27 gru 2019

Miłość i mieszkanie w bibliotece

Adam, bohater książki "Tam gdzie jesteś" stracił w życiu wszystko, co kochał. Bezdomny, włamuje się do domu letniskowego:

"Nie był duży. Na parterze znajdowała się kuchnia połączona z częścią wypoczynkową. Umowną granicę między nimi wyznaczał obszerny narożnik, na którym zaległ mężczyzna, ustawiony naprzeciwko obłożonego piaskowcem żeliwnego kominka. Przy ścianach po jego obu stronach ustawiono sięgające do sufitu biblioteczki, ciasno zapełnione książkami. Tuż przed nimi piętrzyło się kilka stosów starannie ułożonych tomów". 
Domek letniskowy, z jego zapełnioną klasyką biblioteczką, należy do Anny Turskiej - kobiety, która próbuje uwolnić się od męża tyrana, z którym łączy ją jedynie dorastający syn. Adam - początkowo nieufny, zwierza się w końcu Ani. Opowiada między innymi o doświadczeniu bezdomności i mieszkaniu w bibliotece:
"Kilka lat temu zaszyłem się na zimę w nieczynnej bibliotece w małym mieście. Niedaleko otworzyli jedną z tych nowych, multimedialnych, a o starym budynku jakby zapomnieli. Wlazłem przez okienko w piwnicy i urządziłem sobie w niej dom i czytelnię. Wychodziłem do miasteczka, a po książki wspinałem się na górę". 

T. Betcher, Tam gdzie jesteś, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2019. 

Adam czytał całą zimę, wiosnę i lato:
"Dopiero jesienią  przypomnieli sobie o nieużywanym budynku. Na szczęście znudził mi się już żywot mola książkowego i zbierałem się do wyprowadzki. Ale co przeczytałem, to moje". 
Adam przeczytał kilkaset tomów, także w czasie podróży po świecie.  Okazuje się bowiem, że bezdomny, wzbudzający w innych odrazę, rzadziej litość jest utalentowanym kucharzem, z wieloma sukcesami na koncie.  Anna również opowiada Adamowi o swoim niełatwym życiu, przy boku uznanego prawnika z dobrego domu. Spotkanie "kobiety z przeszłością" z "mężczyzną po przejściach" w niecodziennych okolicznościach, zmieni życie obojga. Przekonują się, że bagaż doświadczeń niesie się lżej we dwoje i bez względu na przeżycia nadal warto marzyć i wierzyć w miłość... "Tam gdzie jesteś" to świetnie napisana książka o odnalezionej miłości, pozbawiona jednak taniego sentymentalizmu. To historia wciągająca, bliska życiu i poruszająca. Polecam!

23 gru 2019

Dzwonki, choinki i bibliotekarka

Bohaterką książki "Srebrne dzwonki" jest Cathrine - młoda bibliotekarka z Nowego Jorku. Cathrine "ukończyła anglistykę w College of New Rochelle, a potem zrobiła dyplom z bibliotekarstwa w Columbii. Większość kolegów z jej roku podjęła pracę w bibliotekach uniwersyteckich i publicznych". 
Jednak "Catherine Tierney pracowała jako bibliotekarka w prywatnej bibliotece należącej do Rheinbeck Corporation. Rheinbeckowie dorobili się fortuny w bankowości, a teraz powiększali ją handlem nieruchomościami; byli też filantropami wspierającymi edukację i sztukę. Biblioteka znajdowała się na pięćdziesiątym czwartym piętrze wieżowca korporacji, który stał przy zbiegu Piątej Alei i Pięćdziesiątej Dziewiątej Ulicy, dokładnie naprzeciwko Grand Army Plaza w Central Parku. Rheinbeck Tower był gotycki w stylu, z łukowymi oknami, pinaklami, przyporami, kwiatonami i gargulcami, wznosząc się sześćdziesiąt pięter w górę do ozdobnego szczytu. Ze wszystkich biur oraz biblioteki Catherine rozciągał się zadziwiający widok na park: osiemset czterdzieści trzy akry zielonego raju w samym środku miasta". 

L. Rice, Srebrne dzwonki, Katowice : Książnica, 2007. 

Biblioteka, której zbiory składają się głównie z cennych, pierwszych wydań, kolekcjonowanych przez rodzinę Rheinbeck'ów od pokoleń, zamykana jest o wpół do szóstej,  a do głównych obowiązków Cathrine należy znajdowanie w różnych publikacjach detali architektonicznych - kamiennych aniołów, lwów, demonów, czego efektem ma być nietypowy przewodnik  po Nowym Jorku. 
Cathrine straciła męża, dlatego każde Święta są dla niej trudne i budzą wiele wspomnień. W uporaniu się z żałobą pomaga jej najbliższa przyjaciółka. Bibliotekarka poznaje farmera z Nowej Szkocji, który handluje choinkami oraz samotnie wychowuje dwójkę dzieci. Między bohaterami rodzi się uczucie. Jak to zazwyczaj bywa w tego typu powieściach zanim szczęśliwie padną sobie w ramiona muszą pokonać kilka życiowych zakrętów. 

15 gru 2019

Pisanie jak medytacja

Aktorka Dominika Kluźniak właśnie wydała swoją debiutancką powieść "Miejsce", o czym opowiada na łamach listopadowego numeru miesięcznika "Uroda Życia". Jest też o miłości do książek:
"Dorastałam we Wrocławiu, w starej kamienicy blisko rynku, mieszkanie miało bardzo wysokie sufity. Jedna ze ścian była od góry do dołu wypełniona szczelnie książkami (...). Jestem bardzo wdzięczna za ten dom pełen książek. Bo dzięki rodzicom i babci pokochałam literaturę". 
Wymienia również ważne dla niej książki napisane przez kobiety. Są to m.in.: "Do latarni morskiej Virginii Woolf, "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte, "Trwaj przy mnie" Elizabeth Strout i "Szklany kosz" Sylvii Plath.
Aktorka pisze od kiedy zaczęła czytać i były to próby literackie zależne od aktualnej czytelniczej fascynacji. O pisaniu  debiutanckiej książki mówi:
"Czas, kiedy pisałam książkę, był dla mnie najspokojniejszym okresem w życiu. Czułam, że po latach przestaję mieć chaos w głowie. Niektórzy, by to osiągnąć medytują, inni ćwiczą, a ja mogłam natłok myśli spisać i uporządkować. I robiło mi się spokojnie". 
"Apetyt na książki" z D. Kluźniak rozmawia W. Kwiatkowska, Uroda Życia, listopad 2019 nr 11(61), s. 72-76.

14 gru 2019

Tajemnica hotelu i biblioteki

Święta kojarzą się z ciepłem, rodzinną atmosferą, smakowitymi zapachami i smakami, niezwykłymi podarunkami. Niestety dla bohaterki powieściowej trylogii (w Polsce wydano jak dotąd dwie części) o hotelu Winterhouse święta nie zaczynają się najlepiej. 
Mieszkająca na co dzień z wujkiem i ciotką Elizabeth Sommers znajduje na drzwiach domu kartkę i kopertę z pieniędzmi. Okazuje się, że musi jechać na święta do hotelu Winterhouse, podczas gdy ciotka z wujkiem – nie ruszający się w zasadzie sprzed telewizora - niespodziewanie wyjeżdżają na wypoczynek. 
Recenzja ukazała się pierwotnie w Informatorze czytelniczo-kulturalnym "Biblioteka Kraków"

Nie mając wyjścia bohaterka wyrusza do wspomnianego hotelu. Na miejscu okazuje się, że jej pobyt do Nowego Roku został już opłacony, a każdy – łącznie z ekscentrycznym właścicielem hotelu – Norbridgem Fallsem, chce jej ten pobyt uprzyjemnić i zadbać, by czuła się w hotelu jak najlepiej. 
Elizabeth nie wierzy, by za tą przygodą stało wujostwo – nie bardzo dbający o jej potrzeby i z natury skąpi. Bohaterka zaczyna uważniej przyglądać się hotelowym gościom, obsłudze i właścicielowi. 

Okazuje się, że hotel kryje wiele tajemnic i zagadek, które dla uwielbiającej anagramy i szyfry Elizabeth stanowi nie lada zabawę i wyzwanie. Ulubionym miejscem pobytu młodej bohaterki staje się biblioteka hotelowa, prowadzona przez doświadczoną i znającą Winterhouse jak własną kieszeń – Leonę Springer, która przyucza bohaterkę do zawodu bibliotekarki, ale też pomaga w odkryciu tajemnic hotelu. Elizabeth pomaga również jej rówieśnik – Freddie. Rodzice Freddiego zostawiają go w hotelu co roku, podczas, gdy sami podróżują po Europie. Elizabeth i Freddiego łączy zamiłowanie do szarad i nieprzeparta chęć rozwikłania losów hotelu i rodziny będącej jego posiadaczami. Zmierzą się z dziwnymi zjawiskami i niepokojącymi wydarzeniami. Z jakim skutkiem? Przekonajcie się sami sięgając po tę wciągającą i przystępnie napisaną opowieść. 

10 gru 2019

Lepiej czytać cokolwiek niż nic

Wpadł mi w ręce lipcowy numer miesięcznika "Twój Styl", gdzie znalazłam wywiad z Anną Król i Pauliną Wilk, które stworzyły centrum literackie "Big Book Cafe" i organizują festiwal literacki. Opowiadają w wywiadzie o swojej fascynacji literaturą, która zaczęła się w dzieciństwie od częstych wizyt w bibliotece, a za sprawą bibliotekarki w rodzinie, także od układania książek i spacerów między regałami

"Apetyt na książki", rozm. M. Nawrocka-Wudarczyk, Twój Styl nr 7(348) lipiec 20919, s.134-137.
Na pytanie o czytanie ambitnych rzeczy, odpowiadają:
"Anne Hathaway, aktorka, wyznała kiedyś, że jest fanką "high quality stupid", głupoty dobrej jakości. Ludzie zwykle wybierają lekkie treści, to nic złego. Oczywiście nie każde 200 kartek w okładkach można nazwać książką, a autora pisarzem, to raczej "produkty książkopodobne". Ale czytanie jest jak jedzenie: czasem ma się ochotę na coś lekkiego. Chociaż w natłoku spraw dobrze wybierać mądre rzeczy. I to jest misja tej księgarni i naszego festiwalu".
"Lepiej czytać cokolwiek niż nic z prostego powodu: organ nieużywany zanika. Łatwo przestać "umieć czytać". Ten problem dotyczy wszystkich dłuższych form, bo coraz trudniej nam wytrzymać w teatrze, na koncercie. Jesteśmy rozproszeni. Żeby zachęcić ludzi do czytania, trzeba dać im jakość. Dbamy, by tu znalazły się tytuły, które zrobiły na nas wrażenie".  
Dalej jest o tym, że książki nas budują i jesteśmy tym, co przeczytaliśmy, a także, że czytanie bywa luksusem. 
Słowo "misja" od razu skojarzyło mi się z biblioteką i "przemycaniem" ambitniejszej literatury między "lekkimi" pozycjami. Chociaż może jest tak, że pełne spotkanie z tzw. literaturą wysoką może nastąpić tylko wtedy, gdy jesteśmy na to "w środku" gotowi? 

9 gru 2019

Nie chcę już być panią bibliotekarką

"Księżniczka" Lucyny Olejniczak (autorki świetnie przyjętej przez czytelniczki serii "Kobiety z ulicy Grodzkiej") to opowieść, którą poznajemy z perspektywy małej Lenki i dorosłej już Leny. Jej ojciec to szanowany inżynier, budowniczy Nowej Huty. Matka zajmuje się domem. Lena świetnie się uczy, ma bardzo rozwiniętą wyobraźnię i chętnie czyta książki:

"Mama wypożycza książki z biblioteki w Krakowie. Jeżdżę tam z nią czasem tramwajem, na ulicę Świętego Jana, gdzie jest taki mały ciemny sklepik ze starymi pożółkłymi książkami oraz wypożyczalnia, taka mała biblioteka. W tym sklepiku są również stare gazety i widokówki, a nawet jakieś obrazy. Niektóre leżą po prostu na podłodze pod ścianami, a wszystkie tak pięknie pachną starym papierem i kurzem. Miła pani rozmawia z nami cicho, jakbyśmy były w kościele, a potem daje mamie książkę oprawioną w szary papier i zapisuje coś na tekturowym kartoniku. Chciałabym kiedyś pracować w takiej wypożyczalni i móc czytać te wszystkie książki. Wyobrażam sobie, że za kotarą, która oddziela sklepik od zaplecza jest przejście do zaczarowanego świata, gdzie mieszkają wszystkie postacie z bajek". 
Lena dostaje od pani z antykwariatu książkę. Dziewczynka "nie chce być żadną artystką" woli zostać "bibliotekarką albo śpiewaczką".  To marzenie jednak szybko się zmienia: "Jak dorosnę zostanę podróżniczką. Nie chcę już być panią bibliotekarką, gdyż ostatnio jedna taka nakrzyczała na mnie, że oddałam zniszczoną książkę. Nie chcę krzyczeć na dzieci, a chybabym czasem musiała. Wolę być podróżniczką i jeździć po całym świecie". 

L. Olejniczak, Księżniczka, Prószyński i S-ka, Warszawa 2019. 

Lenka ucieka w świat książek. Ucieka przed patologiczną codziennością na pozór normalnej rodziny. Przed ciężarem i sytuacjami, które nigdy nie powinny mieć miejsca. W słowach znajduje azyl. W słowach, które kształtują jej wyobraźnię i pozwalają na podróż do nieistniejących miejsc, na myśli o życiu w lepszym świecie, które stają się pociechą. Nie zostaje bibliotekarką, ale pomaga ludziom. Nie wyobraźnia pomaga jej w dorosłym życiu otrząsnąć się z traumy, ale miłość, małżeństwo i wyjazd z Nowej Huty. 

Powieść "Księżniczka" bardzo mną wstrząsnęła. Nie polecam jej na zimowy wieczór, choć jest bardzo dobrze napisana. Autorka podjęła na kartach powieści niezwykle trudny temat - przemocy w rodzinie we wszystkich jej przejawach. Zabrakło mi w tej historii podkreślenia roli siostry głównej bohaterki, wątku wzajemnego wsparcia i siostrzanej solidarności. Gdyby powieść rozegrała się w innym przedziale czasowym, być może bardziej wyeksponowane byłyby zasoby własne bohaterki, a małżeństwo nie stanowiłoby jedynej drogi do zerwania z przeszłością. Nie zmienia to faktu, że powieść jest bardzo poruszająca. Kilka razy się nad nią rozpłakałam. I zupełnie szczerze - coraz bardziej rozumiem czytelniczki, które przychodzą do biblioteki po coś "lekkiego, łatwego i przyjemnego". Powieść "Księżniczka" do takich z pewnością nie należy. 

7 gru 2019

Solarium w bibliotece

Raili Rydell - bohaterka książki L. Hagensen "A jej oczy były niebieskie - jest bibliotekarką w Bibliotece Miejskiej w Valludden, gdzie "wypożycza książki, pomaga miłym ludziom odnaleźć właściwą półkę i przegląda listy ostatnich zamówień". Oprócz niej w bibliotece pracuje kilka osób, między innymi Carmen - lubiana przez czytelników i - ku zgorszeniu jednej z bibliotekarek - tańcząca między regałami
Raili często podkreśla, że w bibliotece jest dużo pracy, choć bardzo lubi momenty kiedy wchodzi do ciemnej jeszcze biblioteki, bez czytelników: "Czuć było kurz i książki, cudowny zapach. Pamiętam go z czasów dzieciństwa, kiedy to skulona przesiadywałam na parapecie w starej bibliotece szkolnej, zaczytując się książkami przygodowymi. To najpiękniejszy zapach na świecie". 
Mimo zamiłowania do książek o wyborze zawodu zadecydował inny splot okoliczności:
"Moja mama pracowała w miejskiej bibliotece. Zaczęłam tam dorabiać w wakacje jako piętnastolatka, a później już wydawało mi się logiczne, że powinnam iść w kierunku bibliotekarstwa, bo przecież tyle już wiedziałam, no i jakoś mi to odpowiadało. Przypadek".

L. Hagensen, A jej oczy były niebieskie, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2017.
Raili opowiada też o tym, co spotkało ją w życiu osobistym:
"Jestem zużyta. Tak przynajmniej się czuję. Przez siedem lat byłam w związku z niejakim Leifem i niczym dziecko w kołysce tkwiłam w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa. Rzecz jasna on spotkał inną, historia stara jak świat. I tak oto nagle cała zmieniłam się w krwawiącą ranę. Ból był dojmujący i nie do ukojenia. Rana wciąż jest, ale już nie pokrywa całego ciała. Jest mała i czasem swędzi, a przez to, że ją rozdrapuję, wciąż nie znika. Staram się nie drapać jej zbyt często, czasem jednak nie mogę się powstrzymać. Bo dzięki niej czuję. Czasem lepiej czuć ból niż nic".
Postanawia, że do końca życia będzie sama, a za pieniądze ze sprzedaży wspólnego domu kupuje domek i działkę nad jeziorem Lovaren. Zaproszona tam na sąsiedzką imprezę postanawia zmienić fryzurę i styl ubierania się. Zastanawia się też nad wizytą w solarium:
"Zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam zacząć szukać solarium, w którym mogłabym się pozbyć mojej bibliotekarskiej bladości. Ta myśl mnie jednak zbyt przerażała. W piwnicach naszej biblioteki też mieści się stare solarium. Jest przedpotopowe i przypomina raczej grill, ale ponieważ jest pod ręką, wszystkie opalamy się w nim parę razy do roku. Nie częściej, bo to ponoć bardzo niezdrowe. Nie korzystałam z niego od niemal dwóch lat. Ostatnia wizyta skończyła się tak dramatycznie, że nie miałam odwagi wracać. Pamiętałam, jak dwa lata wcześniej, nie spodziewając się niczego złego, pewnego deszczowego i wietrznego jesiennego dnia schodziłam do piwnic biblioteki. Bardzo potrzebowałam ciepła i światła, szybko zdjęłam więc ubrania i wpełzłam do maszyny (...). Klapa jest zepsuta, więc podtrzymuje ją deska (...). Niestety, deska jest na tyle krótka, że kiedy jeden koniec jest oparty o podłogę, a drugi trzyma klapę, otwór ma jedynie pięćdziesiąt centymetrów w najszerszym miejscu (...). Zasnęłam. Obudził mnie okropny dźwięk (...). Deska się wysunęła (...), klapa zatrzasnęła. Ugrzęzłam niczym parówka w hot dogu. (...) Wyglądałam jak rażony prądem szop pracz w rybaczkach. Od tamtej pory nie byłam w solarium i postanowiłam, że tym razem nie będę kusić losu". 
Raili wybiera się na urlop do swojego domku. Sąsiedzi próbują ją zeswatać "bo przecież być singielką w wieku lat czterdziestu to nie do pomyślenia". Jednak nie zakusy sąsiadów, by zmienić jej stan cywilny będą głównym zmartwieniem bibliotekarki. Okaże się, że idylliczna okolica Lovaren kryje niejedną tajemnicę, a kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach zginie najbliższy sąsiad Raili, ta będzie chciała za wszelką cenę rozwiązać zagadkę jego śmierci...

Wątek z solarium mnie nie zdziwił - gdy gościłam w bibliotece w Tallinnie (bardzo aspirującym do krajów skandynawskich) widziałam fotel do masażu dla bibliotekarzy oraz całe piętro socjalne z dostępną dla pracowników sauną. 

"A jej oczy były niebieskie" to ciekawie napisany debiut dla zaczynających swoją przygodę ze skandynawskimi kryminałami. Wielbiciele Nesbo czy Läckberg mogą czuć pewien niedosyt. Trochę przypominała mi swym klimatem "Obrączkę diabła" (recenzja tu>>>>), jest to jednak powieść znacznie lepiej napisana i bardziej wciągająca. 

30 lis 2019

Sprawa Hoffmanowej

W Krakowie pogoda iście książkowa - nic tylko  z książką pod koc się schować... Ostatnio bardzo wciągnęła mnie świetnie napisana powieść "Sprawa Hoffmanowej" Katarzyny Zyskowskiej. Inspiracją do powstania tej powieści były wydarzenia, które miały miejsce w Tatrach, w sierpniu 1925 roku, gdzie pod Lodową Przełęczą zmarły trzy osoby, w okolicznościach nie do końca jasnych. Sprawa Kaszniców - bo o niej mowa - stanowiła dla autorki przyczynek do stworzenia wartkiej i tajemniczej historii. Częściowo czytelnik poznaje ją z punktu widzenia Miry Hoffmanowej, znanej w Warszawie artystki kabaretowej i aktorki o pseudonimie Mira Mey, budzącej w ludziach skrajne emocje. Opowiada ona o swoim niełatwym życiu i są to fragmenty wstrząsające, niemal bolesne.  Jest więc nietuzinkowa postać kobieca, która staje w obliczu niełatwych sytuacji, ale autorka bardzo dobrze sportretowała też inne osoby dramatu. Ponadto doskonale oddała realia epoki i klimat przedwojennego Zakopanego, by stworzyć historię o tym jak łatwo ferujemy wyroki i jak ciężkim piętnem odciskają się nie raz na życiu nawet błahe decyzje. Gdzieś tam w tle pobrzmiewa determinizm, a na kartach powieści pojawia się także demon Zakopanego. Najważniejsze są jednak demony Miry...


K. Zyskowska, Sprawa Hoffmanowej, Znak Litera Nova, Kraków 2019. 

25 lis 2019

Bibliotekarz i miłość za regałem

Tomasz Bukowski - bohater książki "Zakochani w słowach" -  jest bibliotekarzem w niewielkiej bibliotece. Biblioteką kieruje jego sześćdziesięcioletnia ciotka - Zofia.  Tomasz - "zakochany w literaturze romantycznej" - podkochuje się w młodej aktorce - Kornelii Wyrostek. W bibliotece wzięta aktorka ma próby, a pomaga jej w tym "jedyny mężczyzna w bibliotece" - "skromny, dyskretny" Tomasz. Bohater skończył studia informatyczne, a że "książki czytał od zawsze, więc szybko polubił tę pracę". Pracował jako młodszy bibliotekarz i choć nie miał doświadczenia dość szybko zauważył, że w bibliotece "czasami więcej było zajęć pobocznych od samego dbania o księgozbiór" oraz, że  "niektórym się wydaje, że w bibliotece to jak w piekarni - od ręki". Przekonuje się również, że biblioteka to niekoniecznie "oaza ciszy i spokoju" lub "coś jak spa, tylko bardziej dla duszy niż dla ciała". 

M. Trubowicz. Zakochani w słowach, Czwarta Strona, Poznań 2019. 

Rzeczywiście w toku fabuły biblioteka staje się miejscem iście dantejskich (ale także zabawnych) scen, choć w pierwszej chwili miejsce to sprawia niemiłe wrażenie: "Klimat był iście grobowy. Od murów wiało chłodem, a podłoga niemiło trzeszczała przy każdym (...) kroku. Wszędzie panował półmrok".
Zofia ma świadomość, że biblioteka wymaga remontu: "Teraz są te czytniki, chomiki a biblioteka obrasta w pająki". Wtóruje jej Tomasz, który "nie jest ślepy i widzi jak biblioteka z roku na rok gaśnie, a on przecież "nic innego nie umie robić ponad przekładanie książek". Zofia jednak "najwięcej inwestowała w nowe pozycje książkowe. Była bardzo gospodarna, ale też nie umiała oprzeć się pokusie, gdy widziała znakomite premiery literackie. Zresztą była zdania, że nawet najnowocześniejsze oświetlenie nie przyciągnie czytelników tak, jak ciekawa lektura". Tomasz również uważał, że "czytelników powinny przyciągać książki", ale ponadto "wyjątkowe spotkania z autorami", "promocje książek, magiczne recitale, kolorowe przedstawienia, ciekawe warsztaty".
"Sztandarową akcją biblioteki" jest "wędrująca książka" - roznoszenie książek po domach. Zazwyczaj zajmuje się tym pracująca w bibliotece Izabela, która całą akcję wymyśliła w odpowiedzi na potrzebę unieruchomionej przez wypadek czytelniczki. Izabela pracuje w bibliotece od pięciu lat. Wcześniej przychodziła jako wolontariuszka i odrabiała lekcje z dziećmi. Teraz pomaga Tomaszowi i wybawia go z różnych krepujących sytuacji z napastliwymi czytelniczkami w roli głównej...

Książka Magdaleny Trubowicz to napisana lekko i sprawnie książka przy której można się uśmiechnąć i wzruszyć. W sam raz na wietrzne i deszczowe listopadowe popołudnie. 

17 lis 2019

Rozterki bibliotekarki

Bohaterką książki "Ironia losu" jest Małgosia, dwudziestokilkuletnia bibliotekarka z małego Pochwatowa.  Po zawodzie miłosnym znalazła szczęście u boku Kamila: "poznali się w bibliotece, w której pracowała, gdy przyszedł wypożyczyć książki".

L. Wons, Ironia losu, Novae Res, Gdynia 2015. 

W bibliotece oprócz Małgosi pracują także Basia, Beata, Mariola i pani Ostrowska - starsza bibliotekarka, która "dla młodszych koleżanek była wyrocznią w sprawach zawodowych i życiowych", a którą uwielbiały "za jej pogodę ducha".  Biblioteką kieruje Radosław Jantar (na stronie 234 nie wiedzieć czemu przedstawiany jako Jarosław), ale zdaje się, że o sprawach biblioteki i tak decyduje pani Ostrowska.
 Bibliotekarka Małgosia na zmianę czyta Danielle Steel i Márqueza, "słucha starych przebojów Modern Talking",  a w pracy albo "z utęsknieniem spogląda na zegarek", czekając na koniec zmiany albo "sortuje karty biblioteczne". Ponieważ zbliża się koniec roku, "miłośnicy książek" odwiedzający bibliotekę to głównie "młodzi ludzie oddający książki" oraz "osoby dorosłe", które poszukują "przyjemnej lektury na letni wypoczynek". Jeśli nie obsługuje czytelników, Małgosia wybiera się do Katowic, do hurtowni, skąd przywozi do biblioteki kartony książek (taksówką i pociągiem). Noc przed tym wydarzeniem nie śpi z podekscytowania. Spędza "dwie godziny na przeglądaniu interesujących pozycji" i razem z koleżanką "wczuwa się w rolę czytelników" i wybiera "lektury zgodnie z ich oczekiwaniami". 
Małgosia ma poukładane życie - praca, narzeczony, zaplanowany ślub. Na jej drodze staje jednak dawna miłość. Mirek pragnie odzyskać Małgosię, a jakby tego było mało przedstawia jej swego przyjaciela Pawła, który także namiesza w uczuciowym życiu bohaterki. Od tego wszystkiego bohaterce chyba przewraca się w głowie, bo o swojej koleżance z pracy Beacie "pomyślała, że ta sympatyczna, niewielkiego wzrostu okularnica zasługuje na prawdziwą miłość, cały problem tkwi jedynie w tym, że mężczyźni nie próbują nawet dostrzec piękna w brzydkim opakowaniu".  W tym momencie cała moja wyrozumiałość (bo sympatii bohaterka jakoś nie zdobyła) dla Małgosi wyparowała niczym sylwestrowy szampan w mroźny poranek pierwszego stycznia.
"Ironia losu" to powieść dla kobiet, które znalazły się na uczuciowym zakręcie i potrzebują otuchy lub też dla tych, którzy w literaturze poszukują pogodnego przesłania, towarzyszącego niezbyt skomplikowanej, poprawnie napisanej fabule oraz dobrego zakończenia. 

14 lis 2019

Dmuchawce, latawce... biblioteka!

Fabuła książki Agnieszki Olszanowskiej "Wianek z dmuchawców", będącej pierwszym tomem sagi,  rozgrywa się w gminie Gradów. Wójt chce zamknąć tamtejszą bibliotekę, którą nazywa "parszywą składnicą makulatury" (czemu trudno się dziwić, skoro w życiu żadnej lektury nie przeczytał).  W tym celu chce powołać kogoś bez doświadczenia w zawodzie na miejsce oddanej bibliotece pani Uli, którą wójt nazywa Starym Czytadłem. Osobą, która może przeszkodzić wójtowi w realizacji planu jest Agnieszka - "powiatowa instruktor metodyczna do spraw bibliotek". W tej części sagi poznajemy także księdza Adama, kościelną - panią Blanche, jej syna Michała oraz Jagodę i jej rodzinę. Ścieżki tych bohaterów raz po raz będą się przecinać na kartach powieści, czasem w sposób zabawny, czasem romantyczny, a niekiedy bolesny. Ten bardzo interesujący i urozmaicony ludzki kalejdoskop daleki jest od idyllicznego obrazu wsi i jej mieszkańców. Każdy zmaga się z wyzwaniem, tajemnicą, emocjami - czasem wydawałoby się nie do uniesienia. Autorka nie portretuje bohaterów w sposób kontrastowy, czy jednoznaczny, co jest dużym plusem tej powieści. Zręcznie rozsnuwa wątki opowieści, by zachęcić czytelnika do sięgnięcia po kolejne tomy sagi. Sagi, której pierwszy tom - ciekawy i przystępnie napisany - powstał, jak mniemam, trochę ku pokrzepieniu i - nawet bardziej - ku refleksji.

A. Olszanowska, Wianek z dmuchawców, Prószyński i S-ka, Warszawa 2019. 

Z oczywistych względów najbardziej zainteresował mnie wątek biblioteki i bibliotekarek. Nie spotkałam jak dotąd w literaturze tak rzeczowego i dobrego opisu naszej profesji. Naprawdę czuć, że autorka jest bibliotekarką z wykształcenia i powołania.
Wspomniana już bohaterka - Ula, zwana Starym Czytadłem - to bibliotekarka, która w zawodzie pracuje "od ponad czterdziestu dwóch lat" i należy "do tego wyjątkowego gatunku bibliotekarek, które na własnych plecach przenosiły wory z księgozbiorem z jednej biblioteki do drugiej, z likwidowanych punktów bibliotecznych do filii, z likwidowanych filii do biblioteki głównej". Czytelnik poznaje historię małżeństwa bibliotekarki i jej początki pracy w zawodzie, obok "starego i zgryźliwego bibliotekarza" - jak określali kierownika czytelnicy. Kierownik udziela Uli listownych porad, kiedy ta zaczyna kierować biblioteką w Gradowie. Pisze do niej: "Pracuj tak, abyś zawsze, w razie kontroli, mogła wykazać się wzrostem wypożyczeń, wzrostem liczby czytelników, zakupów itp. Cokolwiek będziesz robiła, papiery muszą wskazywać, że jest lepiej, nigdy, nie daj Boże, gorzej!". [Piękne!]
Stanowisko po pani Uli przejmuje jej syn - Jarek. Fakt ten - choć jest częścią planu burmistrza - nie podoba się żonie Jarka, która uważa, że "bibliotekarze przymierają głodem" i "wolą książki, zamiast kasę na prawo i lewo trzepać", a "wizja życia u boku męża bibliotekarza tak ją dobiła, że przez chwilę nawet myślała o rozwodzie". Bibliotekarki wprowadzają Jarka w tajniki zawodu i chwalą się, że "od wiosny do jesieni" organizują "rowerowe wycieczki w ramach akcji "Odjazdowy bibliotekarz". [I jak tu nie kochać tej autorki i jej książki?! :) ]
Instruktorka Agnieszka natomiast trafiła do biblioteki na staż absolwencki z urzędu pracy. Wykazała się "znajomością alfabetu", "co nie zawsze jest umiejętnością oczywistą" i "potrafiła bezbłędnie układać książki na półkach". Podjęła też studia bibliotekoznawcze, gdzie "zdobywała tajną wiedzę teoretyczną, która nigdy do niczego nie miała jej się przydać". Agnieszka chce zmienić środowisko bibliotekarskie tak, by ich praca była doceniania i nie kojarzyli się ludziom ze "zwykłymi podawaczami książek i wybieraczami zalegającego na nich kurzu albo ewentualnie  encyklopedią wiedzy, szybszą i bardziej wiarygodną niż Wikipedia, dla zdesperowanych maturzystów". Agnieszka zwraca uwagę, że jej koleżanki po fachu, kierujące małymi bibliotekami, mają "niskie zarobki" i spotykają się "z totalnym brakiem szacunku ze strony władz gminy". 
Mamy wreszcie panią Zofię - jednostkę absolutnie niereformowalną: "Misją i zadaniem biblioteki jest gromadzenie i udostępnianie książek, a te wszystkie klubiki, misie-srysie i inne wygłupy są, moim skromnym zdaniem zupełnie zbędne". Każde zajęcia przyprawią ją o ból głowy, na prośbę o wskazanie ciekawego tytułu informuje czytelnika o wolnym dostępie i własnej odpowiedzialności za wybraną lekturę. Pani Zofia wybiera do biblioteki najmniej przydatne, ale drogie pozycje, by jak najszybciej pozbyć się budżetu i przy okazji nie zyskać nowych czytelników.

Takich "branżowych" smaczków jest w tej powieści znacznie więcej i z niecierpliwością czekam na kolejny tom, by dowiedzieć się jak poradzili sobie bohaterowie i czy wójt zrealizował swój niecny plan,..

13 lis 2019

Nasze małżeństwo

"Jeżeli para potrzebuje dziecka, żeby ich połączyło,
to co właściwie ich łączy?"
 "Nasze małżeństwo" Tayari Jones - z której to książki pochodzi cytat -  to wnikliwa i przejmująca opowieść o młodym małżeństwie, które wystawione jest na dramatyczną próbę. Ona pochodzi z dobrego, pełnego i bogatego domu, on z biednej ale pracowitej rodziny, gdzie ojczym bardzo dba o jego edukację i wspiera w zawodowym rozwoju. Mimo dzielących ich różnic, bardzo wierzą w swoje małżeństwo i wydaje im się, że są sobie najbliżsi. Wydarzenia jednej nocy sprawiają, że muszą spojrzeć na siebie z innej perspektywy, przyjrzeć się łączącym ich więzom, zastanowić się, co z rodzinnych wzorców tworzenia relacji wnieśli do swojego krótkiego małżeństwa i z jakim skutkiem. Bolesny przypadek każe im zrewidować pojęcie przynależności w związku, granice własnych pragnień i wyobrażenie o dobrym małżeństwie. 


Powieść "Nasze małżeństwo" - to sprawnie napisana, rozpisana na wiele, pierwszoosobowych narracji, historia, która - przyznaję - bardzo mnie wciągnęła. Ciekawiło mnie jak autorka przedstawi dynamikę relacji w obliczu niespodziewanego - obawiałam się ckliwego zakończenia, ale zupełnie niepotrzebnie. Nic nie jest w tej powieści jednoznaczne i przewidywalne. Nie jest to może "wielka literatura", ale dobrze napisana powieść, po którą warto sięgnąć.

12 lis 2019

Książki, których nikt nie wypożycza

Pani Monsen - bohaterka opowieści "O dziewczynce, która chciała ocalić książki" - jest pięćdziesięcioletnią bibliotekarką, która "prawie zawsze się uśmiecha". Jeśli coś napawa ją smutkiem to książki, których nikt nie wypożycza. Jak twierdzi "niektóre z nich to najlepsze książki, jakie w ogóle napisano". Gromadzi je zatem w swoim gabinecie, w którym powoli brakuje miejsca. Selekcji książek (w opowieści używa się niefortunnego sformułowania "niszczenie") dokonuje pracownik bibliotecznego magazynu Milton Berg, na polecenie kierownika biblioteki, który uważa, że "książki zajmują za dużo miejsca". W ocaleniu książek pani Monsen pomaga dziesięcioletnia Anna - wypożycza pięćdziesiąt egzemplarzy, które zawozi do domu taczką. Czyta je wszystkie, aż do wyczerpania. Wtedy trafia na wyjątkową, niemal magiczną książkę, która zmieni jej życie...



Książka nieżyjącego już norweskiego pisarza (znanego polskiemu czytelnikowi ze wznowionej niedawno "Magicznej Biblioteki Bibbi Bokken") jest nie tylko historią o miłości do książek. To także piękna opowieść o dorastaniu, pozwalająca oswoić lęk przed nieznanym i przemijaniem, ukazująca poprzez występującą tam metaforę niezapisanej kartki - cud każdego nowego dnia i możliwości jakie ze sobą niesie. 

K. Hagerup, L. Aisato, O dziewczynce, która chciała ocalić książki, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2019. 

11 lis 2019

Jaremianka

Pierwsze moje z nią spotkanie to mural na krakowskich Azorach. Potem trafiam na artykuł o pierwszym przeszczepie szpiku dokonanym przez prof. Juliana Aleksandrowicza. Ciekawi mnie historia bliźniaczek - Jaremianek. Tak dowiaduję się o Marii Jaremie - malarce, rzeźbiarce, współtwórczyni teatru Cricot. Jej biografię przeczytałam jednym tchem. Autorka - Agnieszka Dauksza  - podążyła śladami Marii Jaremy i ze wspomnień, przedmiotów pozostałych po artystce utkała biografię nietypową, bo osnutą na poszukiwaniach artystki właśnie (jest nawet mapa "Śladami Jaremianki"), przeplataną własnymi refleksjami, przez to żywą, żeby nie powiedzieć plastyczną. Biografię obszerną, ale dostępną dla czytelnika, który na sztuce awangardowej nie zna się wcale, a interesują go bohaterki bezkompromisowe, zaangażowane, wierne sobie i temu co tworzą, w co wierzą. Bo taki właśnie obraz artystki wyłania się z tej książki. 

A. Dauksza, Jaremianka : gdzie jest Maria?, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019.
Dauksza o Jaremie pisze: "zawsze jakoś wsobna, samowystarczalna; towarzyska, ale dawkująca swoją obecność, sprawcza, ale powściągliwa, energiczna, choć zawsze spokojna, z pasją zabierająca głos i jednocześnie cicha". Jaremianka głośno broni sztuki, która jest dla niej najważniejsza - obiecuje sobie, że "nigdy nie wejdzie w taką zależność, przez którą ucierpiałaby jej sztuka". Instytucję małżeństwa uważa za przeżytek - wychodzi jednak za mąż za Kornela Filipowicza (rodzi im się syn, później wraca do swojego nazwiska). 
Tadeusz Różewicz wspominał, że Jaremianka "posiada tajemniczy dar", którym było "wykrywanie w ludziach ich kompleksów i tajemnic. Odkrywała jednym słowem okryte i dawno zasypane urazy. Nie osądzała nigdy tych spraw; uśmiechała się, niedbale machała ręką".  Wokół artystki - wiecznie w ruchu - orbitują inni - lgną do jej żywotności, wewnętrznej iskry, a zarazem do spokoju, który nosi w sobie, pewnej integralności i spójności. Inspirują się jej sztuką, tym co tworzy, robi, mówi. Po jej śmierci zgodnie twierdzą "Nie umarła". 
Agnieszka Dauksza otrzymała za książkę o Jaremie nagrodę Krakowska Książka Miesiąca (październik 2019) przyznawaną przez Bibliotekę Kraków. Mam jednak nadzieję, że nie będzie to jedyne wyróżnienie tej pasjonującej biografii. Biografii, która przywraca Marii Jaremie należne jej miejsce w sztuce i życiu kulturalnym Krakowa. 


6 paź 2019

Bibliotekarka nie jest człowiekiem

Poznajcie Penelopę Lorentz, bibliotekarkę, która zawsze ma dla swoich czytelników talerz ciasteczek z kawałkami czekolady. Kieruje biblioteką na Coney Island. Do tej biblioteki, zawsze pełnej ludzi, uwielbia zaglądać dwunastoletni Ben Truman. 

P. Griffin. Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń, Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Ben jest sierotą - przez wiele lat tuła się po rodzinach zastępczych, aż trafia do domu Tess i Laury. Starają się one przekonać Bena, że życie "jest podróżą" a jej najciekawsza część powadzi pod górę". Kiedy odchodzą, chłopiec trafia do domu ciotki. 
Smutek Bena koi jego najlepszy przyjaciel - pies Flip. Pies Bena - znający wiele sztuczek - dostaje certyfikat psa-terapeuty. "Wyjątkowy pies i jego równie wyjątkowy człowiek" mają "uleczyć wiele serc" i sprawić, że świat stanie się nieco lepszy. Na pewno staje się lepszy dla Halley Lorentz - córki bibliotekarki, która choruje na raka. 
Halley zaprzyjaźnia się z Benem i Flipem. Wspólnie z Benem pisze książkę. Ben wątpi w swoje umiejętności, ale Halley nie ma wątpliwości, że wymyśli świetną fabułę, skoro "czyta jak wampir wysysający słowa". Ben czyta głównie książki SF, więc Halley uważa go za "osobnika o haniebnie niewyrobionym guście literackim". Sama ma niemal każde wydanie "Dziwnych losów Jane Eyre" a jej pokój jest "dosłownie wypchany książkami". 
"Niektóre książki zmieniają sposób w jaki patrzysz na świat, aż nagle trafia się taka, która zmienia sposób w jaki oddychasz" - uważa Halley. Trudno, by nie fascynowała się książkami, skoro jej ojciec też jest bibliotekarzem. Poznał mamę Halley na kursie z bibliotekoznawstwa ("dla ludzi, którzy kochają książki, przeznaczenie jest oczywistością"), ale nie pracuje w zawodzie - prowadzi zajęcia dla dzieci, oparte o magiczne sztuczki.
Penelopa  Lorentz potrafi  dokładnie określić ile waży dana książka. "Nie jest pani człowiekiem" - stwierdza Ben, na co Penelopa, szeptem odpowiada: "Pewnie, że nie. Jestem bibliotekarką"

Pani Lorentz i jej rodzina odegra w życiu Bena bardzo ważną rolę - nie chcę zdradzać jaką, bo być może sięgniecie po powieść "Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń". Muszę Was jednak ostrzec, że choć bardzo dobrze napisana, to momentami bardzo smutna opowieść. Chwilami szkliły mi się oczy i musiałam odłożyć książkę. Autor nie oszczędza czytelnika i stawia swojego bohatera przed bardzo trudnymi doświadczeniami. Pięknie jednak portretuje przyjaźń i miłość. Warto. 

3 paź 2019

Kubek zamiast książki

Dziś fragmenty felietonu Pauliny Małochleb "Jedną książkę w domu już mamy, druga niepotrzebna":

"O tym, w jaki sposób dzieci spędzają czas pozalekcyjny, decydują rodzice w porozumieniu z wychowawcą. Oni ustalają też, jakie prezenty dostają na Mikołaja.(...).
Przed ostatnimi mikołajkami nieśmiało zaproponowałam na szkolnym zebraniu, żeby kupić dzieciom książki. Okazało się jednak, że nie można tego zrobić, gdyż prezent powinien być przyjemny; będzie im przykro, jak porównają swoje książki z prezentami dzieci z innych klas. Wiadomo przecież było, że żadna inna klasa, pełna rodziców przy zdrowych zmysłach i o mocnym kręgosłupie moralnym, nie zawiedzie oczekiwań potomstwa. Poza tym, co zrobić z taką książką po przeczytaniu? Będzie zajmowała miejsce w domu, zbierała kurz. Trzeci był argument ostateczny, domykający dyskusję o prezentach, i dotyczył kompetencji: otóż dzieci nie potrafiły jeszcze czytać płynnie. Tę ostatnią odpowiedź jestem gotowa przyjąć w tej samej chwili, w której zaczniemy dzieciom kupować rowery dopiero wtedy, gdy nauczą się samodzielnie jeździć (...). U nas rodzice przegłosowali kubki przeciwko książkom. Dyskusja ta odbyła się publicznie, na zebraniu w szkole – placówce odpowiedzialnej za kształcenie – i jej uczestnicy nie tylko nie mieli jakiegoś poczucia obowiązku, ale nawet poczucia obciachu".
fot. Pexels (Ekrulila)
Cały tekst dostępny tu>>>

30 wrz 2019

Bibliotekarka na zakręcie

Mogłabym być specjalistką od życiowych wiraży, ale to nie będzie wpis osobisty. Przeczytałam ciekawy debiut książkowy Marty Wiktorii Kaszubowskiej "Zapach tytoniu", gdzie główną bohaterką jest Zuzanna. 
Pracuje ona w bibliotece "od kilku miesięcy (...) dzięki wstawiennictwu koleżanki mamy, która była kierowniczką jednego z działów", ponieważ nie udało jej się znaleźć pracy w innym miejscu. Zuza sama siebie nazywa "nieopierzoną kurką pracującą za psie pieniądze w bibliotece" i ucieka często w świat książek, które traktuje "terapeutycznie" - "koi nerwy poprzez lekturę". Zastanawia się nad studiami podyplomowymi - przyjaciel sugeruje jej "bardziej rozwijający kierunek niż bibliotekoznawstwo". Ostatecznie rozpoczyna studia doktoranckie, by odpędzić "widmo podstarzałej bibliotekarki bez większych perspektyw". Tłumaczy, że "owszem może i spędzi większość życia w bibliotece, ale nie zmarnuje przy tym swojego potencjału", bo praca w bibliotece "choćby obfitowała w awanse, nie przyniosłaby równie dużej satysfakcji". 


Znajomi Zuzanny to głównie koledzy z pracy, a życie uczuciowe bohaterki koncentruje się na Filipie - dawnym przyjacielu i pierwszym chłopaku.  Filip jest dla Zuzy niczym Bogumił dla Barbary Niechcic. A skoro jest Bogumił, musi być także Toliboski. Bohaterka poznaje mężczyznę, który wywraca jej uporządkowane życie do góry nogami. Powoduje, że musi się skonfrontować z własnymi lękami i ograniczeniami. Spotkanie z nim uruchamia lawinę zdarzeń, które zmuszają Zuzę do zastanowienia się nad tym, czym tak naprawdę jest miłość i wyrywają ją z bezpiecznej bańki, którą sobie stworzyła. I tu zaczyna się najciekawsza część tej bardzo sprawnie napisanej powieści. Ciąg trudnych sytuacji staje się dla bohaterki swoistym przebudzeniem. Do stworzonej przez nią bańki przebija się prawda, że nie wszystko w życiu można przewidzieć i zaplanować, a to co bierzemy za pewnik może być tylko fatamorganą. Powieść ta jest trochę jak tytoniowy dym - lekka, ale i pozbawiona konkretnego kształtu. Liczę, że przy następnej powieści autorka trochę bardziej "zaciągnie się słowem". 

26 wrz 2019

Krótka wymiana ognia

Jedną z laureatek tegorocznej Nagrody Literackiej GDYNIA jest Zyta Rudzka. To własnie w Gdyni, a konkretnie w kawiarni Muzeum Domek Żeromskiego miałam przyjemność czytać jej książkę "Krótka wymiana ognia". 


Tytuł w pełni uzasadniony - autorka strzela słowami jak z tetetki - mamy tu krótkie dosadne zdania, ale przeplatane  poetyckimi metaforami. Dosadność i liryzm. Starość kontra młodość. To co kobiece przeciwstawione temu, co męskie. Przemijanie i bunt, pewna niezgoda, zaskoczenie, że to już. Nie pamiętam, by ktoś wcześniej w literaturze tak wprost pisał o doświadczeniu upływającego czasu z kobiecej perspektywy:
Mogę się myć, perfumować, a i tak czuć mnie będzie tą, co prawie zamieniła nylony na przeciwzakrzepowe rajstopy, majteczki na luźne figi, podpaski na pieluchy, obcasy na półbuty, zęby na perełki wciśnięte między odleżynę a dziąsło. 
I dalej:
Człapię do lustra. Dyszę. Rozbieram się. Jak przed plutonem. Pokancerowana. W plamach. Liszajach. Wyżłobieniach. Koroduję. Kwilę w strupkach szarych. Sflaczała i obrzmiała. Spocona, obśliniona od myśli. Przyglądam się sobie. Nawet jednej duszy w promieniu całego ciała.  
Bohaterka-poetka zmaga się nie tylko z cielesnością:
Zawsze pielęgnowałam zwykłość w pisaniu. Goniłam za tym, czego nie miałam, a co innym przychodziło bez trudu. 
Rozpada się jej małżeństwo (mąż odchodzi do młodszej), córka zrywa kontakt, a relacje z matką obarczone są przeszłością, której fragmenty ranią niczym szrapnel. Nie jest to książka łatwa, ale napisana z ogromnym szacunkiem dla słowa i czytelnika. Przemyślana, refleksyjna, gęsta od znaczeń, wyborna. Książka znalazła się także w finale Nagrody Literackiej Nike. Trzymam kciuki za autorkę a książkę szczerze polecam!

Na koniec fragment "branżowy":
Skończyłam studia, dostałam pracę w bibliotece zakładowej przy Hucie Warszawa - książek niewiele, ale i czytelnika żadnego - pieniądze marne, ale ile się nabzykałam



19 sie 2019

Biuro Podróży Literackich

Dawno nie czytałam tak ciepłej, podnoszącej na duchu, a jednocześnie prawdziwej książki dla dzieci. "Huczy jak w ulu" Magdaleny Kiełbowicz, z cudownymi ilustracjami Małgorzaty Detner - bo o tej książce mowa - przypomina mi trochę swym klimatem cykl o Panu Kuleczce. Bohaterką jest tu jednak ośmioletnia dziewczynka - Ula Hernik - która pragnie zostać w przyszłości dyrektorką ogrodu zoologicznego. Na razie jednak z ciekawością i dziecięcą wnikliwością przygląda się lokatorom kamienicy w której mieszka i własnej rodzinie. A świat kamienicy przy niewielkiej ulicy Makowej, choć kolorowy, czasem bywa jednak szary. Autorka powieści przedstawia problemy bohaterów z niezwykłym wyczuciem i przy użyciu metafor dostępnych młodemu czytelnikowi. Przedstawione opowieści uczą, bez moralizowania, a jednocześnie bawią. Czytanie tej napisanej ładnym językiem powieści było dla mnie prawdziwą przyjemnością, tym większą, że główna bohaterka lubi czytać książki i to jej "największa pasja":
"Dzięki książkom mogę być bardzo daleko,nawet jeśli nie wychodzę z domu. To prawie jak czary! Zaczynam czytać i po kilku zdaniach jestem na pustyni, w lesie, na statku pirackim, w jakimś nieznanym kraju albo na innej planecie. Poznaję nowe miejsca, nowych ludzi i ich przygody. Jasne, że w wyobraźni, ale to bez różnicy, bo śmieję się tak samo, jak śmieję się naprawdę, tak samo się denerwuję i smucę. Mam wielu dobrych znajomych, którzy mieszkają w książkach (...)". 

M. Kiełbowicz, Huczy jak w ulu, Znak, Kraków 2019.


Ula odwiedza także bibliotekę:
 
W piątki jeździmy do biblioteki (...). Są trzy miejsca w mieście, z których można wyruszyć w podróż, jeśli chce się poznawać świat: lotnisko, dworzec i osiedlowa biblioteka (...). Pomarańczowy budynek biblioteki widać z daleka. Ma stare drewniane drzwi z klamką w kształcie lwa. Na parterze dział dla dzieci, na pierwszym piętrze dla dorosłych, poza tym parking na hulajnogi, rowery i wózki. Pracuje tam pani Klara (...). Wszyscy mogą przyjść do biblioteki, poszukać czegoś dla siebie albo poprosić o pomoc panią Klarę. Ona wtedy patrzy znad okularów i dopasowuje książki do ludzi. Moim zdaniem czytanie przypomina podróżowanie, a w podróż można wybrać się samemu albo z biurem podróży, które wszystko zorganizuje. Pani Klara to właśnie takie Biuro Podróży Literackich (...). Pani Klara zawsze wie, co nam się podoba. Poznałam już mnóstwo miejsc i ludzi na całym świecie dzięki książkom, które stoją na półce w osiedlowej bibliotece.

We wstępie napisałam, że to książka dla dzieci, ale może być też dobrym plasterkiem na duszę dla dorosłych. 

27 lip 2019

Amelia jeździ metrem i czyta

Okładka polskiego wydania książki "Dziewczyna, która czytała w metrze" skojarzyła mi się z filmem "Amelia". Podobna kolorystyka, dziewczyna trzymająca książkę o zbliżonym typie urody, co główna bohaterka filmu. To chyba celowy zabieg wydawcy, jeśli wziąć pod uwagę inne, obcojęzyczne wydania tej powieści.  Zabieg narzucający interpretację powieści - narracja nagle wydaje się zbliżona do filmowej, splot okoliczności w których znajduje się bohaterka mało prawdopodobny, na granicy realizmu magicznego - zupełnie jak w ekranowej opowieści. 



W książce jednak bohaterka ma na imię Juliette. Pracuje w agencji nieruchomości, dokąd dojeżdża metrem. Podczas podróży obserwuje współpasażerów, którzy czytają książki. Pewnego dnia wysiada na innej stacji niż zazwyczaj i trafia do osobliwego miejsca wypełnionego książkami - ni to antykwariatu, ni księgarni prowadzonej przez człowieka o imieniu Soliman, dla którego książki są całym życiem. Juliette pod wpływem tego spotkania rzuca pracę i poświęca się łączeniu właściwych książek z odpowiednimi czytelnikami. Nieszczęśliwy splot okoliczności powoduje, że musi zająć się córką Solimana i odnaleźć matkę małej Zaide. Traf chce, że matka Zaide ma schowanego w garażu minibusa, którym Juliette wyrusza w podróż, by wypełnić pewną misję i oczywiście rozdawać książki. Nie tworzy "biblioteki objazdowej", bo "takich jest mnóstwo", więc "nie musi troszczyć się o to, żeby zaspokoić różne upodobania, dostosować się do czytelników w każdym wieku, uwzględnić cały wachlarz zainteresowań". 
To nie jest obszerna powieść, jednak czytanie jej momentami tak mnie męczyło, że przerywałam lekturę na rzecz innej, bardziej wciągającej książki. Sam pomysł na fabułę ciekawy, jednak źle wykorzystany - słabo nakreślone postaci, pozbawione psychologicznej głębi i czegoś, co pozwoliłoby czytelnikowi na choć najmniejsze utożsamienie się z bohaterami. Paryż z kart powieści wyblakły i papierowy właśnie - bez kolorów, zapachów, nie skłania, by napić się kawy i zjeść croissanta. I wcale nie poczułam się lepiej po przeczytaniu tej powieści - należy ona do nurtu "feel-good" - miałam raczej poczucie straconego czasu. Jeśli chcecie poczuć się naprawdę dobrze po lekturze, lepiej sięgnąć po "Lawendowy pokój". (recenzja tu>>>)





21 lip 2019

Spłowiała bibliotekarka

Na pewno znacie opowieść "101 Dalmatyńczyków" - czy to w wersji animowanej, czy ze wspaniałą Glenn Close w roli Cruelli De Mon. Łaciatą historię napisała Dorota Gladys "Dodie" Smith. Zanim w 1956 roku rozszczekana powieść ujrzała światło dzienne, brytyjska pisarka, autorka przede wszystkim dramatów, wydała swoją pierwszą powieść "Zdobywam zamek". 
To wciągająca historia, której główną bohaterką i narratorką zarazem jest siedemnastoletnia Cassandra Mortmain. Cassandra mieszka wraz z ojcem, macochą i starszą siostrą Rose w zamku. Bohaterka uważa taką sytuację za niezwykle romantyczną, jednak siostra nie widzi nic romantycznego w tym, iż siedzą "zamknięte w rozsypującej się ruinie, otoczonej morzem błota". Ojciec Cassandry jest autorem znakomicie przyjętej przez czytelników i krytykę książki "Boje Jakuba". Przypadek sprawił jednak, że rozpoznawany pisarz trafił na trzy miesiące do więzienia. Kiedy je opuścił, wynajął zamek na czterdzieści lat. Po wprowadzeniu się miał zacząć pisać nową książkę.  Całymi dniami oddawał się jednak "czytaniu powieści detektywistycznych z wiejskiej biblioteki". 
Książki do zamku dostarcza panna Marcy - "bibliotekarka i nauczycielka":
"Koło ósmej przyszła panna Marcy i przyniosła książki. Ma około czterdziestu lat, jest niewysoka i raczej spłowiała, a  jednak w jakiś sposób bardzo młoda. Często mruga oczami, ma tendencję do chichotania i mówi: No, nie! Pochodzi z Londynu, ale mieszka tu na wsi od ponad pięciu lat (...). Jako bibliotekarka troszkę oszukuje, żeby dać nam najnowsze książki: miała dziś dostawę i przyniosła ojcu powieść kryminalną, która wyszła zaledwie dwa lata temu, a jej autorem był jeden z ulubionych pisarzy ojca."
Panna Marcy bardzo podziwia ojca Cassandry i mawia, że "jest mu bardzo ciężko na duszy". Cassandra nazywa bibliotekarkę "rozsądną kobietką" i chętnie korzysta z jej rad.  Tym bardziej, że rodzina klepie biedę, a bibliotekarka pomaga im w znalezieniu źródeł dochodów. Sama panna Marcy "ma pokój w gospodzie na piętrze, dostatecznie daleko od barowych hałasów. Od kiedy tylko przyjechała (...) ciągle mówi o kupnie własnego domu". Nie ma chyba jednak zamiaru się wyprowadzać, bo z gospody ma blisko do szkoły, w której również pracuje. 

Książki przywożone przez pannę Marcy, które ona sama nazywa "ładnymi opowieściami", sprawdzają się świetnie jako remedium na długie wieczory. Cassandra notuje w swym pamiętniku, że kiedy czyta książkę, wkłada w to "całą swoją wyobraźnię, tak, że jest to prawie jak pisanie tej książki i równoczesne jej czytanie - albo raczej przeżywanie". 

D. Smith, Zdobywam zamek, Świat Książki, Warszawa 2013.

Akcja powieści "Zdobywam zamek" rozgrywa się w latach 30. XX wieku, ale myślę, że przypadnie do gustu miłośnikom powieści L. M. Montgomery, Jane Austen, czy sióstr Brontë. Zaczerpnięte z tych romantycznych książek motywy (bo wątek miłosny pojawia się również) przedstawione zostały z dystansem i humorem.  Galeria nietuzinkowych postaci, ciekawe przemyślenia Cassandry (kiedy jej siostra ma wyjść za mąż Cassandra stwierdza: "podchodziłabym do małżeństwa tak ochoczo jak do grobu"), niezwykły klimat i urok tej opowieści składają się na książkę od której trudno się oderwać. 

11 lip 2019

Bibliotekarka szuka szczęścia

Malwina Zarzycka - bohaterka książki "Szukając szczęścia" Anety Krasińskiej - jest z wykształcenia bibliotekarką. Wychowana w prawniczej rodzinie, postanawia - na złość matce, która pokładała w niej "niebywałe ambicje" - "zapisać się na studia wieczorowe na Uniwersytecie Warszawskim z zakresu bibliotekoznawstwa". 

"Niespodziewanie po ukończeniu studiów udało jej się znaleźć pracę w pobliskiej bibliotece, w której niskie płace powodowały dużą rotację pracowników. Jedni pracowali tam kilka dni, inni kilka miesięcy, ale nikt nie chciał zostać na dłużej. Nikt oprócz niej". 

Malwina "w końcu robiła coś, co zawsze kochała. Uwielbiała czytać książki. Przebywając wśród nich, czuła się bezpieczna. Nie musiała udawać, że jest kimś innym, głupio się uśmiechać i robić niczego wbrew sobie. Między regałami wypełnionymi po brzegi książkami czuła się spełniona. Miała tam swój mały azyl dający jej poczucie szczęścia". 

Z czasem także bohaterka zdaje sobie sprawę, że praca w bibliotece nie przynosi ekonomicznej satysfakcji: "Jej praca w bibliotece należała do spokojnych, ale nie było to zajęcie zbyt popłatne, zwłaszcza jeśli jest się młodą mężatką z kredytem mieszkaniowym". 

A. Krasińska, Szukając szczęścia, Novae Res, Gdynia 2015.


Pojawienie się na świecie córki głównej bohaterki sprawia jednak, że praca schodzi na dalszy plan. Okazuje się, że malutka Dagmara jest niepełnosprawna. Choroba córki kładzie się cieniem na małżeństwie Malwiny. Rezygnuje ona również z pracy w bibliotece, zastępując ją lekcjami muzyki i to zajęcie daje "jej wytchnienie i możliwość oderwania się od trudnej codzienności". 

Autorka powieści powiedziała w jednym z wywiadów, że nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom wszystkich czytelników. Po przeczytaniu drugiej z kolei powieści w jej dorobku, mam wrażenie, że doskonale wie do jakiej grupy czytelniczej chce trafić i nie częstuje czytelnika powieścią-wydmuszką. W przystępny sposób opisuje problem z którym boryka się główna bohaterka - w tym przypadku chore dziecko i trudy walki o jego zdrowie - dając jednocześnie pokrzepienie czytelniczkom w podobnej sytuacji, bez zbędnych opisów, przydługich przemyśleń, nic nie wnoszących do fabuły. Mnie taka szczerość i prostota przekonuje. Wierzę, że w tej opowieści tkwi czysta intencja pomocy innym. Zresztą Krasińska podkreśla w wywiadach, iż każda z bohaterek jest sumą jej przeżyć i emocji. I można to wyczuć, czytając jej powieść. Powieść, która jest dokładnie taka, jaka powinna być tzw. literatura kobieca. 

8 lip 2019

Czytanie jest wielką radochą

W lipcowym numerze Urody Życia tematem przewodnim jest książka. W miesięczniku tym znajdziemy opowieści znanych o lekturach, które zmieniły ich życie, czy listę piętnastu ważnych książek napisanych przez kobiety. Mnie najbardziej jednak wciągnęła lektura wywiadu z Jarosławem Mikołajewskim i jego opowieści o tym, czym jest książka i po co nam czytanie:
"Myślę, że tajemnica wchodzenia w lekturę całym sobą często polega na tym (...) - mamy wrażenie, że czytając, dowiadujemy się po raz pierwszy o czymś, co już w nas jest, nienazwane. (...) Czasem również po to wchodzimy głęboko w lekturę, żeby przypomnieć sobie, że inni przeżywają to samo, co my".
"Literatura to jest wielka radocha. Po latach, stuleciach wręcz, korzystania z edukacyjnych funkcji literatury powiedzmy sobie, że czytanie jest wielką radochą".  
Kiedy pytam przedszkolaki na zajęciach o to po co czytamy książki, najczęściej słyszę: "żeby się czegoś dowiedzieć", "żeby być mądrzejszym".  Przyznaję im rację, ale nie przestaję drążyć i wtedy dopiero dochodzimy wspólnie do wniosku, że czytamy też dla przyjemności, dla przygody. Tak mocno lektura książki kojarzy się z edukacją i wiedzą, a nieraz tym samym z obowiązkiem. Wracając jednak do wywiadu - na pytanie "co by pan zrobił bez książek" pisarz odpowiada:

"Nie potrafię sobie wyobrazić świata bez książek, ale jeszcze bardziej świata bez drzew. I mam zły stosunek do informacji, że spada czytelnictwo, nie wierzę w badania, które prowadzą do takich wniosków. Rozumiem argumenty, że to niemożliwe, bo przecież tylu ludzi czyta w metrze, tramwajach. Wciąż ukazują się nowe książki. Dla mnie, mówiąc szczerze, rzeczą gorszą od upadku czytelnictwa, jest upadek rozmowy. Rozmawiamy mniej niż kiedyś, uznaję to za prawdziwy problem. (...) Sądzę, że mając dobrych, mądrych rozmówców, dałbym sobie radę bez książek. Ale to pewnie złudzenie, bo ludzie mogą się znudzić, a dobra książka nie tak bardzo. A jeśli to można ją odłożyć. W pociągu zagaduję często ludzi, szukam pretekstu, szczegółu w wyglądzie, który wydaje mi się obietnicą ciekawej opowieści". 

"Książka krzepi" - z Jarosławem Mikołajewskim rozmawia Marta Strzelecka, Uroda Życia lipiec 2019 nr 7(52), s. 34-38.

7 lip 2019

Nie lubię tej bibliotekarki!

Naprawdę bardzo się starałam. Szukałam jakiegoś punktu zaczepienia. Wspólnego nawyku czy zachowania, które mogłoby sprawić, że polubię główną bohaterkę książki "Złodziejka dusz" Renaty Kosin, Anastazję Niebieską, która jest bibliotekarką. Nic z tego. Przez blisko czterysta stron tej powieści nie udało mi się zapałać sympatią do tej postaci. Okładkowy opis książki sugeruje, że bohaterka jest "zwariowaną bibliotekarką". Jestem za tym, by stworzyć osobny paragraf dla wydawców za wierutne kłamstwa zamieszczane na okładkach. Anastazja jest bibliotekarką bardzo stereotypową i nic co robi, nie mieści się w kategorii wariactwa.
Chyba, że za wariactwo uznać to, że na życzenie krewnych przeprowadza się na jakiś czas do starej, rodzinnej willi, gdzie ma za zadanie ułożyć i skatalogować książki. Oczywiście okazuje się, że stary dom kryje niejedną tajemnicę, którą tylko Anastazja może rozwiązać. A dzieje się tak, ponieważ "biblioteka, w której Anastazja pracowała, została zamknięta na czas bliżej nieokreślony, gdy w zabytkowym gmachu na jednej z głównych ścian pojawiła się długa brzydka rysa. Przebywanie w budynku okazało się niebezpieczne i w opinii konserwatora zabytków potrzebna była natychmiastowa interwencja budowlano-remontowa. W konsekwencji wstęp do najstarszej biblioteki w mieście stał się chwilowo niemożliwy, nie tylko dla czytelników". "Przebywanie w budynku", "interwencja budowlano-remontowa" - litości!



Anastazja "uważała się za bibliotekarkę z powołania, nie z przypadku, a zawód traktowała niemalże jak misję". Ech, znowu ta misja... I nie zgadniecie, ale bohaterka "od dziecka wolała towarzystwo książek i raczej stroniła od ludzi". A to nie koniec... "Nigdy nie miała też wielu zabawek. Nie potrzebowała ich. Wolała książki i zwykle wybierała towarzystwo ich oraz fikcyjnych bohaterów bajek i wspaniałych powieści czytanych samodzielnie od czwartego roku życia, niż prawdziwych ludzi". Jakby tego było mało, to książki są dla niej "najlepszymi przyjaciółmi, jedynymi, wśród których czuła się absolutnie bezpieczna, których towarzystwo uwielbiała niezależnie od nastroju i którzy dotąd nigdy jej nie zawiedli". Miała  też - nie do wiary! - słabość do starych książek: "Zatracała się bez reszty w książkowym świecie. Uwielbiała zapach tomów, przyjemną w dotyku szorstkość papieru i miły dla ucha szelest pożółkłych kartek, jakże inny od tego, który towarzyszył przeglądaniu współczesnych, pachnących farbą drukarską wydań, które można było znaleźć na księgarskich półkach". 

Mało tego, biblioteka śni się Anastazji po nocach: "Przyśniła jej się biblioteka. Ale nie ta, w której pracowała. Znacznie większa i piękniejsza, pełna wspaniałych, starych książek. Stały na nieskończenie długich regałach w równiutkich szeregach i cudownie pachniały, a ona gładziła delikatnie ich chropowate grzbiety. Tylko jedną ręką, ponieważ drugą podtrzymywała inne, równie wiekowe tomiska, znalezione w kanciapie przylegającej do jej pokoju". 

Anastazja "nigdy nie przejmowała się swoją nieidealną figurą, zbyt okrągłą twarzą, okularami czy puszącymi się wiecznie włosami. Za to podobało się jej własne wnętrze. Nie uważała się za megalomankę, ale lubiła siebie za to, jaka jest". Bibliotekarka miała też nawyk, polegający na recytowaniu fragmentów ulubionych książek z dzieciństwa, co "nie tylko dodawało jej otuchy i poprawiało nastrój, ale pomagało też zmniejszyć poziom kortyzolu we krwi". Poziom kortyzolu? Serio?!
Najlepsze zostawiłam na koniec... Anastazja postanawia odwiedzić miejscową bibliotekę, choć "była przekonana, że świetnie poradzi sobie sama, bo przecież prowincjonalna bibliotekarka nie mogła wiedzieć więcej od niej o sposobach wyszukiwania informacji". Tutaj bardzo podniósł mi się "poziom kortyzolu we krwi". 

Olga Tokarczuk powiedziała w jednym z wywiadów, że nie pojmuje fenomenu literatury gatunkowej i dla niej istnieje tylko literatura źle i dobrze napisana, a temat jest kwestią drugorzędną. W moim odczuciu "Złodziejka dusz" jest źle napisana. Przydługie opisy, nijak się mające do przebiegu fabuły, bezproduktywne przemyślenia głównej bohaterki, język rodem ze szkolnych wypracowań i wreszcie  sama historia - nieprawdopodobna i zagmatwana. Odniosłam wrażenie jakby autorka w trakcie pisania sama się zmęczyła, tym co napisała i chciała jak najszybciej zamknąć rozpoczęte wątki w trzech, czterech ostatnich rozdziałach. Czego w tej opowieści nie ma - rodzinna tajemnica, buddyjscy mnisi, seanse spirytystyczne, podziemne przejścia, zamurowane skarby, odrzucona miłość i miłość potencjalna. Mogłoby się wydawać, że to materiał na naprawdę wciągającą historię. Tymczasem nie mogłam się doczekać końca tej powieści. I to nie dlatego, by poznać wyjaśnienie rodzinnej tajemnicy, ale by z ulgą sięgnąć po coś bardziej wciągającego i wartego uwagi. 

1 lip 2019

Bibliotekarka kieruje lekturą

Wakacje kojarzą mi się - oprócz tego, co oczywiste - z powtórkami seriali telewizyjnych. Od dawna nie oglądam TV, jednak nawyk witania lata serialem pozostał. W tym roku wybór padł na "Wojnę domową". W ósmym odcinku tego serialu do rodziny Jankowskich przyjeżdża z wizytą babcia. Babcia na co dzień jest bibliotekarką w bibliotece publicznej w Ciechanowie, o czym dowiadujemy się w jednej z pierwszych scen odcinka, gdy babcia żegna się na dworcu z poznaną w pociągu kobietą:
"Jak wróci pani do Ciechanowa, to niech pani wstąpi do mnie, do biblioteki publicznej. Pracuję wtorki, czwartki soboty. Zapisze się pani i będę kierowała pani lekturą. Nie ma pani pojęcia ile jest ciekawych książek na świecie". 

Energiczna bibliotekarka zaleca lektury wnukowi - dyktuje całą listę współczesnych książek, które musi przeczytać i dziwi się dlaczego wnuk "nie abonuje pism popularnonaukowych". Radzi też swojemu synowi by więcej czytał, ten jednak zdaje się mieć uraz do czytania, bo zażywna bibliotekarka kazała mu czytać, gdy był dzieckiem. Ustawia nie tylko rodzinę, ale także dyrektora szkoły do której chodzi wnuk. Wydaje się znać na wszystkim i wszystko wiedzieć, zna tysiąc sposobów na powszechne dolegliwości i ma rady na każdy kłopot. 


Serial oparty jest na felietonach publikowanych na łamach "Przekroju" przez pisarkę i dziennikarkę - Mirę Michałowską (pod pseudonimem Maria Zientarowa). Autorka scenariusza do serialu chciała "zabawić trochę telewidzów kosztem drobnych śmiesznostek dnia codziennego". Oprócz niezaprzeczalnych walorów komediowych, serial jest ciekawą panoramą obyczajowości, kultury  i właśnie codzienności lat 60. Te wszystkie "drelichy", "teksasy", "stylony", "tapiry" sprawiają, że ten serial nawet po latach jest "niekiepski" i ogląda się go z prawdziwą przyjemnością. 

24 cze 2019

Bibliotekarka Malwina - cud dziewczyna!

W tym roku Nagrodę Wielkiego Kalibru zdobył Robert Małecki za powieść "Skaza". Nie byłam zadowolona z tego werdyktu, bo kibicowałam ulubionemu autorowi kryminałów - Wojciechowi Chmielarzowi. "Skazę" przeczytałam dopiero po ogłoszeniu wyników. Wciągnęła mnie bez reszty. W Krakowie był upał nie do zniesienia, a ja leżałam w domu z wysoką gorączką. Zazwyczaj w chorobie czytam coś lekkiego, czasem nawet coś dla dzieci i młodzieży. Jednak "Skaza" tak mnie wciągnęła, że nie byłam w stanie jej odłożyć. Przysypiałam - zmorzona temperaturą - ale po przebudzeniu znów znikałam w wykreowanym przez Małeckiego świecie. W mroźną noc znalezione zostają zwłoki - chłopca i mężczyzny. Pierwszy zostaje zidentyfikowany bardzo szybko, o mężczyźnie nie wiadomo nic. Wszystko wskazuje na nieszczęśliwe wypadki, ale w miarę upływu czasu na jaw wychodzą zagadki z przeszłości, które razem złożą się na zaskakujące dla czytelnika rozwiązanie. 




Śledztwo prowadzi komisarz Bernard Gross - zamknięty w sobie "mężczyzna z przeszłością". Jest trochę jak to skute mrozem jezioro, nad którym toczy się akcja powieści.  Zdaje się, że jedyną osobą, która może "roztopić serca jego lód" jest bibliotekarka Malwina Lemańska. Malwina zdaje się być bibliotekarką idealną:

"Zawsze kompetentna, sprawnie i rzeczowo odpowiadała na jego pytania o książki konkretnych autorów, których tytuły wyczytywał z długiej listy (...). Czasami podsuwała nowości i umiejętnie, nienachalnie doradzała. Uśmiechała się, jakby była dla innych niewyczerpalnym źródłem optymizmu, niezbędną dawką radości, którą emanowała każdego dnia (...). Bez względu na to, czy miała przed sobą starszą kobietę, przystojnego faceta, czy niezdecydowaną nastolatkę, umiała nawiązać z nimi dialog. Słuchała uważnie, podchwytywała spojrzenia. Dyskretnie, nie dając nikomu odczuć, dominowała w tych relacjach, roztaczając wokół siebie aurę wewnętrznego ciepła, spokoju i serdeczności"

Malwina - to bibliotekarka o kasztanowych włosach [il. Pinterest]

Bibliotekarka  Malwina, którą komisarz zastawał najczęściej "wśród regałów lub przy biurku z komputerem" onieśmielała go "sposobem bycia, wrodzoną elegancją, rzędem lśniących zębów, które odsłaniała w pełnym ciepła uśmiechu. W jej mądrych oczach, za okularami w delikatnych oprawkach, stale dostrzegał błysk radości". W bibliotece pracuje też - jakby dla przeciwwagi - "starsza, zasuszona bibliotekarka z okularami na nosie", która z "surową miną" za zagubioną książkę dyktuje komisarzowi listę tytułów do odkupienia. To oczywiście oznacza, że Gross będzie musiał jeszcze raz pofatygować się do biblioteki. Czy kolejne spotkanie z Malwiną zaowocuje czymś więcej niż wymianą uprzejmości? Warto się przekonać i sięgnąć po ten niezwykle klimatyczny, wielowątkowy i rewelacyjny kryminał.