak tego domagają się kochankowie".


"Wydawnictwo przysyła mi nowe książki, egzemplarze recenzyjne, w nadziei na moją łaskawą opinię. Te książki całymi dniami leżą nietknięte na moim stole, czasem, gdy ruszy mnie sumienie, zerkam na nie. Potem z silnym postanowieniem, otwieram jedną z nich. Czytam jedną linijkę na chybił trafił, gdzieś pośrodku (...) Zamykam książkę i kręcąc głową wracam do swoich spraw. Po drodze tak sobie myślę: "To nieprawda, że reklama, recenzje, streszczenia informują o prawdziwej zawartości książki. Sama książka, nim jeszcze ktokolwiek ją otworzy, zdradza się w jakiś zagadkowy sposób, nieomal niepojęty. Nie sądzę, abym nieopatrznie przeszedł mimo arcydzieła. Książki, których nie mamy ochoty przekartkować, nie pokutują bez winy. Wystarczy jedna linijka, abyś wiedział o książce wszystko, jak wystarczy jedno kłamliwe słowo, drobny, niegodny czyn, aby całkowicie zdradzić człowieka". Żywa książka promieniuje, jak wszystko co żyje. Książki sztuczne, zrobione, jedynie są. I to już cała różnica? Myślę, że tak."

18 lut 2019

Romans w pracy

Podobno ponad 33 procent Polaków przyznaje się do romansu lub seksu z osobą pracującą w tym samym miejscu. Sprzyja temu zwiększanie godzin spędzanych poza domem, silna identyfikacja z miejscem pracy i to, że czasem stres związany z miejscem pracy jest mylony z napięciem seksualnym. Zjawisko to staje się coraz bardziej powszechne i wiele firm wprowadza stosowne zakazy do swojej polityki. To zagadnienie z obszaru tabu, więc trudno o dokładne dane, ale kobiety zdradzają niemal równie chętnie jak mężczyźni. Strony i fora internetowe pełne są takich historii, które często kończą się nieciekawie. Romans w pracy może być jednak pełen namiętności, a przy tym nieszkodliwy, o czym przekonuje wydawnictwo Harlequin Enterprises z Kanady, w spocie promującym swoje książki "Romance when you need it":
A chwile w ramionach idealnego kochanka - do wyboru  - lekarza, milionera. kowboja, czy też strażaka może nam umilić butelka wina sygnowana marką Harlequin Books:

[źródło]



4 lut 2019

Świętość druku i elektroniczne bezeceństwa

Są takie książki do których się wraca, mimo upływu czasu. Przypomniałam sobie kilka tytułów z mojej czytelniczej listy podczas lektury książki Izabeli Degórskiej „Internat”. Główna bohaterka – Wiktoria – studentka socjologii bada fenomen książki wydanej blisko pięćdziesiąt lat temu. Książki, która w momencie wydania przeszła właściwie bez echa. Wystarczyło jednak, że znana gwiazda wspomniała o książce w telewizji śniadaniowej, by zapomniana dotąd powieść podbiła serca młodych czytelniczek, a pewne nieduże wydawnictwo wznowiło książkę. „Internat” Kasandry Vitay – bo powszechną fascynację tym tytułem bada Wiktoria - przetłumaczono na osiemnaście języków, powstała nawet ekranizacja. Wiktoria dociera do jednego z pierwszych (bez skrótów i nieautoryzowanych poprawek) egzemplarzy tej powieści, rozgrywającej się w szkole dla dziewcząt, który to egzemplarz znajduje, rzecz jasna w bibliotece. W bibliotece pracuje oczywiście bibliotekarka"kobieta wiekowa i chuda jak szczapa" w "grubych szkłach" zza których w czytelnika "wpatrywały się nieruchomo jasnoniebieskie oczy", które to oczy "były zimne i pełne zniecierpliwienia". Ba, nawet "jej ciasno spięty kok wydawał się nieprzyjazny". Bibliotekarka nie jest nastawiona do Weroniki przychylnie:
"Za moich czasów czytelnicy szanowali książki! Nawet te najbardziej pospolite! Druk? Świętość! Duch autora zamknięty w papierze! Ale teraz przychodzą sobie takie farbowane pannice, zakładają nóżkę na nóżkę, skanują tymi elektronicznymi bezeceństwami najcenniejsze książki i wydaje im się, że są humanistkami! - bibliotekarka cofała się przyciskając do piersi wolumin. Najpewniej, gdyby mogła trzymałaby go pod kluczem, w szklanej gablocie.

[Recenzja ukazała się pierwotnie, w nieco zmienionej formie w Informatorze czytelniczo-kulturalnym "Biblioteka Kraków"]

Nie wiemy czy to pod wpływem stresującego spotkania z nadgorliwą bibliotekarką, ale wkrótce Wiktoria sama staje się bohaterką badanej powieści i trafia do świata wykreowanego przez autorkę „Internatu”. Wciela się tam niejako w jedną z wymyślonych postaci, przyjmując jej wygląd i cechy osobowości. Początkowe zdumienie i idąca za nim fascynacja, stopniowo zamieniają się w obawę, że Wiktoria zostanie już w tym powieściowym świecie, który zapętla się i rządzi swoimi prawami. Okazuje się też, że nie jest jedyną osobą, która w ten sposób zasila świat powieściowy, który karmi się energią uwięzionych w nim czytelniczek, dając poczucie trwania na granicy snu. Główna bohaterka – w miarę rozwoju wypadków i poznawania kolejnych postaci wykreowanego świata – zaczyna zdawać sobie sprawę, że ucieczka z Internatu to kwestia życia lub śmierci…
Powieść Izabeli Degórskiej to dobrze napisana, wciągająca i trzymająca w napięciu, klimatyczna opowieść z przyjaźnią i pragnieniem akceptacji w tle. To świetna propozycja nie tylko dla starszej młodzieży, ale również dla miłośniczek (do których się zaliczam) „Małej księżniczki”, „Godziny pąsowej róży”, czy znakomitej „Tajemnicy Abigél” Magdy Szabó.

29 sty 2019

Wegetarianka

Sięgnęłam po książkę Han Kang zachęcona tytułem (nie jem mięsa od dwudziestu lat) i okładką. Po przeczytaniu dowiedziałam się, że południowokoreańska autorka jest laureatką Man Booker International Prize. Nagrodę przyznano jej za ten właśnie tytuł w 2016 roku.


Główna bohaterka - Yong-hye - pod wpływem snu, przestaje jeść mięso. Pozornie niezależna decyzja powoduje lawinę wydarzeń, zmuszając także jej rodzinę do konfrontacji z własnymi pragnieniami i skrywaną częścią samych siebie. Ciekawe są reakcje na autonomię bohaterki - od niedowierzania, zwątpienia, aż po agresję. W tym temacie zdają się nie obowiązywać różnice kulturowe. 
"Wegetarianka" jest też polifoniczną opowieścią o wolności, roli kobiety, przekraczaniu granic a także pewnej pierwotnej sile, która wyraża się w następującej charakterystyce Yong-hye:
"Czuł bijącą od niej siłę dziko rosnącego drzewa, któremu nikt nigdy nie przyciął gałęzi". 

Powieść może się zatem podobać zaczytanym w "Biegnącej z wilkami" i tym, którzy lubują się w niedopowiedzeniach - autorka zostawia pole do interpretacji i głębokiej refleksji.

7 sty 2019

Biblioteka to koło ratunkowe

Tytuł posta jest jednocześnie tytułem rozdziału najnowszej książki Reginy Brett "Mów własnym głosem. 50 lekcji, jak głosić swoją prawdę". Pierwszą wydaną w Polsce książkę tej autorki szczerze polecam. Jeśli jednak chodzi o nowy tytuł to... nie mogłam się doczekać kiedy dobrnę do końca. Szczególnie początkowe rozdziały wydały mi się napastliwie dydaktyczne... To dziwne, bo powinnam zachwycić się książką traktującą o mocy słowa. Podobało mi się jedynie kilka końcowych rozdziałów (a raczej lekcji), gdzie autorka zawarła rady dotyczące pisania. Książka bardzo mnie zmęczyła - niektóre przykłady wydawały się nie mieć końca, zdarzały się powtórzenia, a historie zamiast podnosić na duchu, powodowały, że czułam się źle po ich przeczytaniu. W wielu miejscach nie zgadzałam się z perspektywą autorki (np. porównywanie się jako pociecha w cierpieniu). Jeśli traficie na ten tytuł, podzielcie się wrażeniami w komentarzu. 

R. Bertt, Mów własnym głosem. 50 lekcji jak głosić swoją prawdę, przeł. Olga Siara, Insignis Media, Kraków 2018. 

Z kronikarskiego obowiązku pozwolę sobie przytoczyć fragmenty rzeczonego rozdziału:

Najwspanialszym prezentem, jaki kiedykolwiek dostałam od rodziców, była karta biblioteczna. Dzięki temu kawałkowi pomarańczowego plastiku z maleńkim metalowym czipem identyfikacyjnym mogłam wybrać się w podróż dookoła świata. Nadal pamiętam zapach nowych książek na wystawie w dziale dziecięcym Biblioteki im. Reeda w Ravennie. Nigdy nie zapomnę, jak skradałam się po schodach do sekcji dla dorosłych na pierwszym piętrze, żeby czytać historie bez obrazków. Wciąż czuję ciężar stosu książek, z którym wychodziłam z biblioteki. Zabierałam ich do domu tyle, ile zmieściło mi się pod brodą. Tata podwoził nas do biblioteki, a kiedy wracał po godzinie, ja i moje rodzeństwo dźwigaliśmy do samochodu naręcza książek - bilety, dzięki którym świat stał przed nami otworem
Niektórzy uważają, że w dobie internetu biblioteki straciły znaczenie. Co za pomysł (...). Biblioteka działa jak okno na świat (...).  Miejscowa biblioteka była centrum naszego świata (...). W domu brakowało pieniędzy na książki, ale mogliśmy je wypożyczać w bibliotece. Za darmo. Jestem wdzięczna każdemu podatnikowi, dzięki któremu miałam dostęp do książek, i każdemu podatnikowi, który zapewnia go moim i twoim wnukom (...). 
Biblioteki to magiczna przestrzeń (...). Strażnicy tej przestrzeni - bibliotekarze - też mają w sobie coś wyjątkowego.  Uczą nas od wczesnego dzieciństwa szanować dorosłych, książki, ciszę i siebie nawzajem. Dobrze się czuję wśród innych czytelników w bibliotece (...). Biblioteki należą do nielicznych miejsc, gdzie wciąż panuje poczucie wspólnoty (...). Biblioteki są też oazą wolności słowa, która należy do najcenniejszych zdobyczy ludzkości. 
Pewien pracownik biblioteki opowiedział mi, jak starsza kobieta z silnym wschodnioeuropejskim akcentem zapytała go, ile książek może wypożyczyć. "Na swoją kartę może pani wypożyczyć do pięćdziesięciu książek". Spojrzała na niego zdumiona. "Nie mówię dobrze po angielsku. Chciałam się dowiedzieć, ile mogę wypożyczyć książek naraz". "Mówi pani bardzo dobrze - zapewnił i powtórzył: - Może pani wypożyczyć do pięćdziesięciu książek". "Pięćdziesięciu?" - powtórzyła z niedowierzaniem, a potem z wdzięczności przeżegnała się i złożyła dłonie do modlitwy. Biblioteka to nie luksus. To koło ratunkowe.  
 

2 sty 2019

Maska

Dziś fragmenty tekstu Filipa Springera dla "Dużego Formatu":

To było jak kop w twarz. Akurat wysiadałem z pociągu, stacja Katowice. Mogłem się tego spodziewać, to przecież nie pierwszy raz. (...) Uderzenie, aż mnie odgięło (...). Smród był taki, jakby ktoś śmietnik na peronie podpalił. Spojrzałem na telefon, aplikacja informująca o jakości powietrza świeciła na bordowo. 1300-1400 procent normy. Polskiej normy, zawyżonej względem tego, co ma reszta Europy (...).
Przechodząc przez galerię handlową, zobaczyłem sklep, na wystawie maski antysmogowe. Wszedłem do środka.
– Idą dziś jak świeże bułki – zatarł ręce sprzedawca i podał mi krawiecki centymetr. – Niech pan sobie głowę zmierzy. I od nasady noska do brody. „Noska” – naprawdę tak mi powiedział. Na ladzie wyłożył maski. Kilkanaście wzorów i kolorów. – Jakie sobie pan życzy. Coś kolorowego czy raczej stonowana klasyka? Najlepiej dobrać do szalika. O, te w trójkąty idą najlepiej. Takie żywe, radosne. Kilka mam kupiło swoim pociechom (...).
Wychodzę ze sklepu, zakładam to na twarz. Smród palonego śmietnika ustaje (...). Wracam na dworzec. 1100 procent normy wisi w powietrzu siwą zawiesiną. Wciska się pod maskę, między słowa. Nowe pozdrowienie: „Zakładaj maskę!” – można za jego pomocą wyrazić troskę o drugiego człowieka. Nowy zwyczaj: zanim otworzysz okno, sprawdź, czy nie wpuścisz do domu trującego powietrza. I nowy dylemat: jak dobrać maskę do kurtki i szalika.To zupełnie jak zastanawiać się nad kolorem rurki do tracheotomii albo ornamentu na respiratorze.

Filip Springer, Zakładaj maskę! Tysiąc procent normy wisi w powietrzu, Duży Format, 31-12-2018.


1 sty 2019

Masa książek odstrasza ludzi

Dziś o książce na którą nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie to, że opisana jest w niej biblioteka. Fabuła książki "Podniebny" Kerstin Gier - bo o niej tu mowa -  rozgrywa się w luksusowym, acz nieco nadgryzionym już zębem czasu, hotelu w szwajcarskich Alpach. Do hotelu "Château Janvier", zwanym Podniebnym, pachnącego pomarańczami, terpentyną, olejem lnianym i miodem, przybywa z Achim pod Bremą, siedemnastoletnia Fanny Funke. Ta piegowata, odważna dziewczyna, zostaje zatrudniona w charakterze pomocnicy pokojówki, ale bywa także opiekunką do dzieci i „dziewczyną do wszystkiego”.  Fanny Funke mogłaby być starszą siostrą Pippi Långstrump albo Tonji z Glimmerdalen, a młodszą kuzynką Molly Murphy z powieściowego cyklu Rhys Bowen. Jest bystra, spostrzegawcza, a grzeczność i uległość nie należą do jej dominujących cech.

Hotel „Podniebny prowadzony jest przez Romana Montforta i jego brata Rudolfa. Ten pierwszy – siejący postrach w całym hotelu, to typ surowy i wymagający. Jego brat ma zaś duszę romantyka.  Fanny trafia do ich pięknie położonego hotelu w momencie, gdy ten przeżywa prawdziwe oblężenie.  Na Święta zjeżdżają się tu goście z różnych stron, tworząc bardzo interesujący i urozmaicony ludzki kalejdoskop. Oprócz personelu hotelowego, na czele z panną Müller – koordynatorką zespołu pokojowych i monsieur Rocher’em – konsjerżem, mamy tu całą rodzinę Dona Burkhardta -  bogatego przemysłowca z Zurychu (podejrzewanego przez główną bohaterkę o bycie bossem śmieciowej mafii) oraz rodzinę Barnbrooke’a - potentata tekstylnego ze Stanów Zjednoczonych. Dla przeciwwagi jest też nieprzyzwoicie bogaty rosyjski oligarcha - Wiktor Jegorow, z żoną i małą córeczką. Oprócz tego przez hotel przewijają się historyk sztuki i ekspert w dziedzinie biżuterii  profesor Brown (w towarzystwie wnuka), samotny pan Huber (noszący broń pod marynarką), legendarna była łyżwiarka figurowa Mara Matthäus (w towarzystwie dwóch pudli), przeurocze stare małżeństwo Ludwigów, a nawet autor thrillerów. Co pokój, to inna, kolorowa postać, której pojawienie się w toku fabuły zwiastuje niespodziankę, a główną bohaterkę stawia w obliczu kolejnego wyzwania.

Fanny, wraz z przybiciem kolejnych gości powtarza, że „to nie będzie w żadnym razie nudne Boże Narodzenie”. I rzeczywiście – w jej towarzystwie trudno o nudę. Przemierzając korytarze hotelu wraz z praktykantką Fanny Funke, czytelnik nie zwraca uwagi na stylistyczne potknięcia w narracji. Chce tylko zajrzeć do kolejnego schowka, tajemniczego przejścia, a wreszcie rozwiązać kryminalną zagadkę. Bo w tym sielsko położonym hotelu zaczynają się dziać rzeczy niepokojące. I nie chodzi tu bynajmniej o ukrywanego przed właścicielem hotelu kota (zwanego Zakazanym), który rzekomo jest wieczny i znika akurat wtedy, kiedy Roman Monfort spaceruje po hotelu, kontrolując swych podwładnych. Ani nawet o pralkę, która uruchamia się sama, czy gasnące znienacka żyrandole. Okładka polskiego wydania powieści zaprojektowana przez Andrzeja Komendzińskiego, sugeruje powieść lekką, komediową, może nawet do wspólnego czytania. Owszem, czytelnik znajdzie tam elementy humorystyczne, a nawet romansowe, ale w pewnym momencie robi się naprawdę groźnie. Po odpowiedź na pytanie, kto uratuje Fanny z opresji i w jakie to tarapaty wpędził główną bohaterkę opisany powyżej konglomerat ludzki, odsyłam do tej niezwykle wciągającej powieści. 

[K. Gier, Podniebny, Media Rodzina, 2018. Tekst recenzji w zmienionej formie ukazał się pierwotnie w Informatorze kulturalno-czytelniczym Biblioteki Kraków]

Jest - jak już wspomniałam - w rzeczonym hotelu biblioteka:
Biblioteka to jedno z najładniejszych pomieszczeń w hotelu. Znajdowały się w niej sięgające sufitu regały pełne książek, wyściełane kąciki do czytania w niszach okiennych, staroświecki piec kaflowy z przypieckiem, wygodne fotele z wysokimi oparciami, stoliki pomocnicze z albumami i biblioteczna drabina na kółkach, którą swobodnie można było przesuwać wzdłuż ściany książek siedmiometrowej długości i czterometrowej wysokości. W takim miejscu [relacjonuje Fanny - przyp. E.S.] nawet wyieranie kurzu sprawiało niesamowitą frajdę. Gdybym była gościem, siedziałabym tutaj cały dzień. Od pieca rozchodziło się przyjemne ciepło i urzekająco pachniało starymi książkami i politurą do mebli. Jeśli ktoś chciał, przynoszono mu nawet do biblioteki kawę, portwajn czy cokolwiek sobie życzył, mimo to goście rzadko do niej zaglądali. Najczęściej wielka sala świeciła pustkami. 
- To ta masa książek odstrasza ludzi - powiedział monsieur Rocher, mrużąc oczy, kiedy wyraziłam zdziwienie -  Ogarniają ich wyrzuty sumienia, kiedy widzą jak mało do tej pory przeczytali. 
A może jest podobnie w przypadku prawdziwych bibliotek? Może rzeczywiście masa książek odstrasza, a bibliotekarze i sama biblioteka kojarzą się z urzędem, co tworzy barierę wejścia? 

31 gru 2018

Święta spędziłam w Norwegii

Święta spędziłam w Norwegii - oczywiście nie dosłownie. Przeniosłam się tam na chwilę za sprawą lektury książki "Szczęśliwy jak łosoś". To zbiór lekkich i pisanych z przymrużeniem oka tekstów dotyczących kultury i szeroko pojętej obyczajowości Norwegii. Książka zachwyca edytorsko, ale długo czekała na to aż po nią sięgnę, bo w te rejony świata nie ciągnie mnie zupełnie. Dlatego tym bardziej byłam zaskoczona, gdy odnalazłam w tej książce... siebie.

Anna Kurek, Szczęśliwy jak łosoś. O Norwegii i Norwegach, Wydawnictwo Poznańskie, 2018.

 Otóż autorka w sposób żartobliwy, nie pretendujący do diagnozy całego społeczeństwa, wskazuje, że główną zasadą funkcjonowania w tym kraju jest niewchodzenie sobie w drogę. Nie powinno więc dziwić, że Norweg nie zapyta czy potrzebujemy pomocy, a nawet nie skorzysta z miejsca w autobusie, kiedy chcemy je akurat ustąpić. Co jednak najbardziej mi się podobało, to fakt, że Norwegowie nie "czują potrzeby wypełniania ciszy, jeśli więc nie mają nic do powiedzenia, to pewnie zachowają milczenie". Zdarzyć się może, że osoba, którą dobrze znamy, spotkana na ulicy powie nam jedynie "cześć". Nie ma obowiązku prowadzenia small talk, nawet z tymi osobami, które znamy. Prowadzenie takich niezobowiązujących rozmów nie jest moją mocna stroną, więc szalenie spodobał mi się ten obyczaj. Sprawa ma się odmiennie jeśli Norweg trafi do - jak to określa autorka - "bańki społecznej", którą może być klub taneczny, czy spotkanie integracyjne w pracy. Wówczas istnieje wspólny cel i temat, na który można rozmawiać i "typowy Norweg" czuje się wtedy bardziej bezpiecznie niż w przypadku improwizowanej, przypadkowej, a tym samym niezręcznej pogawędki, bo na wszystko jest "odpowiedni czas i miejsce". Oczywiście te trudności w kontaktach międzyludzkich ulegają rozluźnieniu, kiedy w grę wchodzi alkohol.  😉 Co jeszcze sprawiło, że poczułam z Norwegami niemal duchowe pokrewieństwo? Otóż "jeśli Norwegowie nie mają na coś wpływu, to nie widzą powodu, by na to narzekać. A jeśli coś mogą zmienić, to też narzekać nie będą, tylko podwiną rękawy i czym prędzej zabiorą się do pracy". To bardzo mi bliska filozofia.


 Anna Kurek - autorka książki - marzyła o Norwegii od kiedy skończyła piętnaście lat. Ten zapał można wyczuć w tym ciekawym i napisanym "od serca" zbiorze tekstów dotyczących Norwegii, które uzupełniają piękne fotografie. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto zamierza wybrać się do tego kraju, a ma o nim jedynie obiegowe wyobrażenie.





25 lis 2018

Łagodny szelest kartek

Daniel Tammet urodził się pewnego błękitnego dnia. Błękitnego nie ze względu na piękne, bezchmurne niebo. Błękitnego ponieważ autor wspomnień opublikowanych pod takim właśnie tytułem, cierpi na rzadkie zaburzenie zwane synestezją. Widzi on zatem kolory, kształty i faktury liczb, dlatego data jego urodzin jest niebieska, a cyfry, które ją tworzą przypominają gładkie otoczaki. Jest też autystykiem i cierpi na zespół Aspergera. Zna też jedenaście języków i potrafi wykonywać w pamięci najbardziej złożone obliczenia matematyczne. W książce opowiada o swoim niełatwym dzieciństwie i dorastaniu. 



W książce wspomina też czym dla niego była miejscowa biblioteka
Zawsze lubiłem być w domu. Czułem się tam bezpiecznie i spokojnie. Tak samo czułem się tylko w jeszcze jednym miejscu - w miejscowej bibliotece. Od czasu, gdy nauczyłem się czytać zmuszałem rodziców, by zabierali mnie codziennie do biblioteki. Był to mały ceglany budynek ze ścianami pokrytymi graffiti, w jego wnętrzu znajdowały się rzędy regałów wypełnionych książkami dla dzieci, oznakowanymi kolorami i oprawionymi w folię, a w rogu można było usiąść na poduchach w jasnych kolorach. Chodziłem tam codziennie po szkole i w czasie ferii, niezależnie od pogody, i przesiadywałem godzinami, często aż do zamknięcia. Biblioteka emanowała ciszą i panował w niej idealny porządek, a to zawsze dawało mi poczucie zadowolenia. Najbardziej lubiłem czytać encyklopedie, mimo, że były zbyt ciężkie, bym mógł je trzymać, i musiałem siedzieć przy stole z książką rozłożoną przed sobą (...). Pracownicy biblioteki przyzwyczaili się do moich codziennych wizyt i gawędzili z moim rodzicami, gdy ja czytałem. Moje wizyty wywarły na kustoszu biblioteki takie wrażenie, że nominował mnie do nagrody - którą zdobyłem - za starania i wyniki w czytelnictwie. Nagrodę, którą stosownie do okazji była książka, wręczał burmistrz miasta w czasie krótkiej ceremonii w ratuszu. Gdy poszedłem ją odebrać, burmistrz pochylił się i spytał, jak mam na imię, ale go nie usłyszałem i nie odpowiedziałem, ponieważ byłem zbyt zajęty liczeniem ogniw jego łańcucha, a nie najlepiej wychodzi mi robienie mi więcej niż jednej rzeczy na raz.  

Daniel starał się - już jako dorosły - o pracę w bibliotece. Niestety mimo wysiłków i przekonania o tym, że dobrze wypadł - nie dostał tej pracy. Osoby z autyzmem mają problemy z pytaniami dotyczącymi hipotetycznych sytuacji i łatwiej jest im udzielać odpowiedzi na pytania o rzeczywiste doświadczenia z przeszłości. 
Z kolei w bibliotece w Salt Lake City spotkał się z innym sawantem - Kimem Peekiem i tak wspomina wizytę w tym miejscu:

Budynek był niesamowity: sześciopiętrowe wygięte przezroczyste ściany na powierzchni ponad 22 tysięcy metrów kwadratowych, w których mieściło się ponad pół miliona książek, ze sklepami i punktami usługowymi na parterze, czytelniami powyżej oraz audytorium na 300 osób. Pałam wierną  miłością do książek i przepełniają mnie wspomnienia lat spędzonych na codziennym czytaniu godzinami w małych lokalnych bibliotekach, więc ta biblioteka wydawała mi się rajem. Ogromna przestrzeń była przesycona światłem słonecznym i poczułem w sobie znajome mrowienie spokoju. Biblioteki zawsze potrafiły mnie uspokoić. Nie było tam tłumów, tylko małe grupki ludzi czytających lub przechadzających się między półkami czy stołami. Nie było nagłych wybuchów hałasu, tylko łagodny szelest przewracanych kartek lub kameralne rozmowy między przyjaciółmi i znajomymi. Nigdy wcześniej nie widziałem ani nie odwiedziłem takiej biblioteki - naprawdę wydawała mi się zaczarowanym pałacem z bajki. 

Biblioteka w Salt Lake City [źródło]

"Urodziłem się pewnego błękitnego dnia" to poruszająca lektura, ale też szansa spojrzenia na świat z innej perspektywy. Jeśli chcecie poznać Daniela możecie też obejrzeć jego wystąpienie (tu>>>) lub film dokumentalny o nim (tu>>>).

13 lis 2018

Przewietrzyć kartki suszarką

"Rady babci, mamy i moje" to niewielka książka, wydana w 1990 roku, a skierowana - jak oznajmia wydawca - do "wszystkich pań domu, nie tylko tych najmłodszych". W dobie opowieści dla młodych buntowniczek i dziewuch taka pozycja musi niemal spłonąć na półce ze wstydu. Zanim zostanie ostatecznie wycofana jako zacofana, pozwolę sobie przytoczyć z niej fragment dotyczący dbania o domowy księgozbiór:

Jarek zdobył brakujący nam tom starej encyklopedii. Obejrzeliśmy książkę, spytali, w którym antykwariacie kupił, za ile. Dziadek zauważył, że książka ma pożółkłe kartki i brzydko pachnie, a na okładce widać ślady pleśni. Babcia doszła do wniosku, że poprzedni posiadacz tego dzieła ma wilgotne mieszkanie i tłok na bibliotecznych półkach. Zajrzała do swojego kajetu i przeczytała: Pokój w którym przechowujemy książki należy często i dobrze wietrzyć. Od czasu do czasu wyjąć książki z półek i suszarką do włosów delikatnie przewietrzyć kartki. Sklejone wilgocią ostrożnie rozłączyć i przesuszyć. Dla wchłonięcia wilgoci z powietrza wokół książek, należy położyć na półce kilka kawałków węgla drzewnego albo trochę chlorku wapnia. - A jak usunąć zapach stęchlizny i tę plamę na okładce? - I na to mam tu zapisaną radę: Plamę pleśni na skórzanej okładce należy zetrzeć szmatką spryskaną olejkiem lawendowym albo ostatecznie zwykłą wodą kolońską i miejsce po plamie wypolerować suchą, miękką ściereczką. Plamy od brudnych rąk udaje się czasem zetrzeć z kartek książki gumką do ołówka lub skórką czerstwego białego chleba. Zapach butwieli z książek usuwamy przez rozsypanie za książkami kryształków kamfory albo gorzkiej soli. To przegoni również mole, gdyby te zagnieździły się w książkach. - Rozumiem, że zanim moja zdobycz stanie na półce wśród dobrze utrzymanych książek, musi zostać poddana tym wszystkim zabiegom higienizacyjnym. 


Może porady przydadzą się także w bibliotekach. Wszak w okresie przedświątecznych porządków księgozbiory bibliotek wzbogacane są różnymi darami, często o strychowej czy piwnicznej proweniencji. 😉

29 paź 2018

Chłopaki w bluzach szybko czytają czyli sprawy czytelnicze

Na dobry początek tygodnia reklama, która powstała w Miejskiej Bibliotece Publicznej nr 20 w Szczecinie ☺

13 paź 2018

Oddaj książki. Z wdzięcznością

Minimalizm - modny styl życia wciąż bywa uważany za dziwactwo, łączony jest z byciem abnegatem albo dorabianiem ideologii do biedy. Czym jest naprawdę wyjaśnia w swojej świetnie napisanej książce Anna Mularczyk-Meyer. Do jej "Minimalizmu po polsku czyli jak uczynić życie prostszym" wracam co jakiś czas, gdy przejedzie po mnie reklamowo-konsumpcyjny czołg. Ostatnio dodała mi też otuchy, gdy - z racji przeprowadzki do innego miasta - robiłam selekcję w domowym księgozbiorze. 

Książki to nie tylko przedmioty - to nośnik myśli i uczuć, czasem patrzy się na nie wręcz jak na przyjaciół. Te, które dopiero czekają na swoją kolej, wydają się jeszcze atrakcyjniejsze, bo są obietnicą przyjemności, zapowiedzią miłych chwil, biletem w podróż na nieznany ląd. Przy zwariowanym tempie współczesnego świata oraz dużej aktywności rynku wydawniczego łatwo jednak wpaść w pułapkę kompulsywnego kupowania książek do przeczytania kiedyś. Jednocześnie przechowuje się wszystkie już przeczytane oraz te, do których jeszcze nie udało się zajrzeć. Regały się zapełniają, stosy na stoliku nocnym rosną, a szans na przebicie się przez te zapasy raczej nie przybywa. Narasta za to frustracja - kiedy wreszcie znajdę czas na czytanie? 
Nikomu to nie szkodzi, tyle że to kolejny przykład niezbyt rozsądnego wydawania pieniędzy. Nie samo kupowanie książek, lecz nabywanie ich w ilościach przekraczających  możliwości czasowe. A przecież  miłośnicy literatury mają jeszcze często w zwyczaju wypożyczać książki z bibliotek i pożyczać je od znajomych i rodziny. 
Z miłością do książek walczyć nie należy. To piękny nałóg  i na pewno nieszkodliwy. Za to warto nauczyć się dzielić tą radością i uwalniać te książki, do których nie zamierza się wracać. Zwykle po pierwszej lekturze wiemy, czy będziemy chcieli do danej pozycji jeszcze zajrzeć. Nasze domy przypominają jednak niekiedy biblioteki zastawione setkami zakurzonych tomów czekających na dzień, który nigdy nie nadejdzie. Tymczasem książki żyją tylko wtedy, kiedy ktoś je czyta. Pozwólmy im się odrodzić, zamiast samolubnie przetrzymywać je pod kluczem (...).
Zostawiajmy sobie tych najlepszych, sprawdzonych i wiernych przyjaciół. Większość przeczytanych książek to przecież raczej jednorazowi znajomi, towarzysze jednej podróży, nieraz sympatyczni i czarujący, lecz czuje się, że głębszej relacji z tego nie będzie. Było miło, interesująco, pouczająco, zabawnie, ale więcej się nie spotkamy. A gdzieś być może ktoś czeka, by jeden z naszych przygodnych znajomych zmienił jego życie. 
Autorka mówi też o gromadzeniu książek z próżności i chęci uchodzenia za intelektualistkę. Kiedy zaczęła swoją przygodę z minimalizmem  - przestało to mieć dla niej znaczenie, ponieważ nie chciała udawać kogoś kim nie jest, by zaimponować innym. 
A. Mularczyk-Meyer, Minimalizm po polsku czyli jak uczynić życie prostszym, Black Publishing, Wołowiec 2014.
 Wpis dotyczy minimalizmu, ale nie będzie ascetyczny, gdyż ostatnio wpadła mi w ręce (w bibliotece, rzecz jasna) inna książka dotycząca tego zagadnienia. "Im mniej, tym więcej" to książka jednego z czołowych amerykańskich minimalistów. I ma się do wspomnianej wcześniej pozycji mniej więcej tak jak disnejowski Tygrysek do Kłapouchego. Oczywiście, że Tygrysek jest sympatyczny, ale z pewnych względów wolę towarzystwo Kłapouszka. Joshua Becker - autor "Im mniej, tym więcej" takie ma rady dla zbieraczy książek:

*Zrozumcie, że książki was nie określają. Książki dodają wartości. Przyczyniają się do tego, kim jesteście. Lecz nie decydują o tym, kim jesteście, obojętnie, czy jest ich dużo, czy ich brak.
*Pamiętajcie, że wspomnienie o książce to nie to samo co sama książka. Czasami przed usunięciem książki powstrzymuje nas to, jakie wywołała w nas uczucia. Często zapisanie tych uczuć i tych związków ułatwia przekazanie książki komuś, kogo zachwyci ona w równym stopniu. 
* Pomyślcie o przekazaniu dobrych książek jako daru miłości. Jeżeli trzymacie dobrą książkę na półce, to tym samym nie dzielicie się nią z kimś innym. Podzielcie się swoją radością. 
*Wyznaczcie rozsądne granice swojego księgozbioru. Granice pomagają nam szybko odróżnić to, co najważniejsze, od tylko ważnego. Pomagają realizować wiele dążeń; wykorzystajcie je. 
* Udzielcie sobie zezwolenia na zatrzymanie ulubionych pozycji. Pamiętajcie, "mniej" to coś innego niż "nic". Wybierzcie ulubione książki i trzymajcie je przy sobie. Świadomość, że wszystkie decyzje podejmujecie sami i nikt was do niczego nie zmusza, da wam poczucie wolności. 
*Czytajcie raczej wersje elektroniczne niż drukowane. Na dzisiejszych czytnikach możecie zmagazynować dziesiątki książek, a są to urządzenia dużo mniejsze od tanich papierowych wydań. Trzymanie tak wielu książek na czytniku to w pewnym sensie także bałagan - cyfrowy. Jednak on mniej nam przeszkadza, stanowi mniejszy ciężar i jest łatwiejszy w dostępie i magazynowaniu niż książki drukowane.  
Kiedy przeczytałam, że mam wybrać ulubione książki i trzymać je przy sobie, wyobraziłam sobie, że musiałabym mieć torebkę Hermiony. A tak serio i bez czepiania się, zabrakło mi w tych radach zachęty do korzystania z oferty bibliotek. Ale to chyba niekoniecznie jest w interesie autora, który wydał o minimalizmie pięć książek i pewnie nie jest to jego ostatnie słowo... 
Joshua Becker, Im mniej, tym więcej, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017.